...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zombie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zombie. Pokaż wszystkie posty

środa, 12 listopada 2014

Nie wszyscy są martwi cz.2

- Ruszysz się w końcu?- zapytała Mateusza, który wyglądał jakby zaledwie przed chwilą przebiegł maraton. Uchylił jedną powiekę spod której błysnęła niebieskoszara tęczówka ubrana w wianuszek z przekrwionego białka- Oberwałeś stary?
          Mateusz obmacał dłonią twarz i zaprzeczył. Dziewczyna dźwignęła się na nogi i wyciągnęła rękę do przyjaciela.
- Mateusz.
Nie drgnął. Szarpnęła go za ramię uznając, że nie ma czasu się z nim cackać. Chłopak spojrzał na nią przemęczonymi oczami.
- Napiłbym się Lena.
- Jak tylko stąd wyjdziemy to obiecuję ci iść na jakiegoś winiacza cudownej słomkowej barwy i o siarkowym bukiecie.
Wstał, ale się nie zaśmiał. Drzwi przedsionka prowadziły do szerokiego korytarza pełnego kolejnych drzwi.
- Co teraz? Szukamy żarcia? Miejsca do spania?- zobaczyła, jak Mateusz zmarszczył nos i podrapał się po potylicy,
- Jeśli mnie przeczucie nie myli to najpierw musimy zobaczyć z kim tu jesteśmy.
- Serio zakładasz, że te dekle wpadły na schowanie się akurat tu?
Przeszli obok pokoju Leny nasłuchując cały czas.
- Słyszysz?- szepnęła.
          Wydawało się, że za drzwiami coś właśnie spadło. Chwilę później dobiegło ich stłumione przekleństwo. Lena uśmiechnęła się naprawdę, naprawdę szeroko. Gestem nakazała, by chłopak pozostał przy ścianie, a sama powoli nacisnęła klamkę. Podziękowała w duszy za swój refleks. Udało jej się jakimś cudem uchylić przed lecącym kijem baseball’owym.
- Ej, Marcelina!- krzyknęła do dziewczyny, która właśnie brała kolejny zamach. Zatrzymała się w rozkroku z wysoko uniesioną bronią.
- No nie gadaj, że znalazłaś kij.
Dziewczyna uśmiechnęła się głaszcząc lakierowane drewno.
- Jasne, że nie. Przywiozłam go ze sobą- parsknęły śmiechem, po czym Marcelina zniknęła w pomieszczeniu. Lena skinęła głową na przyjaciela i weszli do pokoju. Już na samym początku dziewczyna omal nie zabiła się o wieżę z walizek.
- Zagraciłaś tu.
          Marcelina nie odezwała się tylko wślizgnęła na górę jednego z piętrowych łóżek. Uniosła koc spod którego wyłoniła się masa paczek z żarciem, picie i innych kolorowych pudełeczek. Wybrała jedno i rzuciła prosto w ręce Leny.

Kwaśne żelki. Wie co lubię.

Otworzyła paczuszkę i wysypała połowę na dłoń, a resztę rzuciła w stronę Mateusza.
- Czy to aby nie paserstwo?- zapytała uśmiechając się z ustami pełnymi słodyczy. Dopiero teraz zdała sobie sprawę z tego, jak bardzo była głodna.
- Nie marudź tylko jedz- z hałd walizek, toreb i plecaków wyłonił się dość niski chłopak z okropnie roztrzepanymi włosami.
- Antoś!- dziewczyna poczochrała kolesia, próbując jakoś spłaszczyć chaotycznie sterczące kosmyki, jednak jak zwykle jej staranie spełzły na niczym. Nie potrafiła nawet wyrazić tego jak bardzo się cieszy. Jeśli ktoś z jej klasy miał przeżyć to na pewno chciała, żeby były to te dwie osoby.
- Jest ktoś jeszcze?- zapytała sięgając po jakieś ciastka.
- Szukają żarcia. A ty co? Tak w gości bez prezentu przyszłaś?
- Jak to bez?- zdjęła plecak i wyciągnęła z niego broń. Marcelinie zaświeciły się oczy, ale Antek się skrzywił. Na zajęciach ze strzelectwa rzadko kiedy udawało mu się trafić w tarczę, a o dobrym wyniku nawet nie było co mówić. O niebo lepiej poszło dziewczynom, które zdobywały prawie same ósemki i dziewiątki. Lena wyłożyła broń w pokrowcach oraz śrut na dolne łóżko.
- Szkoda, że nie mieliśmy więcej paramilitarnych zajęć. Na przykład jakiegoś fechtunku… Poza tym wiatrówki to średnia obrona. - Antek jak zwykle marudził pod nosem coraz bardziej zwiększając dystans do strzelb.
- Ta najlepiej prowadzenia czołgu, Antoś. Albo kręcenia napalmu. Poza tym wiatrówka zrobi z człowieka ser szwajcarski. Pod warunkiem, że umiesz celować oczywiście.
- To co robimy?- Marcelina nerwowo wyłamała palce.
- Wyśpimy się, poczekamy, aż wrócą z żarciem, przygotujemy się i wtedy ustalimy co dalej. Przydałoby się zrobić jakąś broń, bo wiatrówek jest trzy, a poza nimi mamy tylko kij baseball’owy.
- W sumie to ja umiem robić napalm.
          Wszyscy spojrzeli na długowłosego chłopaka, który właśnie przeglądał najbliżej leżący plecak. Gdy Mateusz poczuł na sobie spojrzenia trzech osób obrócił się ze zdziwioną miną.
- Co jest ci potrzebne?- Lena wpatrywała się w niego z nadzieją w oczach- W końcu mogą sobie nakurwiać ile tylko chcą, ale jeśli ich spalimy nie będą mieli jak.
Jej przyjaciel podrapał się po potylicy.
- Najprościej ze styropianu i benzyny. No wiecie, nawet gdy próbujesz się zgasić wodą może być już tylko gorzej, bo oblepia ci skórę gorącym plastikiem. Tylko zombiaki raczej tego nie poczują.
- Nieważne czy poczują. Może być to dla nich zupełnie bezbolesne, ale kiedy spalimy ich mięśnie i ścięgna nie poruszą się już- Lena opadła z usatysfakcjonowaną miną na łóżko.

Mamy broń. Prawdziwy sposób na te pieprzone trupy.

- Nie byłbym takim optymistą- Antek otworzył puszkę z jakimś gazowanym napojem i przyjrzał się zerwanej z korytarza mapie kompleksu. W pokoju panował półmrok- Gdzie chcecie szukać tego styropianu?
- Tutaj.- Lena uderzyła palcem w mapę.

***

- Rozumiecie plan?
          W pokoju przybyło nie tylko ludzi, ale i jedzenia spakowanego w różnorakie torby i plecaki. Doszedł Adrian z klasy Mateusza oraz Agata, Kamil i Adam.
- Ja zostaję z Agatą i pilnuję bazy, a wy ruszacie do autokarów po paliwo i styropian ze składzika za stołówką- Antek bujał się na krześle.
- Dokładnie. Idziemy dwoma grupami. Ja, Marcelina i Adam dreptamy do autokarów, a Mateusz, Adrian, Kamil do składzika- mówiąc to Lena jeździła palcem po mapie wyznaczając konkretne trasy- Ty Antoś po prostu nie zgiń- wyszczerzyła do niego kiełki- Zostawimy wam jedną wiatrówkę. Nam broń tak naprawdę się nie przyda, jeśli zwrócimy na siebie ich uwagę jesteśmy martwi. I jeszcze jedno. Nie pokazujcie tym ze stołówki, że nas nie zżarli. No chyba, że macie zamiar zmniejszyć nasze szanse przeżycia do zera. Jeśli ktoś chce stamtąd kogoś wyciągnąć, robi to po tej akcji. I na własną rękę. Rozumiecie?
          Przytaknęli. Każdy trzymał bardziej lub mniej zaawansowaną broń. Uśmiechnęła się. Zawsze lepiej umierać w doborowym towarzystwie.

***

          Wybiegł na korytarz. Jeszcze ułamki sekund temu usłyszał krzyk, jednak w przejściu nie było nikogo. Ruszył pędem mijając szereg klamek. Dopadł do framugi otwartych na oścież dwuskrzydłowych drzwi i od razu cofnął się, próbując wciskając się w ścianę. Powoli zjechał po niej ledwo powstrzymując odruch wymiotny. W środku łacznika między pawilonami były trzy zombiaki, w dodatku definitywnie coś żarły. Wychylił się i tym razem już zwymiotował. Na szczęście żywe trupy były zbyt zajęte jedzeniem chudego ciałka Agaty.

Wjebałeś się stary. Nie wziąłeś broni, nie wziąłeś kurwa niczego. Kto zapomniał zaryglować drzwi w tym jebanym łączniku? Dlaczego puściłeś ją samą, nie upomniałeś żeby wzięła broń? Dlaczego, gdy zaproponowała, że zrobi obchód nie poszedłeś za nią, deklu?

          Rozpoczął analizę położenia swojego i reszty. Lena, Marcelina i chłopaki powinni mijać stołówkę, żeby dorwać się do tego pieprzonego paliwa i styropianu potrzebna im będzie jeszcze co najmniej godzina. Chyba, że się na nich rzucą, wtedy prawdopodobnie nie wrócą. On z Agatą mieli pilnować bazy. I może z nikim się na to nie umawiał, ale powinien ją chronić. Brawo. Zawaliłeś po całości stary. Naprawdę będą musieli wrócić do trucheł jego, Agaty i żywych trupów ponad nimi? Antek poczuł, że gotuje się w nim krew. Przecież zostawili mu jedną wiatrówkę, niechętnie, ale zostawili.
          Otarł wargi i zaczął podnosić się do pionu. Cofał się wgłąb korytarza przyklejony do ściany, boleśnie szorując plecami o klamki drzwi. Modlił się w duchy, żeby zombiaki go nie usłyszały. Denerwował się. Nie dość, że strzelec z niego żaden to jeszcze trzęsą mu się ręce. Cichaczem dostał się w końcu do ich pokoju, zamknął za sobą drzwi i poczuł, że nogi ma jak z waty. Podszedł chwiejnie do broni, uprzednio płucząc usta pierwszym lepszym napojem, który wpadł mu do ręki i drżącą ręką wyjął z puszki po fasolce garść śrutu. Kształtem przypominał kieliszek.

Tia, przyjacielu upij się, a potem obudź w normalnym świecie. Ten się kurwa skończył.

          Czuł, że zaczyna go to przerastać. Jak każdy miał na koncie masę filmów i książek o apokalipsach zombie, ale to było nic. Teraz był pewny, że jego szanse są nikłe.

Zdechniesz jak nic nie zrobisz, deklu.

          Złapał wiatrówkę i zobaczył jak szybko może ładować kolejne kieliszki. Zbladł. Pół minuty. Zabije jednego, jeśli mu się poszczęści padną dwa. Z trzecim nie ma szans. Chyba, że coś wykombinuje. Wyszedł na korytarz. 10 metrów. Czyli jakieś trzy, może cztery minuty. Tyle na dobiegnięcie, dwa strzały, powrót do korytarza, trzeci strzał, schowanie się za drzwiami i ostatni strzał. Cztery strzały, tylko raz ma prawo chybić. Tylko raz. Musiał dać radę.
          Wrócił do pokoju, poprawił sznurówki, ułożył kolbę w kołku pomiędzy barkiem, a klatką piersiową. Wziął trzy naboje, położył je delikatnie na dolnej wardze i mocno zacisnął usta. Tak najszybciej je załaduje. Otworzył drzwi i wysunął się na korytarz.

10 metrów.

Skorygował ułożenie broni i przysunął twarz do skupiając się na szczerbince i muszce.

5 metrów.

Oddychał powoli, przez nos bez przerwy dotykając językiem metalicznych kieliszków. Smakowały trochę jak krew.

2 metry.

Zaczął się denerwować. Kropla słonego potu zawisła na koniuszku jego nosa łaskocząc i doprowadzając go do szewskiej pasji. Nie trzęś się, Antek.

Drzwi.

Zacisnął mocniej usta, wychylił lufę przez framugę. Otarł nos o broń i zamarł. Dasz radę.

          Wychylił się bardzo powolutku, szukając pierwszego celu. Udało mu się powstrzymać krzyk, gdy lufa zawisła kilka centymetrów przed szpetnym pyskiem zombiaka. Strzelił bez namysłu. Trafiłby nawet ślepiec. Śrut zniknął w głowie kogoś kto jeszcze kilka godzin temu stał z nim na zbiórce. Złamał broń i włożył kolejny nabój. Uniósł ją w momencie, gdy kolejny trup ruszył w jego stronę strzelił znowu. Chybił. Zaklął szpetnie i rzucił się do korytarza, ładując po drodze kolejny kieliszek. Słyszał rzężący oddech tuż, tuż za nim. Dopadł drzwi, odwrócił się i ponownie strzelił. Tym razem strzał urwał trupowi tylko kawałek łba, jednak siła porwała go na ziemie.

Tak Lena, ja taki ser szwajcarski z zombiaków mam w dupie.

          Antek zobaczył, że ostatni zombiak jest przechodzi przez drzwi do korytarza złamał broń i skoczył na głowę przed chwilą powalonego żywego trupa. Przy ładowaniu broni ślizgał się na kawałkach mózgu, ale nie stracił równowagi. Zrównał szczerbinkę z muszką, wycelował, odetchnął i uspokoił się. Dasz radę, Antek. Za Agatę. Nacisnął spust, strzelił.
I chybił.

CDN.

          Tak jak mówiłam kontynuacja jest! Wolniej niż zamierzałam, ale jest. Ukłony dla Kocyny przez którą zamiast robić notatki na lekcji, ewentualnie spać piszę o zombiakach. W końcu charaktery w tym opowiadaniu to lekko przeinaczone osoby z mojej klasy. Kontynuacja, oby jak najszybciej.

poniedziałek, 6 października 2014

Nie wszyscy są martwi cz.1

Biegnąc prawie potknęła się o drobne ciało, które na wpół rozsmarowane leżało na ziemi. Udało jej się utrzymać równowagę, choć nie obyło się bez zwolnienia tempa biegu i szpetnych wyzwisk adresowanych do trupa. Pech chciał, żeby w tym momencie to przed czym uciekała, złapało ją za ramię i szarpnęło do tyłu. Czuła, jak leci, jak pada ciężko na drogę, jak żwir wbija się w każdy odsłonięty fragment ciała. Nad nią zawisła dziewczyna, która może kiedyś była ładną blondynką, ale teraz była pierdolonym zombie bez połowy twarzy. Mięso, które zaczęło już przechodzić procesy gnilne dyndało wesoło tuż obok opryskanych posoką zębów. Szlag. Żywy trup rozwiera szczęki niczym rasowy krokodyl. Robi to nienaturalnie, zbyt mocno, przez co kącik ust kończy się gdzieś koło ucha. Potwór dyszy, a dziewczyna patrzy jak jej język zaczyna się powoli odrywać. Nim spadnie na jej twarz z pewnością będzie już martwa.

Nie, tępa dzido. Nie ma mowy. Nie dzisiaj.

Zombie rzuca się do szyi swojej ofiary, ale w tym momencie jest tam już tylko ręką zaciśnięta w pięść. Głowa żywego trupa odskoczyła w tył po całkiem nieźle wyprowadzonym, jak na pozycję leżącą, prawym sierpowym. Dziewczyna wyturlała się spod napastnika do siadu z zamiarem skopania zombiaka nim ten się podniesie, ale nie zdążyła. Gdy tylko potwór zaczął się poruszać, ktoś odrąbał mu głowę zardzewiałą łopatą. Nie było to czyste cięcie. Osobie, która co rusz uderzała narzędziem w szyję, by oddzielić głowę od ciała potrzebne było aż sześć uderzeń. Następnie kopnęła ona głowę jak najdalej i zajęła się kończynami. Dziewczyna wciąż siedziała na ziemi, patrząc z niedowierzaniem na kolesia, który właśnie skrupulatnie ćwiartował jej niedoszłego mordercę.
Przyglądała się jak w ślad głowy lecą ręce i nogi, a na koniec, jakby dla pewności, jej wybawca wbił łopatę w sposób, który miał prawdopodobnie przeciąć rdzeń kręgowy. Gdy skończył, oparł cały swój ciężar na drążku narzędzia i ciężko odetchnął. Następnie spojrzał na nią z szerokim uśmiechem na twarzy umorusanej błotem i krwią. Dziewczynę na ziemi zamurowało.
- Matek?
- Nie, Lena. Jestem świętym mikołajem, nie widzisz tej czerwieni? - zachichotał wyrywając łopatę z mlaskiem z ciała.
- Zwariowałeś, stary. - stęknęła dźwigając się na nogi i otrzepując z kurzu. Znała się z Mateuszem jeszcze z piaskownicy, gdy tylko się zjawił przerażenie zniknęło. Mimo to świadomość, że jej przyjaciel właśnie z zimną  krwią, ba! Ze śmiechem zaszlachtował człowieka, była dla niej lekko niepokojąca.
- Wolałbym usłyszeć jakieś dziękuję za uratowanie życia lub coś w ten deseń.
- Moje uratowałeś, ale jej... - spojrzała wymownie na korpus dziewczyny, z którego wciąż wyciekała na wpół zastygła krew.
- Gówno mnie to obchodzi. - przerwał jej, zarzucając łopatę na ramię i ruszył przed siebie - Chciała cię dziwka skrzywdzić, to teraz ma.
Odwrócił się i spojrzał na dość drobną nastolatkę w bojówkach i wojskowych buciorach z ogromnym plecakiem. Jej bystry wzrok przeszywał go najwyraźniej szukając oznak szaleństwa lub też sarkazmu. Albo oba naraz.
- Będziesz sterczeć jak ten słup czy poszukamy Ci broni?
Lena uśmiechnęła się idąc w jego kierunku. Mateusz nie umiał ukryć ulgi, gdy klepnęła go w plecy i powiedziała:
- To gdzie idziemy? Panie... Robotniku?

Robotnik... Nie morderca.

Ruszył żwawo przed siebie wsłuchując się w rytmiczne stukanie buciorów.
- W ośrodku chyba najbezpieczniejszym, ale i najbardziej obleganym miejscem jest chyba kuchnia. Mają tam jedzenie, ale przy ich logistycznych umiejętnościach, a raczej ich braku niedługo zacznie tam dochodzić do rozwiązań siłowych. Podobno siedzą tam i czekają na ratunek, ale komu się opłaca ratować bandę licealistów na wycieczce szkolnej? Głodne mordy, nawet karabinu nie utrzymają. Pewno już wiesz, że stwierdziłem, iż lepiej będzie się zadekować gdzieś indziej. A ty, Lena? Gdzie w ogóle znikłaś? Myślałem, że cię dorwali.
Dziewczyna uśmiechnęła się łobuzersko, klepiąc ogromny plecak ze stelażem.
- Kiedy jeszcze byliśmy trzymani w głównej sali, wyślizgnęłam się i ruszyłam w kierunku naszych pawilonów z pokojami. Gdy przeszłam przez bandę tych zombie bez szwanku, jakiś dekiel postanowił powtórzyć mój wyczyn. Tylko nie wpadł na to, żeby tak jak ja dreptać w kucki. Pobiegł jak strzała przed siebie, a za nim kilkoro innych dekli. I skończyli pożarci przez swoich kochanych koleżków od sweetfoci.
- A ty? - powiedział, gdy przykucnęli tuż za dużym koszem, czekając, aż trójka skąpo ubranych martwych lasek przejdzie obok. Cała ta dość luźna rozmowa była iście absurdalna, gdy omijali żądnych ich mięsa zombiaków.
- No cóż. Kiedy koledzy odciągnęli uwagę, ja zakradłam się do pawilonu nauczycieli i pokradłam co się dało. W tym oczywiście cały sprzęt instruktorów od strzelania z wiatrówki.
Mateusz spojrzał na nią oszołomiony. Jeżu... zdobyła broń. Ta szczwana bestyjka zdobyła najbardziej potrzebną rzecz. Uśmiech Leny doskonale pokazywał, że wie ile znaczy to, co zrobiła.
- To dlaczego się nie broniłaś wiatrówką? Dlaczego w ogóle to cię goniło?
Dziewczyna spuściła głowę kryjąc rumieniec wstydu.
- Kichnęłam. - szepnęła, czołgając się w kierunku wejścia do pawilonu o numerze 4. Zerkając na przyjaciela zauważyła, że ten powstrzymuje się od parsknięcia śmiechem.
- Nie myślałem, że będę się śmiał podczas apokalipsy.
- A tam... lepsze to niż lekcje chemii.
Przykucnęli przy drzwiach czekając, aż wszystkie zombiaki przejdą obok. Lena czuła się nieswojo. Wszystko było zarazem ostre, jaskrawe, jak na jakimś hiperrealistycznym zdjęciu i zatarte, jakby ktoś nakrył ją kloszem z grubego, brudnego szkła. Wiedziała, że powaga sytuacji jeszcze do niej nie dotarła. Chropowata ściana przypominała igły, które zaraz miały przeciąć jej opuszki, szybki oddech Mateusza znajdującego tuż za nią dudnił w jej uszach niczym tętent kopyt, a zielone drzwi tuż przed jej twarzą za nic nie chciały utrzymać jednolitych konturów. Jeśli zaraz nie wejdą, to się zrzyga.
-  Rusz się do jasnej cholery - syknął jej do ucha.
Złapała za klamkę dwuskrzydłowych drzwi, z których wszyscy szydzili, że bardziej pasują do szpitala, a nie do ośrodka wypoczynkowego i otworzyła je z głośnym skrzypnięciem. Za głośnym. Dużo, dużo za głośnym.

Cholera… Ale ze mnie łajza.

Usłyszała głośny charkot, ale nim się odwróciła Mateusz wepchnął ją do środka. Tym razem udało jej się zachować równowagę i gdy chłopak znalazł się w pomieszczeniu wraz z nią, złapała klamkę wielkich drzwi próbując je zatrzasnąć.
- To jakiś pierdolony żart - sapnął Mateusz, gdy spomiędzy skrzydeł zaczęła wyjawiać się na wpół zmiażdżona ręka - Jak w jakimś pierdolonym horrorze klasy F.
Siłowali się z drzwiami widząc, że trup nie ma zamiaru odpuścić. W szczelinie majaczyła już pokiereszowana morda jakiegoś kolesia. Lena przeczuwała, że zaraz za tym zombiakiem zlecą się następne, więc niewiele myśląc przyładowała potworowi z pięści między oczy. O dziwo, podziałało. Zatrzasnęli drzwi i osunęli się po nich niemal jednocześnie w dół…
- Nie wiem po co ja zabrałam te wiatrówki - wysapała, plując flegmą gdzieś w kąt przedsionka - Nawet jej, kurwa, nie zdążymy użyć nim nas zeżrą.

CDN!
~*~
I tak! Kontynuacja nastąpi na 100%, gdyż mam totalną fazę na to opowiadanie. Napisałam je w dwa dni zarywając nocki i nie mam zamiaru przerywać. W kolejnym, nie boję się tego powiedzieć, rozdziale pojawią się kolejne, średnio zrównoważone postacie, więc serdecznie zapraszam ^^. Na koniec zarzucam Wam jeszcze mój rysunek zupełnie randomowego zombie.