...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fanfiction. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fanfiction. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 20 listopada 2018

O drugiej w nocy


Obudził go dźwięk tłuczonego szkła. Zerwał się z kanapy i bez zastanowienia pobiegł do kuchni.

- Peter? Wszystko w porządku?

W półmroku ledwie dostrzegał chłopaka kucającego nad potłuczoną filiżanką, którą w pośpiechu zmiatał z podłogi.

- Jasne, idź spać.

Wade prychnął i pochylił się nad rozbitym naczyniem zagarniając jego rozbite fragmenty dłońmi.

- Hej, dam sobie radę. Proszę, idź się położyć. Mówiłeś, że jesteś zmęczony. Nie musisz wyskakiwać z łóżka za każdym razem, kiedy udowodnię swoją ofermowatość rozbijając kubek o drugiej w nocy.

Wilson zignorował jego marudzenie i podniósł odłamki, nie zważając na to, że wbijały mu się w dłonie. Przecież się zagoją, to tylko trochę krwi. Wyrzucił wszystko do kosza, po czym podszedł do Petera, żeby sprawdzić, czy tamten się nie skaleczył. Chwycił go za ręce, zostawiając na nich przy okazji czerwone ślady.

- Przepraszam, nie chciałem cię uwalić. Nie zaciąłeś się?

- Wade, błagam cię. Wiem, że masz tę swoją nadludzką regenerację i w ogóle, ale weź uważaj trochę - mruknął, wyswobadzając ręce i chowając je za plecami.

- To pod kciukiem jest do szycia, wiesz o tym.

- Przesadzasz - odparł, odwracając się szybko i wkładając rękę pod wodę.

Odganiał od siebie myśl, że jego zachowanie jest niesamowicie dziecinne. Krew płynąca z księżycowatej, długiej i dość głębokiej szramy na wewnętrznej stronie dłoni, zabarwiała wodę na jasną czerwień. Nawet nie zastanowił się nad tym, jakim cudem Wade to zauważył. On zawsze wiedział. Był jak radar na jego skaleczenia.

Najemnik nie odezwał się, nie widział w ty sensu. Po prostu wyjął nić dentystyczną z szuflady i położył ją na blacie. Ciągle zapominał, żeby zaopatrzyć się w domu w zestaw zwykłych szwów, sam ich nie potrzebował, Peter też zwykle szybko się goił. Poza tym Wade wiedział, że rana zniknie już za kilka dni. Jednak zajmowanie się Parkerem uspokajało go, a nić dentystyczna nadawała się do zszywania całkiem dobrze.


- Idę po igły, a ty przemyj to jakimś alkoholem. Powinienem mieć coś w lodówce.



Peter oparł się o blat, trochę zakręciło mu się w głowie. Gdy Wade wyszedł z kuchni, Parker otworzył lodówkę i przez chwilę podziwiał jej zacną zawartość, której nie powstydziłby się żaden monopolowy. Nie znał się na tym najlepiej, sięgnął więc po butelkę, która zdawała się zawierać czystą. Odkręcił, nalał trochę na uprzednio przygotowany i złożony ręcznik papierowy i przemył ranę.

Zapiekło jak cholera.

Wade wrócił z igłą i spojrzał na dłoń Petera.

- Nie masz gustu do alkoholu.

- Przepraszam, nie znam się na tym za dobrze - odparł, siadając na blacie kuchennym.

Znajdował się teraz idealnie na wysokości twarzy Deadpoola, normalnie był od niego niższy niemal o głowę. Wade stanął naprzeciwko niego, uchwycił jego dłoń w swoją szorstką, pokrytą bliznami i  przyjrzał się skaleczeniu.

- Jesteś życiowym prawiczkiem – zagadnął go, jednocześnie odkażając igły i przygotowując wszystko do zabiegu. - Zero alkoholu, fajek, krzywych akcji i innych takich. Gdyby nie to, że wymykasz się codziennie z domu, byłbyś najgrzeczniejszym chłopcem na świecie - nie krył kpiny w głosie.

Wade miał ostatnio paskudny humor, którego nic nie poprawiało.

Peter patrzył, jak ze skupieniem nawleka nić na igłę.

- Zapomniałeś dodać, że w moim łóżku śpi sporo starszy facet. Swoją drogą właśnie zamierza zszyć mi rękę, a ja nie oponuję, choć powinienem iść z tym do szpitala. Ale nie robię tego, bo mu ufam. Nawet jeżeli inni mówią, że jest najemnikiem i nie powinienem się z nim zadawać. A może myślisz, że większość nastolatków ma takiego swojego Wade’a? Może to normalne dla mojego pokolenia? Tak jak bycie człowiekiem-pająkiem, zmutowanym superbohaterem?

Wiedział, że Wade ma kiepski nastrój, widział to doskonale pod tym jego przyklejonym uśmiechem. Mógł okłamać cały świat, ale nie jego, nie Parkera. Zdrową dłonią dotknął jego policzka i uśmiechnął się pod nosem, czując znajomy dotyk blizn.

- Powiesz mi, co się stało?

- Zapomniałeś dodać, że ty też śpisz z tym facetem – mruknął Wilson, unikając odpowiedzi.

- Może lubię – parsknął, ale po chwili spoważniał i kontynuował: - Powiedz mi, przecież widzę, że coś jest nie tak.

- Wiem, że lubisz. – Znowu unik. O ile na co dzień Wade zbierał każdą kulę na siebie, to w normalnej konwersacji był prawdziwym mistrzem ignorowanie niewygodnych dla niego pytań. - Mogę ci nawet dokładnie powiedzieć, co lubisz w tym najbardziej - chwycił jego dłoń - Pójść po coś przeciwbólowego?

- Wade.

- Ale ja mówię serio, to będzie boleć jak cholera.

- Nie odpowiedziałeś mi.

Wade odchylił głowę do tyłu i jęknął przeciągle.

- Najpierw łapa, potem pogadanka. Poza tym jest jakaś trzecia w nocy, czy Petery Parkery nie śpią w takich godzinach?

- To zależy od tego, czy Wade’y Wilsony pozwalają im spać - odciął się.

- Leki, na żywca, a może spróbujesz to zapić?

- Na żywca. Na pewno nie zaboli bardziej niż ten twój przyklejony uśmiech.

Zabolało. Wade naprawdę poczuł się dotknięty.

Najpierw miał ochotę rzucić to wszystko w cholerę i kazać Peterowi zszyć się samemu, ale zagryzł wargi i siedział cicho. Chwycił igłę, po czym zabrał się za zszywanie rany najdelikatniej jak mógł. No dobra. Może nie do końca. Bolało, ale Parker zacisnął zęby i milczał, aż Wade nie założył ostatniego szwu. W sumie zebrały się cztery.

- To teraz zamieniam się w słuch.

Wade spojrzał na niego krzywo.

- Chodź spać – mruknął, ruszając w kierunku sypialni. - Potem znowu będziesz marudził, że się nie wyspałeś, a przecież musisz znowu gdzieś wyjeżdżać - podniósł głos na końcu, choć to wcale nie był jego zamiar.

Peter zaniemówił na chwilę.

- Więc o to chodziło? – zapytał, ale nie otrzymał odpowiedzi.

Rzeczywiście od dobrych kilku miesięcy Stark ciągle gdzieś go zabierał. Misje, treningi, ulepszanie jego stroju i tak dalej. Na początku go to ekscytowało, sam Iron Man bardzo mu imponował, ale nawet nie zauważył, kiedy ten wszedł w jego życie na stałe i po kawałku zaczął mu zajmować cały wolny czas. Czas, który powinien poświęcać Wade’owi.

Zeskoczył z blatu i pobiegł do sypialni. Wade leżał na łóżku, wpatrując się w ścianę. Peter patrzył na jego plecy i czuł, że te dwa metry, które ich dzielą, będą prawdziwą przeprawą, której gdzieś w środku bardzo się obawiał.

- Nigdzie się jutro nie wybieram, wiesz?

- Zawsze to mówisz. A koniec końców dostaję sms-a, że jedziesz. Sms-a, Peter. Masz ty za grosz jakiejś klasy?

- Ja? A ty nie mogłeś powiedzieć, że coś ci się nie podoba, tylko chodzisz jak struty cały czas i zbywasz mnie jakimiś tandetnymi żartami, zamiast ze mną pogadać?

- Bo się z tego cieszysz.

- Pewnie - warknął stając w progu sypialni. - Tak bardzo mi na rękę, że nie mam życia przez Starka. O niczym innym nie marzę. Fakt, na początku sprawiało mi to radość, teraz często jestem zmęczony, ale wolę czasem jechać z nim niż wrócić do domu i znosić tę ciszę między nami. Przecież pytałem cię już tyle razy, co się dzieje, a ty nic mi nie chcesz mówić, jakbym nie był nawet warty jakiegoś wytłumaczenia.

- Bo wiem, że to lepiej, żebyś spędzał czas z nimi niż ze mną – mruknął, nakrywając głowę poduszką.

Peter usiadł na brzegu łóżka i dotknął lekko dłonią jego ramienia, a potem pochylił się i pocałował go w szyję.

- Pozwól, że sam będę oceniał, z kim lepiej, żebym spędzał czas.

- Wybrałeś mordercę zamiast Avengersów. Masz tam wszystko, kupę pieniędzy, świetny sprzęt…

- Ten morderca, w przeciwieństwie do tamtych gości z kupą pieniędzy, tylko na mnie spojrzy i już wie, jak się czuję. Poprawia mi nastrój samym faktem istnienia. Potrafi wstać w środku nocy, żeby opatrzyć mi rękę. Potrzebuję go milion razy bardziej niż ich wszystkich razem wziętych, bo to dzięki niemu potrafię być tym, kim jestem. I przy nim mogę zrzucić wszystkie maski i przestać udawać, że jestem silniejszy niż w rzeczywistości - mówił, głaszcząc go delikatnie po pooranych bliznami plecach.

Wade odwrócił się do niego i zagarnął go ramieniem do siebie, wtulając twarz w jego szyję.

- Jak dłoń?

- Jak dłoń? Tylko tyle powiesz?

Wilson parsknął śmiechem.

- Nie jestem w tym dobry, przecież to wiesz.

- Raz na jakiś czas mógłbyś mi jednak powiedzieć coś miłego.

Wade przewrócił oczami, puścił go i podparł się na łokciu.

- No nie mów mi, że tekst „Ja. Ty. Teraz.” już nie działa?

- Może coś bardziej romantycznego?

- Ja. Ty. Łóżko. Teraz?

- Wade.

- Ja. Ty. Gwiazdy. Łóżko. Wciąż teraz?

Parker zaśmiał się, ale w końcu go pocałował.

- Dobra, wygrałeś.

Usta Wade’a rozciągnęły się w zwycięskim uśmiechu. Lubił tak wygrywać.

wtorek, 24 lipca 2018

C'est la fuckin vie cz.1

W pokoju paliła się, stojąca na biurku, lampka, roztaczając wokół przyjemne, ciepłe światło. Reszta pomieszczenia wydawała się raczej chłodna, pomimo wszelkiego rozmiaru atrakcji - no bo kto mógłby poszczycić się rampą, ścianą wspinaczkową, automatami do gier czy kolekcją książek, płyt i gier, bijąca na głowę niejedną bibliotekę czy księgarnię. Marzenie każdego nastolatka z rodzaju tych, których prawdopodobnie nie spełnią przez całe swoje życie.

A mimo to nie chciał tam wracać.
          
Przykucnął na gzymsie budynku naprzeciwko okna swojego pokoju, starając się wyrównać oddech. Prawe ramię rwało go niemiłosiernie, tak, że prawie kulił się z bólu. Oberwał podczas potyczki z dzisiejszą ofiarą Władcy Ciem. W stroju Czarnego Kota mógł być o wiele bardziej wytrzymały, ale nie niezniszczalny. Nie powiedział nic Biedronce, poniekąd dlatego, że nie potrafiłby jej zmartwić, choć nie był pewien, czy przypadkiem nie była to obrona przed możliwym zlekceważeniem przez Kropeczkę. W końcu ona też musiała znosić obicia, rany, robiła to dużo dzielniej niż on. Myśl o tym, że opatruje się kompletnie sama, wkuwał mu szpilę w serce.

Otrząsnął się. Biedronka była od niego dużo sprytniejsza i uważniejsza, więc o wiele rzadziej zostawała skrzywdzona. Na pewno na częstsze zbieranie ran bitewnych przez Czarnego Kota miało wpływ to, że nieraz rzucał się wprost pod ciosy przeciwnika, żeby tylko ją obronić.

Ramię przeszył taki ból, że aż zgrzytnął zębami.

Tylko bez szwów, nie chcę się znowu tłumaczyć przed ojcem, skąd te blizny i siniaki.

Jasne, zasłaniał się szermierką, a czasem wypadkiem podczas ratowania miasta przez Niezwykłą Biedronkę i Czarnego Kota. Takie tłumaczenia często przechodziły, chyba że miał mieć sesję zdjęciową następnego dnia, wtedy w domu zaczynał się prawdziwy armagedon i ojciec znów groził mu zakazem chodzenia do szkoły. Aktualnie brzmiało to już dość śmiesznie, bo skończył gimnazjum, a trzy tygodnie temu, w prawie niezmienionym składzie, przeszedł do liceum ogólnokształcącego. Ciekawe, czy Biedronka też już zaczęła szkołę średnią.

Kolejne ukłucie bólu. Czarny Kot spojrzał na pokój Adriena z wyrzutem. Z jednej strony może i był wygodną, złotą klatką, ale z drugiej nic nie mogło go uczynić szczęśliwszym niż Miraculum oraz moce, które otrzymał w pakiecie.

Z trzeciej zaś strony, w łazience czekały na niego igły, płyn dezynfekujący i nić dentystyczna, którą zakładał prowizoryczne szwy. Podejrzał to w jakimś serialu, jak na razie sprawdzało się znakomicie.
          
Wskoczył przez uchylone okno, a gdy wyszeptał formułkę „Plagg, chowaj pazury”, poczuł się, jakby ciężkie łańcuchy znów zapięły się na jego nadgarstkach, kostkach i szyi.

Przystanął, nasłuchując kroków, jednak najwidoczniej jego pojawienie się w pokoju nie wzbudziło żadnych reakcji.

- Rusz się dzieciaku - głos Plagga wyrwał go z trybu czujki. - Nie mamy całej nocy, a to... - wskazał drobną łapką zakończoną miniaturowymi pazurkami na prawe ramię Adriena.

Cięcie nie było głębokie, ale dość długie i krzywe. Kolejne do kolekcji. Skóra wokół rany nabrzmiała i nabrała niezdrowo sinej barwy.

- To trzeba będzie to przemyć, żeby nie wdało się zakażenie - mruknął Adrien.

- I zaszyć - dodał Plagg, odlatując gdzieś w czasie, gdy młody Agreste szykował istotne dla całej operacji przyrządy.

Wrócił z serem, co kompletnie nie zdziwiło Adriena, próbującego nawlec nić dentystyczną na ucho od cienkiej, lekko zagiętej igły. Szło mu raczej kiepsko, szczególnie, że jego wiodącą ręką była również ta przecięta.

- Daj to - burknął Plagg, podlatując do Adriena i wyciągając mu igłę spomiędzy warg, o mało co nie robiąc mu przy tym dziury w policzku.

- Odwal się - spróbował odebrać mu igłę, ale jego kwami był po prostu za szybki.

W końcu dał za wygraną i pozwolił Plaggowi nawlec nić, przy czym starożytne stworzenie, które pewnie przeżyło nie jedno, klęło, jak przysłowiowy szewc. Adrien większość przekleństw podłapał właśnie od swojego kwami, ponieważ żadne slangowe wyzwiska Nino nie mogły się równać z Plaggową “chędożoną twoją macią” czy pełnym zaangażowania zawołaniem „Na pohybel skurwysynom!”.

W tym czasie przemył ranę i usiadł spokojnie na krześle, czekając, aż jego kwami przejdzie do działania.

- To na trzy? - zapytał go, na co Adrien tylko skinął głową. - Raz…

Igła została oczywiście wbita na dwa, przez co zasyczał, jakby ktoś oblał mu ramię wrzątkiem.

Pierwszy szew zawsze bolał najbardziej, kolejne, znosił już łatwiej. Siedział w milczeniu, nie chciał przeszkadzać w pełni skupionemu Plaggowi. Zitytowanie go mogło grozić znalezieniem na swoim ramieniu szwów układających się w niewybredne wyzwiska albo bardzo szczegółowy wizerunek męskiego członka.

- No! - zakrzyknął Plagg. - Wygląda całkiem, całkiem. Marnuję się jako twój kwami.

- Jasne, powinieneś iść na medycynę i zostać chirurgiem.

- Zważając na to, że mogę przeniknąć przez każdą powierzchnię, to mógłbym zszywać od środka.

Adrien aż się wzdrygnął na samą myśl.

- Babranie się w czyichś wnętrznościach i pływanie w treściach żołądkowych, mniam.

- Zawiązać ci jelita w supeł, czy się w końcu zamkniesz? Gdzie mój ser, lekarze mają pokaźną pensję, mi należy się chociaż jeden camembert.

Adrien pokręcił głową, ale ruszył w kierunku małej lodówki, w której trzymał głównie energetyki i ser. Gdy jego kwami zaczął pożerać okropnie śmierdzący krążek, młodszy Agreste przejrzał się w lustrze i z irytacją  stwierdził, że zdążył ubrudzić koszulkę krwią, zdjął ją powolnym ruchem, nie chciał uszkodzić szwów, i rzucił gdzieś w kąt. Rzucił się na łóżko i spojrzał w sufit.

Powoli zaczynał czuć pozostałe obrażenia, prawdopodobnie zrobią mu się sińce na żebrach, był też ciekawy, czy będzie miał jutro zakwasy. Spojrzał na rampę, zastanawiając się, kiedy ostatni raz z niej skorzystał. Z pewnością była jeszcze w użytku nim zaczął chodzić do szkoły, teraz tylko czasem jeździł na niej Nino, gdy przychodził spędzić z nim trochę czasu. Osobiście, Adrien nienawidził swojego pokoju. Każda z rzeczy, która była marzeniem niejednego dzieciaka, była odpowiedzią ojca na jego próby wydostania się z domu.

Po śmierci jego matki, Pan Agreste zamknął się w swoim gabinecie, pozostawiając Adriena w rękach Nathalie i idealnie poukładanego terminarza. Posiadłość, w której mieszkał przestała być domem, zmieniając się w więzienie, z którego prawie nie wychodził. Lekcje odbywały się w domu, z którego Adrien wypuszczali go jedynie na sesje zdjęciowe, co zdarzało się nie częściej niż trzy razy w miesiącu. Był uziemiony, ciągle chodził po posiadłości całkiem sam, przez co zaczynał powoli świrować. No bo ile można nie rozmawiać z nikim, nie śmiać się, nie żyć.

Co nie znaczy, że nie próbował, ale wygrana z ojcem wydawała się po prostu niemożliwa.

Zaczął od prostego: Tato, chciałbym zacząć uczyć się chińskiego. Liczył na zajęcia w grupie, a nawet jeśli miałyby być to lekcje indywidualne, to chociaż poza domem. Och, jakże się przeliczył. Ojciec stwierdził, że rzeczywiście dodatkowe zajęcia z języka mu się przydadzą, a nauczyciel przychodził do jego pokoju. Adrien nie mógł się już za bardzo z tego wymigać, więc zaczął się uczyć. Spróbował więc innej dziedziny, celując w szermierkę. Okazało się, że ich salon jest wystarczający dla samotnych potyczek z trenerem.

Koszykówka? Zamontujemy ci kosz w pokoju. Kino? Wieczorem przyjedzie ciężarówka z ogromnym telewizorem i stertą płyt z najnowszymi filmami. Wyjście na automaty z grami? Jutro będą stać u ciebie w pokoju. Biblioteka? Nie synu, biblioteka przyjdzie do ciebie.

Każda z tych rzeczy była jedynie dowodem na to, jak ciężko uciec z więzienia, gdy jest ono jednocześnie domem. Adrien próbował nawiązać jakieś znajomości w internecie, ale nie szło mu to najlepiej. Jego oficjalne social media były prowadzone przez specjalną firmę, więc zaczął zupełnie anonimowo poznawać odmęty internetu, przy czym okazało się, że nie był na bieżąco z aktualnymi tematami. W wolnych chwilach, których nie zostało mu znowuż tak dużo, przez swoje próby wydostania się z domu, aby kogoś poznać, maniakalnie oglądał filmy superbohaterskie i anime, co jakiś czas odpalając gry i zatapiając się w wirtualnych światach na całe godziny.

Chciał ucieczki, wolności i chwili bycia sobą. Pragnął kogoś bliskiego, kogoś, kto go wysłucha, z kim będzie mógł się szczerze śmiać. Przede wszystkim brakowało mu mamy, osoby, która przez tak wielką część jego życia była mu powierniczką i przyjaciółką. Dzisiaj, cztery lata po jej śmierci, znosił to łatwiej, co nie znaczyło, że ból zelżał choć trochę. Po prostu nauczył się żyć z dziurą w sercu.

Dzień, w którym rozpoczął szkołę i otrzymał swoje miraculum, był tym najważniejszym w całym jego życiu. Zasmakował w końcu wolności, poczuł jak to jest być sobą i przede wszystkim poznał Ją.

Biedronka, Kropeczka, jego Pani, miłość i jedyny obiekt westchnień.

Adrien nie potrafił i nawet nie zamierzał się oszukiwać, że od prawie trzech lat jest zakochany na zabój w dziewczynie, o której nie wie nic. Nie poznał nawet jej imienia, jej ulubionego jedzenia, koloru, nie wiedział, które filmy ją smucą, a które przyprawiają o niekontrolowane ataki śmiechu. Jedyny strzępek informacji, to ten, że jest ktoś inny. Pytał o niego wiele razy, potrzebował wiedzieć, w czym jest od niego gorszy. Ten ktoś stał się dla niego niemal taką samą obsesją, jak sama Biedronka, jednak odkrywanie jego tożsamości szło mu tak samo źle.

Poczuł jak Plagg układa się na jego klatce piersiowej i zawija w kłębek. Uśmiechnął się lekko, gdy z kwami wydobyło się ciche mruczenie.

Wszyscy naokoło znajdowali sobie partnerów, rozstawali się i schodzili, ale przynajmniej mieli jakieś życie romantyczne. To Adriena opierało się głównie na przeglądaniu Biedrobloga i wzdychaniu do co lepszych ujęć kobiety jego marzeń. Na samą myśl o nich musiał nakryć twarz poduszką. Nie pomogło, za to zrobiło mu się jeszcze cieplej, do granicy wytrzymania. Był tak żałosny, że ledwo wytrzymywał we własnym ciele.

Najostrożniej jak potrafił zdjął z siebie Plagga i położył go na kołdrze. Wstał i przeszedł się kilka razy po pokoju, jednak myśli dalej biegały po jego głowie szybciej niż Alix przemieniona w Czasołamaczkę.

Nie chciał być tym typowym stalkerem Biedronki, który kolekcjonuje wszystkie jej zdjęcia, szuka niewybrednych przeróbek na stronach dla dorosłych i komplementuje jedynie jej ciało. Nie zakochał się w jej pięknych oczach, delikatnych dłoniach, drobnych piegach, które pojawiały na jej słodkim nosie po kilku słonecznych tygodniach, czy idealnie wysportowanej, ale wciąż krągłej sylwetce. Nie, to przyszło dużo później.

Poruszyła go jej odwaga i poświęcenie. Jej kompas i kręgosłup moralny. Jej troska i każde słowo emanujące dobrem, które spływało również na niego, dzięki czemu Adrien czuł jak powoli staje się coraz lepszym człowiekiem. Była jego motywacją, inspiracją, powodem do wstawania z łóżka i walczenia ze złem. Bez niej czuł się nikim.

Jego anioł nie miał skrzydeł a kropki.

W dniu w którym otrzymali miracula, Biedronka stała się jego przewodnikiem po świecie. Pamiętał jej pierwsze, kiedy to miała w sobie jeszcze sporo niepewności. Wszystko to zniknęło bardzo szybko, zastąpione poczuciem obowiązku i niesamowitą skutecznością. To, że Władca Ciem jeszcze się nie poddał, musiało wynikać z kompletnego szaleństwa. Albo ten człowiek nie miał nic do stracenia, ale Adrien wolał z nim nie sympatyzować. W końcu był tym złym, człowiekiem krzywdzącym lud Paryża i, przede wszystkim, jego ukochaną.

Dochodziła północ, a on miał następnego dnia na ósmą. Przebrał się w piżamę, uważając na szwy i położył się obok Plagga, delikatnie głaszcząc go między uszami. Nigdy nie odważyłby się, żeby zrobić to, gdy kwami nie spał, no chyba, że chciałby zarobić szramę na twarzy. Ciche mruczenie go uspokajało, powoli utulając do snu.

Nigdy nie zebrał się, aby powiedzieć jej “kocham cię”. Próbował wiele razy, szczególnie w każde walentynki, ale albo coś im przerywało, albo zostawał przemieniony w niewolnika akumy, albo zwyczajnie tchórzył. Odrzucała jego flirt wiele razy, powiedziała mu o tym kimś, ale dopóki te słowa Adrien zostawił w sobie, miał jeszcze szczątki nadziei, że to wszystko potoczy się inaczej.

W końcu Biedronka miała przynosić szczęście.



~*~ 
No i witam ponownie. Tym razem z nowym fandomem, moją ostatnią fascynacją. Miraculum skradło mi duszę i nawet się tego nie wstydzę. Mam nadzieję, że "C'est la fuckin vie" spodoba się zarówno moim stałym czytelnikom, jak i tym całkiem nowym, których serdecznie witam.
Dziękuję wszystkim testowym czytelnikom i najukochańszej Karo, która zbetowała cały tekst.

Bug out!