...

środa, 22 sierpnia 2018

Ciasto ze śliwkami cz.11


Pytania bez odpowiedzi


- A to?

Notesy przynieśli chwilę później, ponad tuzin, z czego połowa zapisanych wyrazistym, lekko koślawym pismem Bucky’ego. Steve nie wiedział, że równocześnie zacznie się dla niego podróż przez całe ich życie. Jego przyjaciel pytał o każdy najmniejszy nawet szczegół.

Jak się poznali? Czy od razu się polubili? Jak to się stało, że zamieszkali razem? Ich mieszkanie znajdowało się na Brooklynie, ale na jakiej ulicy? A co znajdowało się obok? Czy to był szpital? Ich mamy tam pracowały? Jaki był widok z okna, mieli firanki? Czy na parapecie stało radio i którą piosenkę Sinatry lubił najbardziej Steve? Co gotowali na obiad? Jaki kolor miały tapety? Gdzie pracował Bucky? Jak nazywał się ten mleczarz, przywożący codziennie rano dwie bańki mleka, z czego jedną oddawali kotom? Mieli kota, ale jak się u nich znalazł?

I tak bez przerwy. Steve nieraz musiał zamilknąć na długie minuty, żeby poukładać sobie wszystko chronologicznie. Z faktami z czasów II Wojny Światowej było łatwiej, w czasie, gdy on leżał w lodzie, a Bucky trafił w łapy Hydry powstawały szczegółowych setki biografii o Kapitanie Ameryce i jego przyjaźni z Sierżantem Jamesem „Buckym” Barnesem. Jednak żadna z nich nie opisała dokładnie dzieciństwa Steve’a, gdy zaczęto pisać książki, nie żył już nikt, kto mógłby opowiedzieć o historii Kapitana przed serum. No, poza Peggy, która była jednak bardzo oszczędna w słowach.

- Złamałeś mi kiedyś nos – przeczytał Bucky z jednego z notesów. – Prawda czy fałsz?

Steve zastanowił się przez chwilę.

- Dwa razy.

Bucky uniósł brew, po czym zanotował to. Steve widział, jak kreśli jedynkę i dwójkę, więc od razu zaczął mówić.

- Pierwszy raz podczas zabawy w berka. Mieliśmy chyba z pięć lat. Po tym jak mnie klepnąłeś, popchałem cię na drzewo.

Barnes milczał chwilę, coś zapisał, później to skreślił, w końcu spojrzał na Steve’a - jego oczy nie były jeszcze tak żywe, jak kiedyś, ale nie były to już tafle zimnego lodu, na których Rogers ślizgał się pomiędzy zapomnieniem, a byciem celem misji.

- I wylądowałem na nim twarzą? Dziwne, że mam wszystkie zęby.

Steve nie mógł czasem wyjść z podziwu, jak lekkie potrafią być ich rozmowy. Minęły dopiero dwa tygodnie, ale w Buckym zaczynała zachodzić powolna poprawa.

            Jednak leczenie Bucky’ego nie mogło polegać tylko na sporządzaniu zapisków. Steve odpalił już wszystkie swoje kontakty poszukując Barnesa, jednak teraz próbował znów, w czym pomagali mu nie tylko Sam z Nataszą, bo włączyli się nawet Stark i Banner, a po pewnym czasie także Thor.

            W końcu udało im się otrzymać pomoc od króla Wakandy - T’Challi. Miał on pewien dług u Rogersa i chociaż nie mógł mu pomóc w poszukiwaniach, to teraz momentalnie udostępnił dla Bucky’ego wszelkie zasoby słynnej wakandyjskiej medycyny. T’Challa postanowił otworzyć swoje państwo na świat zaledwie kilka miesięcy temu, ale piorunem podbiła globalny rynek. Jej technologie oparte na vibranium sprawiły, że już Wakanda górowała we wszystkich rankingach najbardziej rozwiniętych krajów świata, przodując w kwestiach hi-tech i medycyny.

            T’Challa nie przypisywał wszystkiego sobie, bardzo zachwalał, zresztą słusznie, swoją młodszą siostrę Shuri. I to właśnie jej powierzył zadanie rozgryzienia zagadki programowania Hydry.

            Steve oczywiście pojechał z Buckym, ale większość dni musiał spędzać sam lub dotrzymując towarzystwa T’Challi. Terapia Barnesa była bardzo czasochłonna, ale przynosiła niesamowite efekty, dlatego Rogers ani myślał narzekać, pozostało mu tylko wspierać przyjaciela i w tej kwestii.

***

Krzyk, strzał, krew na ziemi.
Śnieg, ból, łkanie nagle się urywa.
Cios, świst ostrza, chrząstki tchawicy ustępują pod jego palcami.

- Chcesz odpocząć Biały Wilku?

Wynurzenie, poczuł jak świeże powietrze uderza go w płuca, zakrztusił się. Poczuł dotknięcie drobnej dłoni na ramieniu. Tytanicznym wysiłkiem powstrzymał chęć uchwycenia i złamania jej palców.

- To nie działa – powiedział, zdejmując ze skroni czujniki, które monitorowały funkcje życiowe.

Shuri pomogła mu się wyplątać ze skomplikowanej aparatury i podała mu napój izotoniczny, działanie impulsów odwadniało organizm.

Plan dziewczyny był tak naprawdę niezbyt skomplikowany. James Barnes próbował opowiedzieć jej o procesie zamieniania go w Zimowego Żołnierza. Elektrowstrząsy, hibernacja, częste i długotrwałe pobyty w kriokomorze. Po tych opowieściach zrobiła mu tomograf mózgu i tak jak się spodziewała ujrzała ubytki w istocie białej oraz hipokampie. Poniekąd przerażające, ale nie takie problemy już rozwiązywała. Z pomocą miało przyjść jej, po raz nie wiadomo który, cudotwórcze vibranium i wiedza jej ludu. Co prawda nigdy przedtem nie zagłębiała się tak w ziołolecznictwo, ale potrzeba matką wynalazku. Opracowane leki odbudowywały powoli tkankę mózgu, a wyniki Barnesa poprawiały się z tygodnia na tydzień.

- Księżniczko? – Barnes wyrwał ją z rozmyślań.

Prychnęła, ale tylko udawała obruszoną.

- Mówiłam, żebyś mnie tak nie nazywał. Po prostu Shuri.

- To ty uparłaś się nazywać mnie Białym Wilkiem – odparował, a dziewczyna machnęła ręką zbywając temat.

- Porozmawiajmy o wszystkich tych porażkach – zaczęła, a widząc, że Barnes od razu się spiął, uniosła ręce w geście obronnym – Nie mówię, że twoich, no przynajmniej nie tylko, siedzimy w tym razem. Wszystko szło dobrze, aż do teraz. Zacięliśmy się na tym jednym wspomnieniu.

- Krzyk, strzał, krew na ziemi. Śnieg, ból, łkanie…

- …nagle się urywa. – Przerwała mu, kończąc za niego. W końcu słyszała to już dziesiątki razy. - Cios, świst ostrza, chrząstki tchawicy ustępują pod twoimi palcami.

Bucky pokiwał głową. Wydawał się przeraźliwie zmęczony, Shuri zastanowiła się czy nie zrobić przerwy, ale czuła ogromną potrzebę, żeby podzielić się z nim swoją hipotezą. Kiedy ona zbierała słowa, Barnes przerwał ciszę.

- Myślisz, że to jakieś zakodowane wspomnienie?

- Bingo! – Klasnęła w dłonie, nawet nie kryjąc entuzjazmu i ciesząc się, że może od razu przejść do rzeczy. – To niezwykłe dla ciebie, żebyś nie pamiętał swoich ofiar – umilkła na chwilę, ale były Zimowy Żołnierz przywykł już zupełnie do jej nietaktu. - Zwykle udawało nam się rozpoznać twarze, pamiętasz jak długo dochodziliśmy do tego, że zamach na Kennedy’ego to jednak twoja sprawka?

- Wtedy, jak kazałaś mi przeczytać „Dallas ’63” Kinga, żebym zrozumiał, jak ikoniczny mogłem być?

- Dokładnie tak! Jeny, jak ja żałuję, że nie prowadzę kanału na YouTube o morderstwach i teoriach spiskowych. To by się rozchodziło lepiej niż... No nieważne. Znaczy ważne, ale najpierw zajmijmy się tobą. Skoro nie pamiętasz ich twarzy, to coś musi być na rzeczy. Albo wymazali to całkowicie, żeby chronić swoje tyłki, albo to ty nie chcesz tego pamiętać. Ewentualnie oba.

Może jej się zdawało, ale wydawało jej się, że Białego Wilka obruszyło to założenie, na co Shuri parsknęła śmiechem, po czym poklepała mężczyznę po plecach w uspokajającym geście.

- Wiem, że nie robisz mi tego na złość. Mam spisane trzy tuziny twoich morderstw ze wszystkimi szczegółami, publikuję dzięki temu lepsze creepy pasty… To takie… ciarowklejki? Kiedyś opowiadaliście sobie straszne historie przy ognisku, a my, milenialsi, odpuszczamy sobie cały ten aspekt wychodzenia na zewnątrz, wiesz komary gryzą, kiełbaski spadają do ognia i zostaje po nich węgielek, bezpieczniej jest wstawiać to do internetu…

Shuri, dla zasady, nie przywiązywała się do swoich pacjentów, przychodzili i odchodzili, czasem już nigdy nie wracając. Liczył się nie człowiek a wynalazek. Jasne, miło było usłyszeć słowa pochwały, ale nic nie cieszyło jej bardziej, niż idea kiełkująca w jej umyśle, która nagle nabierała kształtu, żeby w końcu stać się czymś namacalnym i rzeczywistym.

Z Buckym było jednak inaczej. Do rozpoczęcia ich terapii musiała przeczytać wszystkie jego notatki, a co za tym idzie zagłębić się w jego historię. Wpierw było to kolejne wyzwanie, kolejny biały człowiek, którego jej brat podrzucił jej do poskładania. Czytała wszystko z naukową precyzją, ale tylko przez pierwsze strony, później przygotowanie zamieniło się dla niej, niemal w czytanie książki sensacyjnej. Tylko że to nie była fikcja, ten człowiek stał przed nią, lubił po każdej sesji terapii zjeść wraz z nią lody o smaku mango i jak na stulatka miał całkiem niezłe poczucie humoru. Chyba nawet bardziej aktualne, niż jej brat, ale on był kompletnym nudziarzem. Czytała po nocach, jedząc śniadanie i tylko przyzwoitość wpojona jej z trudem przez matkę, nakazywała nie brać materiałów do łazienki. I choć nie przyznałaby się do tego nigdy w życiu, to zdarzyło jej się płakać i żadna telenowela czy koreańska drama nie mogła poruszyć w niej tej struny, którą rozdygotał właśnie Barnes. 

            Po tych wszystkich tygodniach stał się jej przyjacielem, och, nieprofesjonalne, ale czy księżniczki, muszą przejmować się takimi drobiazgami. Poza tym, co może być lepsze od przyjaźnienia się z najskuteczniejszym mordercą XX. i XXI. wieku?

- Rozwiążę to – powiedziała, wstając i dając mu znak, że na dzisiaj skończyli. 

Bucky ruszył za nią, rozciągając kark i zahaczając o lodówkę stojącą w kącie laboratorium Shuri, żeby wyjąć z niej dwa opakowania lodów. Rzucił jedno z nich dziewczynie, po czym rozsiadł się na kanapie. Czuł się przy niej dobrze, głównie dlatego, że nie okazywała ani cienia strachu czy obrzydzenia, spędzając tyle czasu w jego towarzystwie. Wręcz przeciwnie, dawała mu poczucie normalności, które dla Zimowego Żołnierza, bestii w ludzkiej skórze, powinno być zakazane. Shuri natomiast, cieszyła się, że Barnes nie traktuje jej ani jak dziecka, ani nie przesadza za bardzo z tytułami. Traktował ją z wielkim szacunkiem i podziwem wobec jej wiedzy, ale nie przeszkadzało mu to zażartować z jej „nowomowy” czy kompletnej nieznajomości starszej popkultury.

- W sumie… - zaczęła, po czym włożyła sobie w usta łopatkę z lodami i zamilkła na kilka chwil, przeglądając notatki na holograficznym tablecie - … to oglądałeś już najnowszą część Gwiezdnych Wojen?

***

            Zarywała kolejną noc, ale była pewna, że jest już blisko rozwiązania zagadki. Coś musiało stać za tym zamglonym wspomnieniem. Porównywała obrazy z tomografów, wizualizacje mnemoneurologiczne, daty w dzienniku, utworzoną własnoręcznie linie czasową z własnych notatek i w końcu ustaliła wszystko. Nawet dokładny dzień, w którym Bucky stworzył to nieustannie dręczące go wspomnienie.

Gdy tylko zrozumiała, co odkryła wszystkie jej notatki zostały zniszczone. Po raz pierwszy w życiu pozbyła się czegoś z taką pieczołowitością.

Kompletnie nie wiedząc, co ma zrobić z tą wiedzą, usunęła ją z powierzchni wszelkich dysków.

Ale z jej głowy raport z 16 grudnia 1991 roku nie mógł tak po prostu wyparować. 


***


Jakby ktoś się przejmował, że było ta mało scen z notesem, to spokojnie, jeszcze się pojawią. Kontynuacja pisze się powolutku, ale postanowiłam skończyć to opowiadanie jeszcze w moje wakacje (mam je do końca września, więc jeszcze chwilkę). W ogóle staram się być bardziej produktywna ostatnio, szczególnie na swoim kanale na YT, jakby co to zapraszam, tam też nazywam się Shiruslayer.
Jak Wasze wakacje? Przeczytaliście albo obejrzeliście coś fajnego? Dajcie mi znać!
Dziękuję wszystkim osobom, które przyszły się ze mną przywitać na Niuconie i Ryuconie i powiedzieć, że tęsknią za moimi opowiadaniami. Jesteście niesamowici. Mam nadzieję, że podobały się Wam moje prelekcje.

wtorek, 24 lipca 2018

C'est la fuckin vie cz.1

W pokoju paliła się, stojąca na biurku, lampka, roztaczając wokół przyjemne, ciepłe światło. Reszta pomieszczenia wydawała się raczej chłodna, pomimo wszelkiego rozmiaru atrakcji - no bo kto mógłby poszczycić się rampą, ścianą wspinaczkową, automatami do gier czy kolekcją książek, płyt i gier, bijąca na głowę niejedną bibliotekę czy księgarnię. Marzenie każdego nastolatka z rodzaju tych, których prawdopodobnie nie spełnią przez całe swoje życie.

A mimo to nie chciał tam wracać.
          
Przykucnął na gzymsie budynku naprzeciwko okna swojego pokoju, starając się wyrównać oddech. Prawe ramię rwało go niemiłosiernie, tak, że prawie kulił się z bólu. Oberwał podczas potyczki z dzisiejszą ofiarą Władcy Ciem. W stroju Czarnego Kota mógł być o wiele bardziej wytrzymały, ale nie niezniszczalny. Nie powiedział nic Biedronce, poniekąd dlatego, że nie potrafiłby jej zmartwić, choć nie był pewien, czy przypadkiem nie była to obrona przed możliwym zlekceważeniem przez Kropeczkę. W końcu ona też musiała znosić obicia, rany, robiła to dużo dzielniej niż on. Myśl o tym, że opatruje się kompletnie sama, wkuwał mu szpilę w serce.

Otrząsnął się. Biedronka była od niego dużo sprytniejsza i uważniejsza, więc o wiele rzadziej zostawała skrzywdzona. Na pewno na częstsze zbieranie ran bitewnych przez Czarnego Kota miało wpływ to, że nieraz rzucał się wprost pod ciosy przeciwnika, żeby tylko ją obronić.

Ramię przeszył taki ból, że aż zgrzytnął zębami.

Tylko bez szwów, nie chcę się znowu tłumaczyć przed ojcem, skąd te blizny i siniaki.

Jasne, zasłaniał się szermierką, a czasem wypadkiem podczas ratowania miasta przez Niezwykłą Biedronkę i Czarnego Kota. Takie tłumaczenia często przechodziły, chyba że miał mieć sesję zdjęciową następnego dnia, wtedy w domu zaczynał się prawdziwy armagedon i ojciec znów groził mu zakazem chodzenia do szkoły. Aktualnie brzmiało to już dość śmiesznie, bo skończył gimnazjum, a trzy tygodnie temu, w prawie niezmienionym składzie, przeszedł do liceum ogólnokształcącego. Ciekawe, czy Biedronka też już zaczęła szkołę średnią.

Kolejne ukłucie bólu. Czarny Kot spojrzał na pokój Adriena z wyrzutem. Z jednej strony może i był wygodną, złotą klatką, ale z drugiej nic nie mogło go uczynić szczęśliwszym niż Miraculum oraz moce, które otrzymał w pakiecie.

Z trzeciej zaś strony, w łazience czekały na niego igły, płyn dezynfekujący i nić dentystyczna, którą zakładał prowizoryczne szwy. Podejrzał to w jakimś serialu, jak na razie sprawdzało się znakomicie.
          
Wskoczył przez uchylone okno, a gdy wyszeptał formułkę „Plagg, chowaj pazury”, poczuł się, jakby ciężkie łańcuchy znów zapięły się na jego nadgarstkach, kostkach i szyi.

Przystanął, nasłuchując kroków, jednak najwidoczniej jego pojawienie się w pokoju nie wzbudziło żadnych reakcji.

- Rusz się dzieciaku - głos Plagga wyrwał go z trybu czujki. - Nie mamy całej nocy, a to... - wskazał drobną łapką zakończoną miniaturowymi pazurkami na prawe ramię Adriena.

Cięcie nie było głębokie, ale dość długie i krzywe. Kolejne do kolekcji. Skóra wokół rany nabrzmiała i nabrała niezdrowo sinej barwy.

- To trzeba będzie to przemyć, żeby nie wdało się zakażenie - mruknął Adrien.

- I zaszyć - dodał Plagg, odlatując gdzieś w czasie, gdy młody Agreste szykował istotne dla całej operacji przyrządy.

Wrócił z serem, co kompletnie nie zdziwiło Adriena, próbującego nawlec nić dentystyczną na ucho od cienkiej, lekko zagiętej igły. Szło mu raczej kiepsko, szczególnie, że jego wiodącą ręką była również ta przecięta.

- Daj to - burknął Plagg, podlatując do Adriena i wyciągając mu igłę spomiędzy warg, o mało co nie robiąc mu przy tym dziury w policzku.

- Odwal się - spróbował odebrać mu igłę, ale jego kwami był po prostu za szybki.

W końcu dał za wygraną i pozwolił Plaggowi nawlec nić, przy czym starożytne stworzenie, które pewnie przeżyło nie jedno, klęło, jak przysłowiowy szewc. Adrien większość przekleństw podłapał właśnie od swojego kwami, ponieważ żadne slangowe wyzwiska Nino nie mogły się równać z Plaggową “chędożoną twoją macią” czy pełnym zaangażowania zawołaniem „Na pohybel skurwysynom!”.

W tym czasie przemył ranę i usiadł spokojnie na krześle, czekając, aż jego kwami przejdzie do działania.

- To na trzy? - zapytał go, na co Adrien tylko skinął głową. - Raz…

Igła została oczywiście wbita na dwa, przez co zasyczał, jakby ktoś oblał mu ramię wrzątkiem.

Pierwszy szew zawsze bolał najbardziej, kolejne, znosił już łatwiej. Siedział w milczeniu, nie chciał przeszkadzać w pełni skupionemu Plaggowi. Zitytowanie go mogło grozić znalezieniem na swoim ramieniu szwów układających się w niewybredne wyzwiska albo bardzo szczegółowy wizerunek męskiego członka.

- No! - zakrzyknął Plagg. - Wygląda całkiem, całkiem. Marnuję się jako twój kwami.

- Jasne, powinieneś iść na medycynę i zostać chirurgiem.

- Zważając na to, że mogę przeniknąć przez każdą powierzchnię, to mógłbym zszywać od środka.

Adrien aż się wzdrygnął na samą myśl.

- Babranie się w czyichś wnętrznościach i pływanie w treściach żołądkowych, mniam.

- Zawiązać ci jelita w supeł, czy się w końcu zamkniesz? Gdzie mój ser, lekarze mają pokaźną pensję, mi należy się chociaż jeden camembert.

Adrien pokręcił głową, ale ruszył w kierunku małej lodówki, w której trzymał głównie energetyki i ser. Gdy jego kwami zaczął pożerać okropnie śmierdzący krążek, młodszy Agreste przejrzał się w lustrze i z irytacją  stwierdził, że zdążył ubrudzić koszulkę krwią, zdjął ją powolnym ruchem, nie chciał uszkodzić szwów, i rzucił gdzieś w kąt. Rzucił się na łóżko i spojrzał w sufit.

Powoli zaczynał czuć pozostałe obrażenia, prawdopodobnie zrobią mu się sińce na żebrach, był też ciekawy, czy będzie miał jutro zakwasy. Spojrzał na rampę, zastanawiając się, kiedy ostatni raz z niej skorzystał. Z pewnością była jeszcze w użytku nim zaczął chodzić do szkoły, teraz tylko czasem jeździł na niej Nino, gdy przychodził spędzić z nim trochę czasu. Osobiście, Adrien nienawidził swojego pokoju. Każda z rzeczy, która była marzeniem niejednego dzieciaka, była odpowiedzią ojca na jego próby wydostania się z domu.

Po śmierci jego matki, Pan Agreste zamknął się w swoim gabinecie, pozostawiając Adriena w rękach Nathalie i idealnie poukładanego terminarza. Posiadłość, w której mieszkał przestała być domem, zmieniając się w więzienie, z którego prawie nie wychodził. Lekcje odbywały się w domu, z którego Adrien wypuszczali go jedynie na sesje zdjęciowe, co zdarzało się nie częściej niż trzy razy w miesiącu. Był uziemiony, ciągle chodził po posiadłości całkiem sam, przez co zaczynał powoli świrować. No bo ile można nie rozmawiać z nikim, nie śmiać się, nie żyć.

Co nie znaczy, że nie próbował, ale wygrana z ojcem wydawała się po prostu niemożliwa.

Zaczął od prostego: Tato, chciałbym zacząć uczyć się chińskiego. Liczył na zajęcia w grupie, a nawet jeśli miałyby być to lekcje indywidualne, to chociaż poza domem. Och, jakże się przeliczył. Ojciec stwierdził, że rzeczywiście dodatkowe zajęcia z języka mu się przydadzą, a nauczyciel przychodził do jego pokoju. Adrien nie mógł się już za bardzo z tego wymigać, więc zaczął się uczyć. Spróbował więc innej dziedziny, celując w szermierkę. Okazało się, że ich salon jest wystarczający dla samotnych potyczek z trenerem.

Koszykówka? Zamontujemy ci kosz w pokoju. Kino? Wieczorem przyjedzie ciężarówka z ogromnym telewizorem i stertą płyt z najnowszymi filmami. Wyjście na automaty z grami? Jutro będą stać u ciebie w pokoju. Biblioteka? Nie synu, biblioteka przyjdzie do ciebie.

Każda z tych rzeczy była jedynie dowodem na to, jak ciężko uciec z więzienia, gdy jest ono jednocześnie domem. Adrien próbował nawiązać jakieś znajomości w internecie, ale nie szło mu to najlepiej. Jego oficjalne social media były prowadzone przez specjalną firmę, więc zaczął zupełnie anonimowo poznawać odmęty internetu, przy czym okazało się, że nie był na bieżąco z aktualnymi tematami. W wolnych chwilach, których nie zostało mu znowuż tak dużo, przez swoje próby wydostania się z domu, aby kogoś poznać, maniakalnie oglądał filmy superbohaterskie i anime, co jakiś czas odpalając gry i zatapiając się w wirtualnych światach na całe godziny.

Chciał ucieczki, wolności i chwili bycia sobą. Pragnął kogoś bliskiego, kogoś, kto go wysłucha, z kim będzie mógł się szczerze śmiać. Przede wszystkim brakowało mu mamy, osoby, która przez tak wielką część jego życia była mu powierniczką i przyjaciółką. Dzisiaj, cztery lata po jej śmierci, znosił to łatwiej, co nie znaczyło, że ból zelżał choć trochę. Po prostu nauczył się żyć z dziurą w sercu.

Dzień, w którym rozpoczął szkołę i otrzymał swoje miraculum, był tym najważniejszym w całym jego życiu. Zasmakował w końcu wolności, poczuł jak to jest być sobą i przede wszystkim poznał Ją.

Biedronka, Kropeczka, jego Pani, miłość i jedyny obiekt westchnień.

Adrien nie potrafił i nawet nie zamierzał się oszukiwać, że od prawie trzech lat jest zakochany na zabój w dziewczynie, o której nie wie nic. Nie poznał nawet jej imienia, jej ulubionego jedzenia, koloru, nie wiedział, które filmy ją smucą, a które przyprawiają o niekontrolowane ataki śmiechu. Jedyny strzępek informacji, to ten, że jest ktoś inny. Pytał o niego wiele razy, potrzebował wiedzieć, w czym jest od niego gorszy. Ten ktoś stał się dla niego niemal taką samą obsesją, jak sama Biedronka, jednak odkrywanie jego tożsamości szło mu tak samo źle.

Poczuł jak Plagg układa się na jego klatce piersiowej i zawija w kłębek. Uśmiechnął się lekko, gdy z kwami wydobyło się ciche mruczenie.

Wszyscy naokoło znajdowali sobie partnerów, rozstawali się i schodzili, ale przynajmniej mieli jakieś życie romantyczne. To Adriena opierało się głównie na przeglądaniu Biedrobloga i wzdychaniu do co lepszych ujęć kobiety jego marzeń. Na samą myśl o nich musiał nakryć twarz poduszką. Nie pomogło, za to zrobiło mu się jeszcze cieplej, do granicy wytrzymania. Był tak żałosny, że ledwo wytrzymywał we własnym ciele.

Najostrożniej jak potrafił zdjął z siebie Plagga i położył go na kołdrze. Wstał i przeszedł się kilka razy po pokoju, jednak myśli dalej biegały po jego głowie szybciej niż Alix przemieniona w Czasołamaczkę.

Nie chciał być tym typowym stalkerem Biedronki, który kolekcjonuje wszystkie jej zdjęcia, szuka niewybrednych przeróbek na stronach dla dorosłych i komplementuje jedynie jej ciało. Nie zakochał się w jej pięknych oczach, delikatnych dłoniach, drobnych piegach, które pojawiały na jej słodkim nosie po kilku słonecznych tygodniach, czy idealnie wysportowanej, ale wciąż krągłej sylwetce. Nie, to przyszło dużo później.

Poruszyła go jej odwaga i poświęcenie. Jej kompas i kręgosłup moralny. Jej troska i każde słowo emanujące dobrem, które spływało również na niego, dzięki czemu Adrien czuł jak powoli staje się coraz lepszym człowiekiem. Była jego motywacją, inspiracją, powodem do wstawania z łóżka i walczenia ze złem. Bez niej czuł się nikim.

Jego anioł nie miał skrzydeł a kropki.

W dniu w którym otrzymali miracula, Biedronka stała się jego przewodnikiem po świecie. Pamiętał jej pierwsze, kiedy to miała w sobie jeszcze sporo niepewności. Wszystko to zniknęło bardzo szybko, zastąpione poczuciem obowiązku i niesamowitą skutecznością. To, że Władca Ciem jeszcze się nie poddał, musiało wynikać z kompletnego szaleństwa. Albo ten człowiek nie miał nic do stracenia, ale Adrien wolał z nim nie sympatyzować. W końcu był tym złym, człowiekiem krzywdzącym lud Paryża i, przede wszystkim, jego ukochaną.

Dochodziła północ, a on miał następnego dnia na ósmą. Przebrał się w piżamę, uważając na szwy i położył się obok Plagga, delikatnie głaszcząc go między uszami. Nigdy nie odważyłby się, żeby zrobić to, gdy kwami nie spał, no chyba, że chciałby zarobić szramę na twarzy. Ciche mruczenie go uspokajało, powoli utulając do snu.

Nigdy nie zebrał się, aby powiedzieć jej “kocham cię”. Próbował wiele razy, szczególnie w każde walentynki, ale albo coś im przerywało, albo zostawał przemieniony w niewolnika akumy, albo zwyczajnie tchórzył. Odrzucała jego flirt wiele razy, powiedziała mu o tym kimś, ale dopóki te słowa Adrien zostawił w sobie, miał jeszcze szczątki nadziei, że to wszystko potoczy się inaczej.

W końcu Biedronka miała przynosić szczęście.



~*~ 
No i witam ponownie. Tym razem z nowym fandomem, moją ostatnią fascynacją. Miraculum skradło mi duszę i nawet się tego nie wstydzę. Mam nadzieję, że "C'est la fuckin vie" spodoba się zarówno moim stałym czytelnikom, jak i tym całkiem nowym, których serdecznie witam.
Dziękuję wszystkim testowym czytelnikom i najukochańszej Karo, która zbetowała cały tekst.

Bug out!