...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stucky. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stucky. Pokaż wszystkie posty

środa, 22 sierpnia 2018

Ciasto ze śliwkami cz.11


Pytania bez odpowiedzi


- A to?

Notesy przynieśli chwilę później, ponad tuzin, z czego połowa zapisanych wyrazistym, lekko koślawym pismem Bucky’ego. Steve nie wiedział, że równocześnie zacznie się dla niego podróż przez całe ich życie. Jego przyjaciel pytał o każdy najmniejszy nawet szczegół.

Jak się poznali? Czy od razu się polubili? Jak to się stało, że zamieszkali razem? Ich mieszkanie znajdowało się na Brooklynie, ale na jakiej ulicy? A co znajdowało się obok? Czy to był szpital? Ich mamy tam pracowały? Jaki był widok z okna, mieli firanki? Czy na parapecie stało radio i którą piosenkę Sinatry lubił najbardziej Steve? Co gotowali na obiad? Jaki kolor miały tapety? Gdzie pracował Bucky? Jak nazywał się ten mleczarz, przywożący codziennie rano dwie bańki mleka, z czego jedną oddawali kotom? Mieli kota, ale jak się u nich znalazł?

I tak bez przerwy. Steve nieraz musiał zamilknąć na długie minuty, żeby poukładać sobie wszystko chronologicznie. Z faktami z czasów II Wojny Światowej było łatwiej, w czasie, gdy on leżał w lodzie, a Bucky trafił w łapy Hydry powstawały szczegółowych setki biografii o Kapitanie Ameryce i jego przyjaźni z Sierżantem Jamesem „Buckym” Barnesem. Jednak żadna z nich nie opisała dokładnie dzieciństwa Steve’a, gdy zaczęto pisać książki, nie żył już nikt, kto mógłby opowiedzieć o historii Kapitana przed serum. No, poza Peggy, która była jednak bardzo oszczędna w słowach.

- Złamałeś mi kiedyś nos – przeczytał Bucky z jednego z notesów. – Prawda czy fałsz?

Steve zastanowił się przez chwilę.

- Dwa razy.

Bucky uniósł brew, po czym zanotował to. Steve widział, jak kreśli jedynkę i dwójkę, więc od razu zaczął mówić.

- Pierwszy raz podczas zabawy w berka. Mieliśmy chyba z pięć lat. Po tym jak mnie klepnąłeś, popchałem cię na drzewo.

Barnes milczał chwilę, coś zapisał, później to skreślił, w końcu spojrzał na Steve’a - jego oczy nie były jeszcze tak żywe, jak kiedyś, ale nie były to już tafle zimnego lodu, na których Rogers ślizgał się pomiędzy zapomnieniem, a byciem celem misji.

- I wylądowałem na nim twarzą? Dziwne, że mam wszystkie zęby.

Steve nie mógł czasem wyjść z podziwu, jak lekkie potrafią być ich rozmowy. Minęły dopiero dwa tygodnie, ale w Buckym zaczynała zachodzić powolna poprawa.

            Jednak leczenie Bucky’ego nie mogło polegać tylko na sporządzaniu zapisków. Steve odpalił już wszystkie swoje kontakty poszukując Barnesa, jednak teraz próbował znów, w czym pomagali mu nie tylko Sam z Nataszą, bo włączyli się nawet Stark i Banner, a po pewnym czasie także Thor.

            W końcu udało im się otrzymać pomoc od króla Wakandy - T’Challi. Miał on pewien dług u Rogersa i chociaż nie mógł mu pomóc w poszukiwaniach, to teraz momentalnie udostępnił dla Bucky’ego wszelkie zasoby słynnej wakandyjskiej medycyny. T’Challa postanowił otworzyć swoje państwo na świat zaledwie kilka miesięcy temu, ale piorunem podbiła globalny rynek. Jej technologie oparte na vibranium sprawiły, że już Wakanda górowała we wszystkich rankingach najbardziej rozwiniętych krajów świata, przodując w kwestiach hi-tech i medycyny.

            T’Challa nie przypisywał wszystkiego sobie, bardzo zachwalał, zresztą słusznie, swoją młodszą siostrę Shuri. I to właśnie jej powierzył zadanie rozgryzienia zagadki programowania Hydry.

            Steve oczywiście pojechał z Buckym, ale większość dni musiał spędzać sam lub dotrzymując towarzystwa T’Challi. Terapia Barnesa była bardzo czasochłonna, ale przynosiła niesamowite efekty, dlatego Rogers ani myślał narzekać, pozostało mu tylko wspierać przyjaciela i w tej kwestii.

***

Krzyk, strzał, krew na ziemi.
Śnieg, ból, łkanie nagle się urywa.
Cios, świst ostrza, chrząstki tchawicy ustępują pod jego palcami.

- Chcesz odpocząć Biały Wilku?

Wynurzenie, poczuł jak świeże powietrze uderza go w płuca, zakrztusił się. Poczuł dotknięcie drobnej dłoni na ramieniu. Tytanicznym wysiłkiem powstrzymał chęć uchwycenia i złamania jej palców.

- To nie działa – powiedział, zdejmując ze skroni czujniki, które monitorowały funkcje życiowe.

Shuri pomogła mu się wyplątać ze skomplikowanej aparatury i podała mu napój izotoniczny, działanie impulsów odwadniało organizm.

Plan dziewczyny był tak naprawdę niezbyt skomplikowany. James Barnes próbował opowiedzieć jej o procesie zamieniania go w Zimowego Żołnierza. Elektrowstrząsy, hibernacja, częste i długotrwałe pobyty w kriokomorze. Po tych opowieściach zrobiła mu tomograf mózgu i tak jak się spodziewała ujrzała ubytki w istocie białej oraz hipokampie. Poniekąd przerażające, ale nie takie problemy już rozwiązywała. Z pomocą miało przyjść jej, po raz nie wiadomo który, cudotwórcze vibranium i wiedza jej ludu. Co prawda nigdy przedtem nie zagłębiała się tak w ziołolecznictwo, ale potrzeba matką wynalazku. Opracowane leki odbudowywały powoli tkankę mózgu, a wyniki Barnesa poprawiały się z tygodnia na tydzień.

- Księżniczko? – Barnes wyrwał ją z rozmyślań.

Prychnęła, ale tylko udawała obruszoną.

- Mówiłam, żebyś mnie tak nie nazywał. Po prostu Shuri.

- To ty uparłaś się nazywać mnie Białym Wilkiem – odparował, a dziewczyna machnęła ręką zbywając temat.

- Porozmawiajmy o wszystkich tych porażkach – zaczęła, a widząc, że Barnes od razu się spiął, uniosła ręce w geście obronnym – Nie mówię, że twoich, no przynajmniej nie tylko, siedzimy w tym razem. Wszystko szło dobrze, aż do teraz. Zacięliśmy się na tym jednym wspomnieniu.

- Krzyk, strzał, krew na ziemi. Śnieg, ból, łkanie…

- …nagle się urywa. – Przerwała mu, kończąc za niego. W końcu słyszała to już dziesiątki razy. - Cios, świst ostrza, chrząstki tchawicy ustępują pod twoimi palcami.

Bucky pokiwał głową. Wydawał się przeraźliwie zmęczony, Shuri zastanowiła się czy nie zrobić przerwy, ale czuła ogromną potrzebę, żeby podzielić się z nim swoją hipotezą. Kiedy ona zbierała słowa, Barnes przerwał ciszę.

- Myślisz, że to jakieś zakodowane wspomnienie?

- Bingo! – Klasnęła w dłonie, nawet nie kryjąc entuzjazmu i ciesząc się, że może od razu przejść do rzeczy. – To niezwykłe dla ciebie, żebyś nie pamiętał swoich ofiar – umilkła na chwilę, ale były Zimowy Żołnierz przywykł już zupełnie do jej nietaktu. - Zwykle udawało nam się rozpoznać twarze, pamiętasz jak długo dochodziliśmy do tego, że zamach na Kennedy’ego to jednak twoja sprawka?

- Wtedy, jak kazałaś mi przeczytać „Dallas ’63” Kinga, żebym zrozumiał, jak ikoniczny mogłem być?

- Dokładnie tak! Jeny, jak ja żałuję, że nie prowadzę kanału na YouTube o morderstwach i teoriach spiskowych. To by się rozchodziło lepiej niż... No nieważne. Znaczy ważne, ale najpierw zajmijmy się tobą. Skoro nie pamiętasz ich twarzy, to coś musi być na rzeczy. Albo wymazali to całkowicie, żeby chronić swoje tyłki, albo to ty nie chcesz tego pamiętać. Ewentualnie oba.

Może jej się zdawało, ale wydawało jej się, że Białego Wilka obruszyło to założenie, na co Shuri parsknęła śmiechem, po czym poklepała mężczyznę po plecach w uspokajającym geście.

- Wiem, że nie robisz mi tego na złość. Mam spisane trzy tuziny twoich morderstw ze wszystkimi szczegółami, publikuję dzięki temu lepsze creepy pasty… To takie… ciarowklejki? Kiedyś opowiadaliście sobie straszne historie przy ognisku, a my, milenialsi, odpuszczamy sobie cały ten aspekt wychodzenia na zewnątrz, wiesz komary gryzą, kiełbaski spadają do ognia i zostaje po nich węgielek, bezpieczniej jest wstawiać to do internetu…

Shuri, dla zasady, nie przywiązywała się do swoich pacjentów, przychodzili i odchodzili, czasem już nigdy nie wracając. Liczył się nie człowiek a wynalazek. Jasne, miło było usłyszeć słowa pochwały, ale nic nie cieszyło jej bardziej, niż idea kiełkująca w jej umyśle, która nagle nabierała kształtu, żeby w końcu stać się czymś namacalnym i rzeczywistym.

Z Buckym było jednak inaczej. Do rozpoczęcia ich terapii musiała przeczytać wszystkie jego notatki, a co za tym idzie zagłębić się w jego historię. Wpierw było to kolejne wyzwanie, kolejny biały człowiek, którego jej brat podrzucił jej do poskładania. Czytała wszystko z naukową precyzją, ale tylko przez pierwsze strony, później przygotowanie zamieniło się dla niej, niemal w czytanie książki sensacyjnej. Tylko że to nie była fikcja, ten człowiek stał przed nią, lubił po każdej sesji terapii zjeść wraz z nią lody o smaku mango i jak na stulatka miał całkiem niezłe poczucie humoru. Chyba nawet bardziej aktualne, niż jej brat, ale on był kompletnym nudziarzem. Czytała po nocach, jedząc śniadanie i tylko przyzwoitość wpojona jej z trudem przez matkę, nakazywała nie brać materiałów do łazienki. I choć nie przyznałaby się do tego nigdy w życiu, to zdarzyło jej się płakać i żadna telenowela czy koreańska drama nie mogła poruszyć w niej tej struny, którą rozdygotał właśnie Barnes. 

            Po tych wszystkich tygodniach stał się jej przyjacielem, och, nieprofesjonalne, ale czy księżniczki, muszą przejmować się takimi drobiazgami. Poza tym, co może być lepsze od przyjaźnienia się z najskuteczniejszym mordercą XX. i XXI. wieku?

- Rozwiążę to – powiedziała, wstając i dając mu znak, że na dzisiaj skończyli. 

Bucky ruszył za nią, rozciągając kark i zahaczając o lodówkę stojącą w kącie laboratorium Shuri, żeby wyjąć z niej dwa opakowania lodów. Rzucił jedno z nich dziewczynie, po czym rozsiadł się na kanapie. Czuł się przy niej dobrze, głównie dlatego, że nie okazywała ani cienia strachu czy obrzydzenia, spędzając tyle czasu w jego towarzystwie. Wręcz przeciwnie, dawała mu poczucie normalności, które dla Zimowego Żołnierza, bestii w ludzkiej skórze, powinno być zakazane. Shuri natomiast, cieszyła się, że Barnes nie traktuje jej ani jak dziecka, ani nie przesadza za bardzo z tytułami. Traktował ją z wielkim szacunkiem i podziwem wobec jej wiedzy, ale nie przeszkadzało mu to zażartować z jej „nowomowy” czy kompletnej nieznajomości starszej popkultury.

- W sumie… - zaczęła, po czym włożyła sobie w usta łopatkę z lodami i zamilkła na kilka chwil, przeglądając notatki na holograficznym tablecie - … to oglądałeś już najnowszą część Gwiezdnych Wojen?

***

            Zarywała kolejną noc, ale była pewna, że jest już blisko rozwiązania zagadki. Coś musiało stać za tym zamglonym wspomnieniem. Porównywała obrazy z tomografów, wizualizacje mnemoneurologiczne, daty w dzienniku, utworzoną własnoręcznie linie czasową z własnych notatek i w końcu ustaliła wszystko. Nawet dokładny dzień, w którym Bucky stworzył to nieustannie dręczące go wspomnienie.

Gdy tylko zrozumiała, co odkryła wszystkie jej notatki zostały zniszczone. Po raz pierwszy w życiu pozbyła się czegoś z taką pieczołowitością.

Kompletnie nie wiedząc, co ma zrobić z tą wiedzą, usunęła ją z powierzchni wszelkich dysków.

Ale z jej głowy raport z 16 grudnia 1991 roku nie mógł tak po prostu wyparować. 


***


Jakby ktoś się przejmował, że było ta mało scen z notesem, to spokojnie, jeszcze się pojawią. Kontynuacja pisze się powolutku, ale postanowiłam skończyć to opowiadanie jeszcze w moje wakacje (mam je do końca września, więc jeszcze chwilkę). W ogóle staram się być bardziej produktywna ostatnio, szczególnie na swoim kanale na YT, jakby co to zapraszam, tam też nazywam się Shiruslayer.
Jak Wasze wakacje? Przeczytaliście albo obejrzeliście coś fajnego? Dajcie mi znać!
Dziękuję wszystkim osobom, które przyszły się ze mną przywitać na Niuconie i Ryuconie i powiedzieć, że tęsknią za moimi opowiadaniami. Jesteście niesamowici. Mam nadzieję, że podobały się Wam moje prelekcje.

środa, 26 kwietnia 2017

Twoje skrzydła mogą być złamane, ale nie jest za późno.

Steve?

Ty też to czujesz prawda?

Unosili się jak plastikowa torebka bez domu, zepsuty kompas, który wciąż prze do przodu.

Patrzył na niego ze smutkiem, ale bał się okazać mu całe te pokłady współczucia, które odczuwał, żeby nie uciekł, nie schował się i nie odgrodził od niego swoją skorupą. Starał się być obok, tak bardzo, na ile mu pozwalał, słuchać, być oparciem, czasem po chamsku pakować mu się do mieszkania. Nie raz milczeli, czasem rozmawiali, innym razem darli się do radia, o co nikt pewnie nie posądzałby tego chodzącego wzoru. Ale nikt nie spodziewałby się także pustki lub łez w jego niebieskich oczach. W ogóle ludzie mało go znali, jak na to, ile osób się wokół niego kręciło. Jakby był jedną z planet Układu Słonecznego. Albo nawet jego Słońcem, środkiem, wnętrzem, głównym punktem wszechświata. Niby należeli do jednego układu, niby krążyli prawie tą samą drogą, ale tak naprawdę ich trajektorie nigdy nie miały się spotkać. Mimo to ciągle powtarzali, że byli do niego tak podobni.

Tylko teraz nie potrafili wykrzesać nawet iskierki zrozumienia.

Powiedzieli te najgorsze rzeczy. Zwyzywali, że w ogóle mu zaufał, że dał szansę, bo przecież nie był ślepy, znał go i powinien wiedzieć, na co się pisze.

Oh, jakże wspaniałomyślnie.

Przecież to takie pomocne.

Gotował się na samo wspomnienie o bezmyślności tych ludzi, ludzi, którzy śmieli się nazywać jego przyjaciółmi, a wbijali mu szpilę za szpilą, tak jakby już nie był wystarczająco poturbowany. Jakby to, co się stało nie dało mu wystarczająco po skrzydłach.

Sam nie do końca rozumiał jego wybór, nie było go jeszcze przy nim, gdy go podjął, ale przecież nie musiał rozumieć. Zamiast tego chciał być, móc go słuchać, móc z nim milczeć, móc patrzeć razem godzinami w jeden punkt przed nimi, nieważne czy była to droga, jezioro, czy też pokój jednego z nich. Był, bo byli przyjaciółmi, braćmi, pokrewnymi duszami.

I może to ciężkie do zrozumienia, ale chciało mu się płakać, gdy widział jak cierpi.

Steve, Twoje skrzydła mogą być złamane, ale zaufaj mi bracie, nie jest za późno.

Bał się go przytulić, bał się, że niewprawnym dotykiem go stłucze, a w jego wnętrzu szalało prawdziwe tornado. Wyrzut do samego siebie, zaciskający się na jego wnętrznościach, niepozwalający odetchnąć. Powinien wiedzieć co powiedzieć, powinien naprawić go jednym słowem.

Powinien, powinien, powinien.

Ale tak się nie da.

Trzeba czasu, setki chwil, tysiąca słów, miliona minut ciszy.

Steve, ukrywasz swoje emocje, żeby uciec przed tym, co boli i ciągnie w dół. Wyglądasz jak piękny ptak, który topi się w morzu ropy. Czarnobrunatna maź skleiła Ci pióra, skrępowała ruchy, odebrała możliwości lotu, a na końcu wlała się do gardła brutalnie dławiąc.

Siedzieli obok siebie, niby tuż, tuż. Kolano w kolano, ramię w ramię, myśl w myśl... Ale byli od siebie oddzieleni czymś o wiele większym niż niebo.

Nie da się udawać doskonałości.

Nie kłam mnie proszę.

Przecież widzę, że jesteś wyczerpany. Zmęczony udawaniem siły w momencie, gdy czujesz się słaby. Chory od grania, że wszystko jest dobrze, kiedy tak na prawdę zdaje się być najgorzej. A przecież nie możesz bać się popełniać błędów. Przestań się obwiniać, kiedy błąd nie leży w Tobie. Po prostu nie to miejsce, nie ten człowiek i nie ten czas.

Jestem z Tobą, jestem tuż obok. Nie chowaj się, nie trać nadziei, nie daj sobie wmówić, że trudno Cię pokochać, że życie z Tobą jest niemożliwe, gdyż podobno palisz mosty w chwili, gdy po nich stąpasz.

Przecież ja tu jestem.

Jestem zaprzeczeniem tych wszystkich złych myśli, paskudnych szeptów, które mówią, że się nie nadajesz. Jestem i słucham. Jestem i będę słuchać. Nigdy nie jesteś sam.

Twoje skrzydła mogą być złamane, ale nie jest za późno.

wtorek, 8 listopada 2016

Szwy.

Osobista operacja.

Tony Stark był geniuszem.
 
Był to niezaprzeczalny fakt, który notorycznie potwierdzały jego wynalazki, odkrycia, a także nagłówki gazet i internetowych blogów, choć te ostatnie częściej krzyczały wytłuszczoną czcionką o Starku, jako o miliarderze, playboyu, filantropie i Iron Manie, nieraz zaznaczając, że mimo tych wszystkich „zalet", Stark jest zwyczajnym dupkiem. Było to po części prawdą, jednak wcale nie tak ciężką do zaakceptowania. Tony cieszył się, że w prasie nie pojawiła się, jak dotąd, jedna z jego największych wad. A mianowicie ta, że kompletnie nie znał się na uczuciach. Oczywiście nie miał problemów z flirtem, wręcz przeciwnie, sprawiał mu nawet przyjemność. Tylko gdzieś w jego głowie płonęła lampka, nasuwająca myśl, iż większość osób leciała bardziej na jego portfel czy zbroję Iron Mana. I że tak naprawdę Anthony dla nikogo się nie liczył.

Taki stan rzeczy utrzymywał się do pewnego czasu. Teraz, ktoś go zupełnie w tym rozumiał i leżał właśnie na kanapie w pracowni Tony'ego, wstawił ją tam specjalnie dla niego, choć nigdy by się nikomu do tego nie przyznał. Jego gość drzemał, jedna dłoń przytrzymywała oprawiony w skórę szkicownik, prezent od Tony'ego na święta, który unosił się przy każdym oddechu śpiącego. Druga ręka wisiała kilka centymetrów nad podłogą, chwilę wcześniej wypadł z niej ołówek, po który Tony właśnie się schylał. Stanął tuż nad swoim gościem i delikatnie wyjął notatnik spod jego dłoni, odstawiając go na stolik znajdujący się tuż przy kanapie. To też był jego wymysł, najwidoczniej udany, bo piętrzyły się na nim ołówki, książki, jakieś stare płyty, a nawet kasety z jazzem z lat 20. i 30. Gdzieś spod sterty jego niedokończonych projektów, wynalazków czekających na ulepszenie oraz pudełek po zamówionych fast foodach, wyciągnął puchaty, ciepły koc, okrywając nim śpiocha, po czym przystanął przyglądają mu się dokładniej.

Mocno zaznaczona linia szczęki, jak zawsze świeżo ogolona. Jasne kosmyki postanowiły przestać trzymać rygor i rozsypały się po oparciu kanapy. Tony'ego zaskoczyły, jak zresztą zawsze, bardzo długie, ciemne rzęsy. Gdy upewnił się, że jego gość śpi zaciągnął się jego zapachem, aż zakręciło mu się w głowie. Bo Steve zawsze pachniał, jak coś rozgrzanego przez słońce. Trochę niczym las, a trochę jak ciepła poranna herbata, jak grafit z ołówka, nagrzana skóra, jak jego ulubione korzenne ciastka i kawa, którą pili zaledwie kilka godzin temu.

Tony kompletnie nie znał się na uczuciach. Nie podlegały one żadnym algorytmom, a przynajmniej nie te, które aktualnie odczuwał. Więc Stark się w nich zupełnie pogubił.

Wydawało mu się, że całym sercem kochał Pepper. A jednak dziewczyna zostawiła go już ponad rok temu, nie potrafiąc z nim wytrzymać. Chociaż nie, Pepper nie mogła wytrzymać z Iron Manem, bo Tony, jako zwykły Tony bez zbroi i nazwiska Stark, nawet dla niej nieszczególnie się liczył. I oczywiście nie chciał tu powiedzieć, że Pepper była z nim tylko dla pieniędzy czy sławy, był pewien, że tak nie było. Mimo wszystko, ona właśnie romansowała z jakimiś gościami, a on Tony wciąż nie potrafił się do końca otrząsnąć po tamtym związku. Stwierdzenie, że czas leczy rany, mógł włożyć między bajki.

Z zamyślenia wyrwał go delikatny uśmiech, który sprawił, że znów odnalazł w sobie siłę, aby odsunąć cierpienie na inny plan.

***

- Masz świadomość tego, że musisz jeść?

- Nie jestem głodny - mruknął pochylając się nad swoim wynalazkiem. Ciszą pocieszył się tylko przez krótką chwilę, po czym jego skupienie ponownie przerwał głos Nadziei Ameryki.

- Tony?

Zignorował to bez większych trudności. Nie był nawet zirytowany, w końcu większość ludzi była tylko opartym na pochodnych węgla, niestabilnym, organicznym i niezbyt rozgarniętym tworem, który nie powinien wyprowadzać go z równowagi.

- Proszę?

- Nie masz lepszych rzeczy do roboty, niż opiekować się mną, Kapitanie?

Steve westchnął cierpiętniczo, podszedł do Tony'ego, pochylając się nad nim i zaglądając przez ramię na jego najnowszy projekt

- A jeśli dam ci się zabrać do jednej z tych ohydnie drogich i restauracji, które tak lubisz.

Tony spojrzał na niego, jednym z tych spojrzeń, po których każdy czuł się zeskanowany i odczytany z dokładnością po pięciu miejsc po przecinku. Mina Steve'a idealnie zdradzała, iż Kapitan doskonale wiedział, że wygrał. Stark pogrzebał jeszcze chwilę przy układzie scalonym, po czym, bez żadnego ostrzeżenia odepchnął się od blatu i odjechał na krześle prawie pod samo wyjście z pracowni.

- Wydaje mi się, że jednak zrobiłem się głodny - powiedział wstając i ruszając w kierunku prysznica - Ale nie myśl, że ma to jakikolwiek związek z twoją prośbą! - krzyknął na odchodnym.

***

Różnili się, to dość oczywiste. Steve był człowiekiem przeszłości, a Tony, najlepiej odnalazłby się w świecie za kilkanaście, kilkadziesiąt lat, gdy technika stałaby na jeszcze wyższym poziomie zaawansowania. Artysta i naukowiec. Tarcza i miecz. Socjalny introwertyk i samotny ekstrawertyk. Dla pierwszego liczyła się wiara, miłość i nadzieja, a drugi patrzył na świat, jako coś do ulepszenia, coś co zawsze może być większe, lepsze.

***

- Jeśli tak bardzo denerwuje cię jej widok, to po co poszedłeś na ten bankiet? Wiedziałeś przecież, że tam będzie.

Tony nie uraczył go żadnym komentarzem. Wiedział, że Rogers miał rację. Nie powinien tam iść, a już na pewno nie zaczynać obrażać jej przy wszystkich zgromadzonych. Pepper na to nie zasługiwała, po tym wszystkim, co razem przeżyli.

- Powinieneś ją przeprosić - stwierdził Steve, opierając się o blat kuchenny. Ręce założył na piersi, a bystre, błękitne oczy lustrowały każdy jego ruch.

- Zejdź ze mnie, okay? - wrzasnął Tony.

Steve zamrugał kilkakrotnie zupełnie nie spodziewając się tego wybuchu. Sarkazmu, cynizmu, kąśliwej uwagi, ale nie krzyku.

- To jest właśnie twój problem, nie potrafisz zrozumieć, że ludzie popełniają błędy! To dlatego nie możesz zrozumieć, jak wygląda to z mojej perspektywy! Wiesz co? - nagle znalazł się tuż przy Kapitanie - Nawet superbohaterowie mają cholerne prawo do błędu. Oczywiście oprócz Ciebie. Ty jesteś cudownym, świętoszkowatym Kapitanem Ameryką, panem idealnym, wzorem do naśladowania - urwał, tak jakby nagle zacięła mu się płyta. Po czym spuścił wzrok i dodał już zupełnie cicho - Nawet mój ojciec wolałby zastąpić mnie tobą.

Cisza zawisła między nimi niczym żelazna kurtyna.

Stark czuł się zupełnie rozbity, jakby padły mu wszystkie bezpieczniki. Nie potrafił znaleźć już nawet powodu do jego wybuchu. Wyminął Kapitana, kierując się w stronę barku, bo pragnął się urżnąć i zapomnieć o wszystkim. Został zatrzymany tuż przed butelką ulubionej whisky. Spodziewał się szarpnięcia, może nawet uderzenia, ale nie ciepłego, pełnego akceptacji i swoistego zrozumienia przytulenia.

I nagle kompletnie nic nie rozumiał, Steve nie wpasowywał się w żaden algorytm, który próbował stworzyć. Wiedział tylko, że chce być bliżej, najbliżej jak to tylko możliwe, bo obecność Kapitana działała na niego zarówno kojąco, jak i pobudzająco. I nie chodziło tu tylko o pomysły na nowe wynalazki, jego wyobraźnia również osiągała najwyższe obroty.

Chciał go, bliżej, bardziej, a przede wszystkim już. Teraz. Pragnął jego obecności, jego dotyku, jego ust.

I otrzymał je.

***

Był pewien, że cierpiał już wcześniej, ale nikt nigdy nie pozostawił w nim takiej ziejącej pustki. Słowa pocięły najodleglejszy nawet zakątek jego duszy. Ciągle miał wrażenie, że szedł na dno, ale niestety wciąż oddychał, łapał hausty powietrza, łapczywie, instynktownie i nienawidził się za to.
Patrzył na niego tylko chwilę, ale Tony nie był nawet pewny, co dokładnie ujrzał w tym spojrzeniu. System nie wykrył żadnego krwotoku, ale jego życie uciekało z niego z zawrotną szybkością, tak, że miał różnokolorowe mroczki przed oczami.

I teraz, gdy nie pozostało mu już nic oprócz wspomnień jego pocałunków, potykał się o własne nadzieje. A w duchu błagał, by przyszła jakaś pomoc. Nawet gdyby znalazł ją w dłoni samej śmieci.
Patrzył, jak on odchodził, podtrzymując swojego przyjaciela za ramię. Chciał odchodzić z nim, ale on wybrał inaczej. Oddał serce i uczucia komuś innemu, a Stark był wściekły na samego siebie, że kiedykolwiek w to uwierzył. W nich. Razem.

Czuł się jakby Rogers zawirusował jego wewnętrzny system, odbierając mu w ten sposób umiejętność chłodnego, racjonalnego myślenia. Tak jakby to wszystko zostało zniszczone, spalone, zmienione w zimne, ziejące pustką nic. I chyba składał się z samej pustki.

Chyba potrzebował igły i nici, żeby zaszyć paskudną dziurę. Musiał wyrzucić go ze swojej głowy, wszyć tam coś innego, nowego.

Może, jeśli potrafiłby porzucić poczucie, że on był jego miłością, że to przy nim poznał istotę uczuć, mógłby ruszyć dalej. Potrzebował kogoś, kto przywróciłby go do życia. Albo chociaż egzystencji.

Ale teraz próbował założyć szwy, bez możliwości powodzenia, bo do zszycia nie pozostało już nic, co byłoby warte uwagi.
 
Jednak jego to nie obchodziło.

Nikomu się przecież nie przyzna, że zamierzał skończyć tę osobistą operację martwy.

 

Opowiadanie napisane specjalnie dla HaruTheLilRunaway.
Muszę przyznać, że przez klasę maturalną, nie mam ostatnio czasu na nic i niestety odbija się to na moim pisaniu. Mimo to mam nadzieję, że Wam się spodobało.

środa, 19 października 2016

Zawiodłeś mnie Stark.

Nigdy nie widziałem w Tobie wroga Stark. Gdy pojawiłem się w Wieży stanowiłem swoisty rodzaj tabula rasa, dostałem taką możliwość i postanowiłem wykorzystać ją najlepiej jak potrafiłem. Dlatego zdziwiło mnie twoje zachowanie. Nie chodziło tu o docinki, sarkastyczne odzywki, w końcu nie pozostawałem Ci w nich dłużny. Z rytmu wybiły mnie twoje podchody, kłamstwa i próba udowodnienia, że jesteś lepszy. Muszę przyznać Stark, że przez to w jakiś sposób się na Tobie zawiodłem.

Nie tylko ty zbierałeś o mnie informacje nim przekroczyłem prób Wieży. Ja też się coś nie coś o tobie dowiedziałem. I od początku widziałem, że istnieje pewna kwestia, o której jednocześnie strasznie chcesz mi powiedzieć, a z drugiej strony nie jesteś pewien czy nie powinieneś jednak trzymać języka za zębami. Ale jesteś Starkiem, tak samo wyszczekanym i montującym w podwalinach rzeczywistości, jak twój ojciec. I choć wiem, że niezbyt tego chciałeś, pod tym względem nie różniłeś się od niego prawie wcale.

Przyszedłem pusty, czysty, niczym niezapisana kartka.

A ty spróbowałeś zaimponować mi tym, że z nim spałeś. Co chciałeś tym osiągnąć Stark? Miałem być zazdrosny? Wściekły? Rozedrgany? Chciałeś mnie sprowadzić na skraj? Spowodować, żeby wyszło ze mnie to co najgorsze? Słyszałem dumę i butę w twoim głosie. I trochę mi z tym źle, ale poczułem satysfakcje, gdy starłem je z powierzchni ziemi kilkoma słowami.

Bo czy naprawdę widziałeś go zupełnie nagiego? Opowiedz mi o jego snach. Wymień choć jedno jego marzenie. Co sprawia, że potrafi zaniemówić z zachwytu, a co wywołuje u niego płacz? Może porozmawiamy o jego dzieciństwie, dam ci fory, zacznijmy od okresu nim mnie spotkał. Lepiej, opowiedz mi choć jedną historię o nim, w której nie figurujesz. Nie te z muzeum, coś co opowiadał ci tak sam z siebie, z typowym dla niego błyskiem w oku i zaczesywaniem włosów do tyłu.

Widziałeś jego ciało, dotykałeś jego skóry, ale nigdy nie przeniknąłeś do samej duszy. I wciąż wiesz o nim tyle samo, co o setkach książek, które kupiłeś, by dobrze wyglądały na regałach, ale nigdy ich nie przeczytałeś, nawet nie otworzyłeś.

Poza tym. Jaka to tajemnica, kiedy ja już od dawna wiedziałem? Rozmawiam z nim Stark, codziennie, godzinami, wiem o wszystkim. A ty stoisz przede mną, jak wrytym prawie widzę, jak kręcą się twoje tryby. Przegrałeś potyczkę, którą sam zacząłeś Stark. Przegrałeś tym swoim szybciej, mocniej, bardziej.

piątek, 30 września 2016

Kołysanka.

To dość naturalne, że kiedy jesteś dzieckiem każdy się nad tobą pochyla. Każda łza jest zauważona i otarta delikatnym, pełnym miłości ruchem. Każdy strach zacierają pewne ramiona, które zamykają cię w uścisku, a koszmar zostaje zagoniony do klatki przez pocałunki w czoło. Drobne, wielkie gesty, którymi upewniali się, że nic mi nie jest.

I jakoś to tak już jest, że gdy stajemy się starsi, to noce robią się krótsze, dni bardziej bure, a nas podobno już nic nie boli. Tak dobrze udajemy, prawda? Chcieliśmy dorosnąć? Dowiedzieć się czym jest ból, który nie zostaje nigdy utulony? Nie wiem, raczej nie. Brakuje mi tamtych spokojnych, pełnych słońca dni. Szczególnie, gdy czuję, że w moim życiu nastaje zima.

A teraz, wszystko co słyszę, to Twoja cicha kołysanka. Jest przy mnie, aby utulić mnie do snu. I choć w ogóle nie ruszasz ustami, choć dla każdej innej osoby, to najzwyklejsza cisza, ja słyszę każde słowo.

I spycham w dół świadomości te myśli, że nie można naprawić tego, co złamane. I tak bardzo żałuję, że na świecie czułe słowa są tak rzadko wypowiadane. Muszę się nauczyć. Muszę częściej je mówić. Też być plastrem na czyjąś zimę. 

To jak patrzenie razem w niebo pełne gwiazd, gdzie każda jest naszym życzeniem. O matko, wiem, że przy Tobie każde ma szansę się spełnić. To niczym niezachwiana pewność, która ogrzewa mnie od środka. Dobrze wiesz, że nie umiem się modlić. Nikt mnie nie nauczył. Ale za Ciebie próbuję, co noc.

Rożne sytuacje mogą nas złamać. Podobno kości się zrastają. Czy nasz kręgosłup moralny też to potrafi?

No i słowa. Słowa tną, jak prawdziwe noże. Podobno rany się zabliźniają. Czy nasza psychika też to potrafi?

Przy Tobie potrafię uwierzyć, że blizny znikną z czasem, że to nie jest ostateczność. Dotykasz świeżych ran w mojej pamięci, przecież obie wiemy, że nie są łatwe do naprawienia. Ale Ty siedzisz obok, a Twój głos jest jak swoiste szwy, antybiotyk i bandaż. A przecież to tak długa rekonwalescencja, jak to jest, że się w ogóle nie boisz?

I wszystko co słyszę to Twoja cicha kołysanka, którą usypiasz cały ból. Tak bezgłośna dla kogoś przypadkowego, tak pełna znaczeń dla mnie. Śpiew jest w ukryty w kubku kawy, w miękkim kocu, ciepłym objęciu. Słowa kryją się za stukaniem palców, poprawianiem okularów i Twoim śmiechem. I również ją nucę, co noc, co dzień, co chwilę. Chowam ją w uścisku dłoni, szerokim uśmiechu, delikatnych pocałunkach w czoło.

To taka nasza prywatna melodia, zarezerwowana wyłącznie dla nas.

niedziela, 14 sierpnia 2016

My heart is beating - but I'm not breathing.


To go okrążyło, zagoniło w kąt i przemieniło w czołgającą się, okaleczoną parodię samego siebie. Nawet jeśli przedtem w jego głowie roiła mu się wizja, w której wszystko się układa, jeśli miał jakiekolwiek marzenia czy nadzieje, to teraz wszystko to zginęło. Zaskowytało nieludzko przed wydaniem ostatniego tchnienia i wyzionęło ducha. A on został sam, pusty, niczym opuszczona skorupa, którą desperacko próbował się czymś wypełnić. Czymkolwiek.

Dlaczego kiedykolwiek wydawało mu się, że to się może udać? Jakim cudem, w jego głowie, człowiek bez wspomnień mógł pasować do osoby, która zapisał się na kartach historii, jako wzór prawości? Może i kiedyś coś ich łączyło, ale czas rozszarpał wspólne więzi, a los sprawił, że oboje przestali być sobą.

Ale on musiał być przecież pieprzonym idiotą, inaczej nie był by sobą. Musiał mieć nadzieję, bo koniec końców, to właśnie ten czynnik od zawsze go charakteryzował. Bez niej zostałby pożarty przez rdzę zapomnienia, która z dnia na dzień coraz bardziej wżerała się w jego świadomość. Była jego jedyną osłoną przed szaleństwem, ostatnią szansą. I za każdym razem gdy próbował, gdy wierzył, ciemność tylko na niego czyhała, dając mu złudne poczucie bezpieczeństwa, szczerząc kły. Bo przecież ona wiedziała. Oboje wiedzieli, w końcu byli nierozerwalni, mimo, że on sam starał się tak bardzo ją z siebie wyprzeć. Uwierzył w całej swojej naiwności, że chłód kriokomory, który niegdyś odebrał mu wszystko co miał, tym razem uchroni go od osunięcia się w ramiona szaleństwa. A przede wszystkim uchroni jego.

Nie wiedział czy jakakolwiek cząstka jego świadomości pozostała przytomna, gdy zimno okryło dziurawym płaszczem bezpieczeństwa. Może był to sen, może urojenia, może strzępy wspomnień, jednak cały czas czuł jego obecność. W ciemności śpiączki, jego głos był drogowskazem, jego dłoń celem, a śmiech światełkiem w tunelu. Wiedział, że jest obok, czuwa, czeka.

Więc z upragnieniem wypatrywał dnia, w którym go wyleczą, gdy będzie mógł do niego wrócić, bez strachu, że zrobi mu krzywdę. I trwało to do momentu, gdy rzeczywiście go obudzili.

Powitały go obce twarze, powitały go chłodne raporty.

Ale jego nigdzie nie było. Co przecież nie mogło oznaczać nic dobrego. Bez niego komora nagle wydała mu się ciepłym i przytulnym miejscem. Świat momentalnie został skuty lodowymi łańcuchami, zatryumfowała zima, śmiejąc się z jego drobnych nadziei. Był z nią nierozłączny, niemal tak samo mocno, jak z ciemnością.

Bo w końcu definiowała go ciemność, zima i śmierć.

A on chciał wierzyć, że jest w nim też, choć cząstka nadziei. Którą był przecież on. Wystarczyłaby drobinka, żeby nie zamarznąć, nie błąkać się po omacku i nie dać się zabić. Tą iskierką zawsze był on. Więc wierzył i miał nadzieję, bo zima, mimo bycia jego najgorszym wrogiem, wyuczyła go też cierpliwości.

Gdy nie wrócił - zaczął o niego pytać.
Gdy nie otrzymał odpowiedzi - zaczął go szukać.
Gdy nie mógł go odnaleźć - postanowił, że się nie podda.

Nie mógł i najzwyczajniej na świecie się zawziął.

Bo nie mógł przecież zostawić osoby, która oddała dla niego wszystko. Wiedział ile go to kosztowało, cały czas uważając, że cena była za wysoka. A jednak on wybrał właśnie jego, więc nie mógłby się teraz poddać, musiał go odnaleźć.

Nie odpuścił, bo poszedłby za nim wszędzie.
Nie odpuścił, bo on był jedyną osobą, dla której chciał żyć.
Nie odpuścił, bo nie istniała linia, której by dla niego nie przekroczył.

Nie zrozumiał jedynie tego, że nie tylko on siebie zatracił, gubiąc własny sens. Nie dostrzegł tego, bo za bardzo go szanował. Bo gdy on wskazywał kierunek, w którym powinni ruszyć, był tylko w stanie patrzeć na jego dłoń. Bo prawdziwie podziwiał tą jego szaloną mieszankę dobroci, heroizmu i skromności. Bo kochał go niezależnie od tego czy był małym chłopcem z Brooklynu, czy bohaterem milionów ludzi. Nigdy nie bał się też nieodwzajemnionego uczucia, wystarczało mu być obok, wspierać, chronić.

I nigdy nie pomyślałby, iż jego największym strachem okaże się być przeczucie, że on też może go pokochać. Zimowego Żołnierza, Pięść HYDRY. Bał się tej myśli i jak się okazało słusznie. To nie miało prawa bytu, tylko by ich krzywdziło, a szczególnie jego, na co przecież Barnes nie mógł pozwolić. A jednak Steve, będąc po prostu sobą, nie zważał na żadne zasady, najzwyczajniej w świecie to zrobił.

A Bucky nie potrafił odpuścić, wiedziony przez nadzieję, którą dał mu on.

Więc szukał i dopiął swego, choć gdy to zrobił, momentalnie stwierdził, że wolałby wrócić w łapy HYDRY, jeśli mogłoby to cofnąć czas. Nic nie mogło mu już pomóc, nic nie mogło zapełnić pustki. Chciał to odkręcić, gdy się nie udało - zapragnął zemsty. Gdy dorwał się w końcu do papierów dokumentujących śmierć Nadziei Ameryki, przyczyna śmierci sprawiła, że zapomniał jak oddychać.
Steve by nie odpuścił, bo poszedłby za Bucky'm wszędzie - jednak nie mógł towarzyszyć mu w jego hibernacji.
 
Steve by nie odpuścił, bo Bucky był jedyną osobą, dla której chciał żyć - jednak nie potrafił odkręcić tego, co HYDRA zrobiła z najważniejszą dla niego osobą.
 
Steve by nie odpuścił, bo nie istniała linia, której by dla Bucky'ego nie przekroczył - a jednak pozostał całkiem sam, bezsilny, bez nadziei na to, że kiedykolwiek uda mu się odzyskać Bucky'ego z powrotem.

Bez nadziei.

A może właśnie z nią? Może nadzieja okazała się brzytwą, która postanowiła odciąć palce każdemu kto w nią uwierzy? Bo przecież przekleństwem Steve'a było stwierdzenie, że odwzajemnienie uczuć, którymi przez tyle lat darzył go Barnes, może wyjść im na dobre.