...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cinnabar. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cinnabar. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 4 sierpnia 2015

Hecate & Scarfie - RP z Lady Antropy



Kolejne opowiadanie, w którym wystąpi moja Hecate, ale tym razem piszę je wraz z kimś innym. A tym kimś jest nie kto inny, jak Lady Antropy ze swoją banda, której przewodzi niejaka Scarfie. Już jakiś czas temu stwierdziłyśmy, że dziewczyny mogłyby się dogadać i tak zaczęło powstawać to RP. Łapcie początek!
  
Hecate
Otworzyła oczy.
Zupełna ciemność. Nie zaskoczyło jej to, tam gdzie żyła słońce nie pojawiało się od wielu miesięcy. Była więc przyzwyczajona do błądzenia w mroku, w dodatku jej oczy były przystosowane, widziała w ciemności większość zarysów. Minusem było za to delikatne fosforyzowanie tęczówek. Pomacała to co znajdowało się naokoło niej.
Natychmiast zerwała się do pionu sięgając dłonią do kabury po broń. Na próżno. "Peacemaker" zniknął, wyparował, amba go zjadła...
- Cinn?- wyszeptała wyjmując nóż z pochwy zaczepionej przy bucie.
Cisza.
Kurwa, nie ciekawie. Gdzieś ty wsiąkł emocjonalny kameleonie?
Rozejrzała się ciemności przy okazji obmacując teren naokoło. Z mroku wychylały się zarysy podłogi, ścian, jakiś przedmiotów. Musiała się znajdować w jakimś korytarzu. Dotykając dłonią jednej ściany ruszyła przed siebie.
Idę po ciebie kolorowy aniołku gdziekolwiek jesteś i w cokolwiek się wpakowałeś.


Scarfie
Obudziła się na podłodze z ogromnym bólem głowy. Ktoś lub coś musiało silnie walnąć ją w tył głowy. Zdziwiła się. No bo przecież kto byłby w stanie ją powalić jednym ciosem? Jednakże nie było czasu na zastanawianie się.
- Gdzie ja w ogóle jestem?- spytała jakby oczekiwała odpowiedzi. Rozejrzała się po ciemnym - jak jej się wydawało - pokoju. Powoli wstała próbując złapać równowagę. Kiedy już osiągnęła pion ruszyła chwiejnym krokiem przed siebie.
- Oszkurwamaćjebanatwojabyła!!!!!-krzyknęła z bólu gdyż walnęła nogą w stojącą na przeciw niej ławkę. Postawnowiła, że odczeka chwilę aż jej oczy przyzwyczają się do ciemności. Kiedy już nastąpił moment, w którym jej oczy były w stanie określić mniej więcej co znajduje się wokół niej ruszyła przed siebie. Po krótkiej chwili znalazła włącznik światła. Jednak kiedy próbowała włączyć światło w pokoju-to odmówiło jej posłuszeństwa.-Pięknie kurwa, pięknie. Jeszcze światło wywaliło. Chyba nie mam wyboru i będę musiała poszukać bezpieczników-powiedziała do siebie. Nie zastanawiała się długo i chwyciła to co miała pod ręką. W tym wypadku była to ogromna linijka. Taka jakiej używają nauczyciele na lekcjach geometrii w klasie matematycznej. Nie narzekała na swoją nową "broń" w końcu nie wiedziała czy była sama. A miejsce nie wyglądało na bezpieczne. Chcąc nie chcąc nie namyślała się za długo i ruszyła na korytarz w poszukiwaniu bezpiecznika.

- Nosz... Cholera by cię wzięła kameleonie.
Aktualnie mogła się bez problemu poruszać po ciemnym korytarzu. W końcu zwierzęce instynkty się czasem przydają. Chciała znaleźć Cinnabara, przetrzepać mu skórę, delikatnie, acz stanowczo. Gdzie on mógł zniknąć? Nasłuchiwała czując, że z sekundy na sekundę jej zniecierpliwienie wzrasta. Gdy spotka Cinna i wybuchnie furią, nie ręczy za siebie. Chwila. Wydawało jej się, że słyszy cichy szmer dochodzący gdzieś z pustki przed nią. Ponownie położyła dłoń na kaburze, palce zacisnęły się na niewidzialnym spuście.
- Rwa mać...
Co jak co, ale odebranie jej ukochanego gnata było ciosem poniżej pasa. Broń była cholernie nieporęczna i ciężka, ale dla Hecate była przyjacielem i nie zamieniłaby jej na żadną inną. Mimo wszystko...
- Wybacz kochana... Najpierw znajdę tego pieprzonego kameleona. A potem ruszę szukać ciebie.
Pogładziła miejsce, w którym powinna znajdować się broń. Poprawiła uchwyt dłoni na nożu i ruszyła w kierunku źródła dźwięku.

Starała się poruszać bardzo cicho co mimo wszystko przychodziło z trudem. Nowy nieznany jej grunt i zupełny brak światła były bardzo uciążliwe .Ledwo widziała gdzie idzie. Powoli zaczęła się domyślać gdzie się znajduje. Budynek chociaż jej obcy przypominał najzwyklejszą szkołę. Chociaż widać, że lata swojej świetności ma za sobą.
- Ciekawe gdzie się podział ten ptasi móżdżek? Pewnie świetnie się teraz bawi z Efilem...Efil?!!! Do kurwy mamy gdzie jesteś? Jak mogłam o nim zapomnieć. Oh gosh darn it. Jeśli ten idiota coś mu zrobił to chyba zabiję go ponownie...- krzyczała półszeptem.
Kiedy stała przez chwilę nieruchomo usłyszała jakby czyjeś kroki w oddali. Zaczynała mieć dobre przeczucia ale jak wiadomo ostrożności nigdy za wiele więc nie krzyknęła tylko poczekała chwilę na moment aż ktoś lub coś samo do niej podejdzie. Ścisnęła w dłoni linijkę po czym cicho prawie kucając ruszyła przed siebie uważając żeby każdy następny krok był cichszy od poprzedniego.

Nie miała pojęcia, jak długi był ten korytarz. Na pewno nie widziała jego końca. Mijała drzwi różnych klas, próbując wywęszyć cokolwiek. Np. jej ukochaną broń lub tego skrzydlatego debila. Krew w żyłach przyspieszała, przyjemnie szumiąc, skronie delikatnie pulsowały. Nagle ktoś przedarł się przez ciemność.


Mlecznobiała skóra, oblane srebrem włosy i fiołkowe oczy rozpraszały mrok korytarza. Nie wiedząc kim jest tajemnicza postać wyłaniająca się z ciemności Scarfie powoli się do niej zbliżyła.
- Przyjaciel czy wróg?-spytała niepewnie starając się zachować zimną krew. W końcu umiała się bronić. Czekała na odpowiedź w milczeniu. Zdawało się, że jedyne co słychać w powietrzu to jej równomierny oddech. Trzymała linijkę w rękach. Była gotowa na wszystko nawet jeśli oznaczało to walkę.

Pierwszym co ujrzała była długa linijka. Zaraz po niej pojawiła się burza loków, prawdopodobnie rudych. A tuż za nimi cała reszta dziewczyny. Miała bojowy wyraz twarzy, gdy podeszła wyżej podniosła linijkę w górę, tak by ewentualnie móc ją od razu trzasnąć. Hecate uśmiechnęła się po wilczemu.
- Przyjaciel czy wróg?- ton głosu był niepewny, nie drżał jednak. Hecate mimo pewności, że dziewczyna widzi od niej w tym momencie o wiele gorzej nie zamierzała jej lekceważyć. Ne mogła zrobić tak podstawowego błędu.
- Jak na razie żadne z nich.

Widziała, że dziewczyna mierzy ją wzrokiem.
Pewnie bada sytuację. Sądząc po spokoju w jej głosie i fakcie, że jeszcze mnie nie zaatakowała wnoszę, że to nie ona mnie tu zamknęła. Chociaż mimo chucherkowatej postury nie wygląda na słabą.-pomyślała. Trwając w impasie postanowiła, że mimo wszystko nawet jeśli stojąca na przeciw niej dziewczyna jest osobą odpowiedzialną za jej ból głowy oraz jej miejsca pobytu; chciałaby poznać imię swojej porywaczki.
- Masz jakieś imię?-spytała odważnie i pewnie siebie opuszczając powoli linijkę ale nie tracąc czujności.
Wilczy uśmiech nie chciał zejść z jej twarzy. Podobała się jej postawa dziewczyny.

- Mam, mam. Brzmi Hecate, choć większość zwie mnie Krwawą Waderą. Długie i ciężkie do wymówienia, nie sądzisz?
Teraz gdy podeszła bliżej stwierdziła, że jej włosy mają nietypowy, bordowy odcień. Kąciki ust powędrowały jeszcze wyżej. Taki kolor miały włosy i oczy Cinnabara, gdy coś go zawstydziło.

- Hecate...ładne imię. Ja jestem Scarlett ale możesz mi mówić Scarfie jak moi przyja...po prostu Scarfie.-powiedziała nie spuszczając z niej wzroku. Odgarnęła irytujące loki z twarzy.
- Można wiedzieć co tu robisz?- spytała już luźniej ale wciąż ostrożnie. Dłoń na linijce nie zelżała nawet na moment.

Scarfie... Przyjemne imię, takie pluszowe wręcz.
Krew zaczęła płynąć wolniej. Czy to dobrze, że się uspokaja? Nie czuła ze strony rudej żadnego zagrożenia, mimo, iż tamta wciąż kurczowo trzymała się broni. To było dość naturalne, zaczęłaby coś podejrzewać, gdyby tego nie robiła.
-Można wiedzieć co tu robisz?
Spojrzała jej głęboko w oczy. Były duże i ciemnoniebieskie. Na upartego można by się w nich utopić. 
- Myślałam, że to Ty mi powiesz.

sobota, 6 czerwca 2015

Zaułek cz.2

            Obudziły ją ciche kroki. Nie przypominały jej ani trochę tych należących do Cinnabara, więc wolnym, wężowym ruchem wcisnęła rękę pod poduszkę i zacisnęła dłoń na Colcie “Peacemaker”. Mimo ciężaru broń leżała idealnie w jej dłoni, a chłód metalu podniósł kącik ust Hecate w wilczym uśmiechu.
- Wstawaj.
            Zerwała się i wycelowała w nieznajomego, napinając kurek rewolweru drugą ręką. Mężczyzna też nie był bezbronny, w obu dłoniach trzymał rewolwery Magnum 44. Jeden celował w śpiącego Cinnabara, natomiast ziejące czernią oko drugiego spoglądało na nią. Zagryzła wargę i po chwili fuknęła:
- Czego chcesz?
- Bachora.
            Mężczyzna szarpnięciem głowy odrzucił długie, blond włosy na plecy. Wciąż w nią celując pochylił się nad chłopakiem i bez ceregieli pociągnął go za kołnierz do góry, a następnie potrząsnął, żeby rozwinąć go z koca. W trakcie niedelikatnej pobudki Cinnabar ocknął się i zaczął wierzgać starając się kopnąć napastnika. Mężczyzna westchnął znudzony i rzucił chłopakiem o ścianę zaułka.
- Ty…- z gardła Hecate wydobył się pełen furii warkot, a fioletowe oczy zabłysły niebezpiecznie. Już miała strzelać, nie przejmując się lufą Magnuma wpatrującą się w jej czoło, ale moment przed naciśnięciem spustu wojskowy bucior walnął ją szczękę zwalając z kolan.
- Jesteś prawie tak samo irytująca, jak bachor…
Leżąc na ziemi kątem oka ujrzała, jak mężczyzna chowa jeden rewolwer do kabury, jak podkopuje ciało Cinnabara do góry i przerzuca sobie chłopaka przez ramię odchodząc wgłąb zaułka. Chciała się zerwać i pobiec za nimi, ale dzwoniący ból odebrał jej resztki świadomości.

- Hecate.
            Cinnabar… Ból powrócił natychmiastowo, niczym korkociąg przewiercający jej głowę na wylot od policzka po oko. Chłopak podniósł ją za ramiona do góry opierając o mur. Na jej twarzy znalazła się dłoń, która sukcesywnie ją obmacała, a następnie delikatnie złapała jej szczękę. Poczuła nieprzyjemne mrowienie, które w momencie łączenia kości jarzmowej spotęgowało świdrujący ból. Jednak nie krzyknęła, choć raczej z braku siły niż samozaparcia. Zabieg trwał. Po dłuższym czasie odważyła się otworzyć oczy i spojrzała na uśmiechniętego Cinnabara. Jego pociągłą twarz pokrywały świeże sińce, jednak nie ta zmiana najbardziej zdziwiła Hecate.
- Cinn- mimo bólu usta dziewczyny ułożyły się w idealne “O”.
- Tak?
- One wróciły.
Szeroki uśmiech.
- Ważniejsze, że znów mam moc. Inaczej chodziłabyś z brzydką buzią.
- Nie żartuj sobie cholero. Gdzie jest ten koleś?
Jeszcze szerszy uśmiech.
- Nie mam pojęcia, Hecate. Zupełnie się tego nie spodziewałem, ale on nas uratował. Powiedział mi parę rzeczy, co prawda wspierając się siłą,- tu wskazał na swoją wciąż puchnącą twarz- ale po którymś słowie lub razie… Ciężko stwierdzić, sama rozumiesz, i poczułem, że znów mogę leczyć.
            Dziewczyna spoglądała na Cinnabara ciekawskim wzrokiem. Włosy chłopaka były idealnie białe, co ostatnimi czasy… Nie. Nie potrafiła sobie przypomnieć kiedy miały taką barwę. W końcu nie tylko ognisko barwiło się jego smutkiem.
- Skończyłem. Pakuj się, wynosimy się stąd.
Nawet tęczówki chłopaka zbielały, co nadało mu trupi wygląd. Przypominał trochę rekina. Jednak zamiast wypomnieć mu dziwne spojrzenie zebrała szybko swoje rzeczy, bez przerwy obmacując szczękę. Gdy obróciła się, by oznajmić gotowość włosy i oczy Cinnabara właśnie przyjmowały błękitny odcień.
- Emocjonalny kameleon.
            Cinnabar tylko parsknął śmiechem i gestem przywołał ją do siebie. Poczuła uścisk w żołądku. Nie lubiła latać. I za cholerę jej się nie podobało, że będzie musiała zrobić to znowu.

***
            Tak jak mówiłam, Cinnabar i Hecate znów zawitali na blogu. Po prostu każdy potrzebuje czasem terapeutycznej odskoczni, a te mordki idealnie na nią pasują. A jako bonus łapcie mój projekt Hecate :3

sobota, 10 stycznia 2015

Cynober cz.1

Witajcie. Obiecuję Wam, że kiedyś zacznę kontynuować moje stare opowiadania... Na razie, póki mam tego typu wenę, wymyślam coraz to nowsze. Mam już chyba z dwadzieścia zarysów fabuł. Mimo to, w moim notatniku powstaje dalsza historia Czarnego, a opowiadanie o zombie też nie umarło! Może się do nich wezmę w ferie... Zapraszam do czytania. ^^
***

- Lunn?

- Siedź cicho. Jeszcze przepłoszysz tą kelpię.

Młody zamilkł starając się bezgłośnie przegonić krążącego nad głową komara. Siedział w kucki w pałkach wodnych i było mu okropnie niewygodnie, trzcina ciągle cięła mu policzki oraz uszy. Spojrzał na siostrę, która nie zdradzała ani jednej oznaki niezadowolenia. No chyba, że z jego powodu. Lunn była starsza od niego o trzy lata i mistrzowsko opanowała kunszt ojca. Chyba najmłodsza Łowczyni, jaką kojarzył, choć Korik nie znał za wielu ludzi. W końcu był tylko rozbrykanym dwunastolatkiem ze Wschodnich Bagien i to tych położonych jak najdalej od siedzib leżących we władaniu Detrira. Chłopiec nie wiedział dlaczego zarówno ojciec, jak i siostra na dźwięk tego imienia zawsze pluną przez lewe ramię, ale podejrzewał, że ma to jakiś związek z ludźmi Detrira, którzy przyjeżdżali do ich Komty handlować. Tylko, że oni nie płacili. Nigdy.

Korik poczuł, że siostra nieprzyjemnie mocno wbija mu palec między żebra.

- To boli.- stęknął, ale Lunn tylko uciszyła go gestem, a następnie kazała się skupić na ofierze. Chłopiec czuł, poirytowanie dziewczyny, więc wlepił wzrok w dziwnego stwora.

Kelpie była postury wychudzonej szkapy, ale w pysku było coś z kucyka. Takiego wrednego i martwego od trzech dni. Ślepia przykrywała skołtuniona czarna grzywa pełna wplątanych wodorostów i nenufarów. Mleczne grzebienie kwiatów wyglądałyby całkiem ładnie, ale ich zestawienie z Kelpie kojarzyło się Korikowi z obrzędami pogrzebowymi. Reszta ciała była typowo końska. Skóra na na chudych pęcinach nibykonia opinała się tak, jakby zaraz miała pęknąć rozrywając się na kościach. Tułów wyglądał niczym topielec, którego wyciągnął wraz z ojcem, kilka miesięcy temu z jeziora Tubir. Kelpie nawet podobnie śmierdziała. Brzuch wyglądał, niczym obciągnięty źle wyprawioną skórą bęben, gdzieniegdzie widział pęknięcia. Tylko, że ze stwora nie wylatywały różowe i czerwone wstęgi wnętrzności. Pod skórą w widocznej klatce z białych żeber biło ciemne przerośnięte serce, które nienaturalnie grubymi i rozgałęzionymi żyłami pożywiało się ciałem dawnego konia.

Wzdrygnął się na samą myśl, że to mógł być jego wierzchowiec. Korik był bardzo przywiązany do Krnąbrnego, podobnie jak Lunn do swojego Pożeracza Czaszek. W końcu ich konie były mięsożerne. I oddane. I bardzo mądre skoro zamiast, jak większość kopytnych jeść zieleninę, która na bagnach, w większości przypadków, zabijała na miejscu, wolały schrupać ropuchę albo kuroliszka. Lub też, jak koń Lunn, człowieka.

Siostra dotknęła trzema palcami wierzchu lewej dłoni.

“Przygotuj się”.

Złapał mocno swoją bolę, sprawdzając czy nie ślizga się mu w dłoni. Składała się z metalowego koła, do którego przyczepione były trzy, długie na półtora łokcia, sznury z kulistymi odważnikami. Miał ważne zadanie i nie chciał niczego zepsuć. Lunn pierwszy raz powierzyła mu tak odpowiedzialną funkcję, zwykle tylko patrzył lub pomagał porządnie spętać schwytane już zwierze. Tym razem to on miał unieruchomić tylne nogi Kelpie, tak by nie mogła skrzywdzić jego siostry. W gestii Lunn leżała oczywiście najważniejsza część planu. Korik widział, jak przygląda się ostatni raz uździe wykonanej z grubego rzemienia wzmacnianego srebrnym drutem i sprawdza przymocowanie wodzy do pierścienia wędzidłowego. Nie rozumiał na co komu taki wierzchowiec. Kelpie nie były lojalne, jak konie, za to piekielnie szybkie i nigdy się nie męczyły. Jeśli komuś udało się ją schwytać w uzdę, stawała się posłuszna, jednak gdy się uwolniła… Cóż, biada temu kto zażyczył sobie takiego wierzchowca.

Ich przyszła ofiara przeszła tuż obok, zatrzymując się i grzebiąc kopytem w wodzie. Był jeszcze jeden ważny szczegół. Kelpie potrafiły chodzić, a nawet cwałować po tafli wody, ale to w wodzie nie miały sobie równych. Żaden Łowca, nawet najlepszy pływak, nie chciał mierzyć się z Kelpie na otwartym jeziorze czy też bagnie. Szczególnie na Narce, gdzie właśnie się znajdowali. Stwory zwabiały ludzi na środkową wysepkę, która poza kilkoma wystającymi skałami była tak naprawdę płem. A gdy już znalazło się pod wodą nie było ratunku. Czasem jednak bezpieczniej być Łowcą niż zwykłym człowiekiem z mokradeł, którego głównym sposobem na życie było pływanie łódką i szukanie pożywienia. Może dlatego tak mało się ich ostało? Jedynie niektóre łowieckie Komty miały zbudowane zagrody, a prawdziwą rzadkością były poletka z warzywami. Korik mógł być naprawdę dumny, że jego dom zawierał oba te miejsca.

Kciuk Lunn powędrował nos, a potem dolną wargę.

“Ruszamy od razu. Cisza.”.

Był przyzwyczajony do sygnałów Łowców, więc oparł podbródek na pięści.

“Gotów.”

Wstali jednocześnie. Lunn rzuciła się szczupakiem w kierunku pyska Kelpie, a Korik ustawił się w odpowiedniej pozycji do rzutu. Dziewczyna dopadnie stwora za cztery susy; jej nogi zapadały się w wodzie po kolana, jednak wyskakiwała z niej niczym rodzony Rogoskoczek. Trzy susy. Dwa. Rzucił, prosząc wszelkie bóstwa i bóstewka, aby trafił. Lunn skoczyła w górę w momencie, gdy odważniki boli obwinęły się wokół tylnich nóg Kelpie, co powaliło nibykonia. Korik nie miał pojęcia, jak siostra to robi, ale gdy stwór wpadł pod wodę trzymała już wodze w górze. Głowa Kelpie unosiła się na nad taflą, jednak teraz czarny pysk obejmowała połyskująca na srebrno uzda.

- Widziałeś?- odwróciła się do niego z uśmiechem tryumfu na twarzy. Korika zamurowało. Była genialnym Łowcą, idealnym zastępcą ojca- Nawet się nie zorientowała, że tu jesteśmy.

W jej oczach tańczyły płomyki pełne dumy.

- Dobrze ci z uśmiechem, Lunn- powiedział. Siostra naprawdę rzadko się uśmiechała. Sam pamiętał może dwa razy, gdy wygięła usta w ten wesoły sposób. Dziewczyna zareagowała tak jak się spodziewał. Jej dłoń powędrowała na bliznę, która zaczynała się na kącie żuchwy, biegła przez nos i kończyła gdzieś w rudych włosach jego siostry, aktualnie skrytych pod zielonym kapturem. Skóra powyżej szramy była pomarszczona i skurczona od oparzenia. Nie wiedział jakim cudem jej lewe oko ocalało, ale tworzyło okropne zestawienie z okaleczeniem. Tak jak wszyscy we Wschodnich Bagnach miała oczy o kolorze zbliżonym do cynobru. Tylko, że na oparzonej skórze nie rosły brwi ani rzęsy, więc Lunn kojarzyła mu się z dziewczyną zszytą w połowie z jaszczurolwem.

- Ale z blizną już nie. Dobrze, że zostałam łowcą. Przynajmniej z głodu nie umrę, bo chłopa to bym sobie nie znalazła.

Korik chciał jeszcze coś powiedzieć, ale dziewczyna odwróciła się i pociągnęła Kelpie do góry uprzednio uwalniając jej tylnie nogi z jego więzów. Nibykoń człapał za jego siostrą, prawie potulnie. Nie szarpał się, nie próbował gryźć, nawet nie rzucał łbem. Gdy chłopiec podszedł bliżej, zobaczył jak Kelpie szczerzy pożółkłe zęby, w czymś co spokojnie mógł nazwać parodią szalonego uśmiechu. Gorsze były tylko oczy nareszcie widoczne spod skołtunionej grzywy.

- Ona jest ślepa?- zapytał idącej przed nim Lunn. Uniosła wyprostowaną dłoń w górę, co było zaprzeczeniem i oznaczało, że nie ma ochoty z nim rozmawiać. Korik westchnął i wrócił do przyglądania się Kelpie. Szedł aktualnie równo ze zwierzem, na tyle blisko, żeby go dotknąć. Ciekawiło go czy dostałby za to burę od siostry. Jej ślepia były ciemnogranatowe i przejrzyste, widział w nim nerw wzrokowy i całą sieć naczynek pokrywających rogówkę. W gałce pływały białe i jasnofioletowe krople, kojarząc się chłopakowi z gwieździstym niebem. Nie zarejestrował w nim źrenicy, ale drobne kuleczki wydawały się czasem gromadzić w jednym miejscu, a następnie rozpraszać, gdy dana rzecz przestawała je interesować.

Złapał jeden z wodorostów i wyplątał go z grzywy Kelpie. Obróciła łeb w jego stronę, a w jej oczach zatańczyły różnokolorowe punkty.

- Uważaj.- upomniała go, wciąż się nie odwracając. Zignorował ją wracając do wyciągania zielska z włosów stwora. Sama grzywa w dotyku przypominała mu mokre siano ubabrane w mule, ale zapach miała bardziej trupi. Przejechał dłonią po kłębie nibykonia, w takim samym uspokajającym geście, jaki stosował na swoim Krnąbrnym. I kolejne zdziwienie, sierść nie była aksamitna, a zbliżona fakturą do foczej skóry. Bardzo dziwne zwierze.