...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Iron Man. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Iron Man. Pokaż wszystkie posty

środa, 26 kwietnia 2017

Twoje skrzydła mogą być złamane, ale nie jest za późno.

Steve?

Ty też to czujesz prawda?

Unosili się jak plastikowa torebka bez domu, zepsuty kompas, który wciąż prze do przodu.

Patrzył na niego ze smutkiem, ale bał się okazać mu całe te pokłady współczucia, które odczuwał, żeby nie uciekł, nie schował się i nie odgrodził od niego swoją skorupą. Starał się być obok, tak bardzo, na ile mu pozwalał, słuchać, być oparciem, czasem po chamsku pakować mu się do mieszkania. Nie raz milczeli, czasem rozmawiali, innym razem darli się do radia, o co nikt pewnie nie posądzałby tego chodzącego wzoru. Ale nikt nie spodziewałby się także pustki lub łez w jego niebieskich oczach. W ogóle ludzie mało go znali, jak na to, ile osób się wokół niego kręciło. Jakby był jedną z planet Układu Słonecznego. Albo nawet jego Słońcem, środkiem, wnętrzem, głównym punktem wszechświata. Niby należeli do jednego układu, niby krążyli prawie tą samą drogą, ale tak naprawdę ich trajektorie nigdy nie miały się spotkać. Mimo to ciągle powtarzali, że byli do niego tak podobni.

Tylko teraz nie potrafili wykrzesać nawet iskierki zrozumienia.

Powiedzieli te najgorsze rzeczy. Zwyzywali, że w ogóle mu zaufał, że dał szansę, bo przecież nie był ślepy, znał go i powinien wiedzieć, na co się pisze.

Oh, jakże wspaniałomyślnie.

Przecież to takie pomocne.

Gotował się na samo wspomnienie o bezmyślności tych ludzi, ludzi, którzy śmieli się nazywać jego przyjaciółmi, a wbijali mu szpilę za szpilą, tak jakby już nie był wystarczająco poturbowany. Jakby to, co się stało nie dało mu wystarczająco po skrzydłach.

Sam nie do końca rozumiał jego wybór, nie było go jeszcze przy nim, gdy go podjął, ale przecież nie musiał rozumieć. Zamiast tego chciał być, móc go słuchać, móc z nim milczeć, móc patrzeć razem godzinami w jeden punkt przed nimi, nieważne czy była to droga, jezioro, czy też pokój jednego z nich. Był, bo byli przyjaciółmi, braćmi, pokrewnymi duszami.

I może to ciężkie do zrozumienia, ale chciało mu się płakać, gdy widział jak cierpi.

Steve, Twoje skrzydła mogą być złamane, ale zaufaj mi bracie, nie jest za późno.

Bał się go przytulić, bał się, że niewprawnym dotykiem go stłucze, a w jego wnętrzu szalało prawdziwe tornado. Wyrzut do samego siebie, zaciskający się na jego wnętrznościach, niepozwalający odetchnąć. Powinien wiedzieć co powiedzieć, powinien naprawić go jednym słowem.

Powinien, powinien, powinien.

Ale tak się nie da.

Trzeba czasu, setki chwil, tysiąca słów, miliona minut ciszy.

Steve, ukrywasz swoje emocje, żeby uciec przed tym, co boli i ciągnie w dół. Wyglądasz jak piękny ptak, który topi się w morzu ropy. Czarnobrunatna maź skleiła Ci pióra, skrępowała ruchy, odebrała możliwości lotu, a na końcu wlała się do gardła brutalnie dławiąc.

Siedzieli obok siebie, niby tuż, tuż. Kolano w kolano, ramię w ramię, myśl w myśl... Ale byli od siebie oddzieleni czymś o wiele większym niż niebo.

Nie da się udawać doskonałości.

Nie kłam mnie proszę.

Przecież widzę, że jesteś wyczerpany. Zmęczony udawaniem siły w momencie, gdy czujesz się słaby. Chory od grania, że wszystko jest dobrze, kiedy tak na prawdę zdaje się być najgorzej. A przecież nie możesz bać się popełniać błędów. Przestań się obwiniać, kiedy błąd nie leży w Tobie. Po prostu nie to miejsce, nie ten człowiek i nie ten czas.

Jestem z Tobą, jestem tuż obok. Nie chowaj się, nie trać nadziei, nie daj sobie wmówić, że trudno Cię pokochać, że życie z Tobą jest niemożliwe, gdyż podobno palisz mosty w chwili, gdy po nich stąpasz.

Przecież ja tu jestem.

Jestem zaprzeczeniem tych wszystkich złych myśli, paskudnych szeptów, które mówią, że się nie nadajesz. Jestem i słucham. Jestem i będę słuchać. Nigdy nie jesteś sam.

Twoje skrzydła mogą być złamane, ale nie jest za późno.

wtorek, 8 listopada 2016

Szwy.

Osobista operacja.

Tony Stark był geniuszem.
 
Był to niezaprzeczalny fakt, który notorycznie potwierdzały jego wynalazki, odkrycia, a także nagłówki gazet i internetowych blogów, choć te ostatnie częściej krzyczały wytłuszczoną czcionką o Starku, jako o miliarderze, playboyu, filantropie i Iron Manie, nieraz zaznaczając, że mimo tych wszystkich „zalet", Stark jest zwyczajnym dupkiem. Było to po części prawdą, jednak wcale nie tak ciężką do zaakceptowania. Tony cieszył się, że w prasie nie pojawiła się, jak dotąd, jedna z jego największych wad. A mianowicie ta, że kompletnie nie znał się na uczuciach. Oczywiście nie miał problemów z flirtem, wręcz przeciwnie, sprawiał mu nawet przyjemność. Tylko gdzieś w jego głowie płonęła lampka, nasuwająca myśl, iż większość osób leciała bardziej na jego portfel czy zbroję Iron Mana. I że tak naprawdę Anthony dla nikogo się nie liczył.

Taki stan rzeczy utrzymywał się do pewnego czasu. Teraz, ktoś go zupełnie w tym rozumiał i leżał właśnie na kanapie w pracowni Tony'ego, wstawił ją tam specjalnie dla niego, choć nigdy by się nikomu do tego nie przyznał. Jego gość drzemał, jedna dłoń przytrzymywała oprawiony w skórę szkicownik, prezent od Tony'ego na święta, który unosił się przy każdym oddechu śpiącego. Druga ręka wisiała kilka centymetrów nad podłogą, chwilę wcześniej wypadł z niej ołówek, po który Tony właśnie się schylał. Stanął tuż nad swoim gościem i delikatnie wyjął notatnik spod jego dłoni, odstawiając go na stolik znajdujący się tuż przy kanapie. To też był jego wymysł, najwidoczniej udany, bo piętrzyły się na nim ołówki, książki, jakieś stare płyty, a nawet kasety z jazzem z lat 20. i 30. Gdzieś spod sterty jego niedokończonych projektów, wynalazków czekających na ulepszenie oraz pudełek po zamówionych fast foodach, wyciągnął puchaty, ciepły koc, okrywając nim śpiocha, po czym przystanął przyglądają mu się dokładniej.

Mocno zaznaczona linia szczęki, jak zawsze świeżo ogolona. Jasne kosmyki postanowiły przestać trzymać rygor i rozsypały się po oparciu kanapy. Tony'ego zaskoczyły, jak zresztą zawsze, bardzo długie, ciemne rzęsy. Gdy upewnił się, że jego gość śpi zaciągnął się jego zapachem, aż zakręciło mu się w głowie. Bo Steve zawsze pachniał, jak coś rozgrzanego przez słońce. Trochę niczym las, a trochę jak ciepła poranna herbata, jak grafit z ołówka, nagrzana skóra, jak jego ulubione korzenne ciastka i kawa, którą pili zaledwie kilka godzin temu.

Tony kompletnie nie znał się na uczuciach. Nie podlegały one żadnym algorytmom, a przynajmniej nie te, które aktualnie odczuwał. Więc Stark się w nich zupełnie pogubił.

Wydawało mu się, że całym sercem kochał Pepper. A jednak dziewczyna zostawiła go już ponad rok temu, nie potrafiąc z nim wytrzymać. Chociaż nie, Pepper nie mogła wytrzymać z Iron Manem, bo Tony, jako zwykły Tony bez zbroi i nazwiska Stark, nawet dla niej nieszczególnie się liczył. I oczywiście nie chciał tu powiedzieć, że Pepper była z nim tylko dla pieniędzy czy sławy, był pewien, że tak nie było. Mimo wszystko, ona właśnie romansowała z jakimiś gościami, a on Tony wciąż nie potrafił się do końca otrząsnąć po tamtym związku. Stwierdzenie, że czas leczy rany, mógł włożyć między bajki.

Z zamyślenia wyrwał go delikatny uśmiech, który sprawił, że znów odnalazł w sobie siłę, aby odsunąć cierpienie na inny plan.

***

- Masz świadomość tego, że musisz jeść?

- Nie jestem głodny - mruknął pochylając się nad swoim wynalazkiem. Ciszą pocieszył się tylko przez krótką chwilę, po czym jego skupienie ponownie przerwał głos Nadziei Ameryki.

- Tony?

Zignorował to bez większych trudności. Nie był nawet zirytowany, w końcu większość ludzi była tylko opartym na pochodnych węgla, niestabilnym, organicznym i niezbyt rozgarniętym tworem, który nie powinien wyprowadzać go z równowagi.

- Proszę?

- Nie masz lepszych rzeczy do roboty, niż opiekować się mną, Kapitanie?

Steve westchnął cierpiętniczo, podszedł do Tony'ego, pochylając się nad nim i zaglądając przez ramię na jego najnowszy projekt

- A jeśli dam ci się zabrać do jednej z tych ohydnie drogich i restauracji, które tak lubisz.

Tony spojrzał na niego, jednym z tych spojrzeń, po których każdy czuł się zeskanowany i odczytany z dokładnością po pięciu miejsc po przecinku. Mina Steve'a idealnie zdradzała, iż Kapitan doskonale wiedział, że wygrał. Stark pogrzebał jeszcze chwilę przy układzie scalonym, po czym, bez żadnego ostrzeżenia odepchnął się od blatu i odjechał na krześle prawie pod samo wyjście z pracowni.

- Wydaje mi się, że jednak zrobiłem się głodny - powiedział wstając i ruszając w kierunku prysznica - Ale nie myśl, że ma to jakikolwiek związek z twoją prośbą! - krzyknął na odchodnym.

***

Różnili się, to dość oczywiste. Steve był człowiekiem przeszłości, a Tony, najlepiej odnalazłby się w świecie za kilkanaście, kilkadziesiąt lat, gdy technika stałaby na jeszcze wyższym poziomie zaawansowania. Artysta i naukowiec. Tarcza i miecz. Socjalny introwertyk i samotny ekstrawertyk. Dla pierwszego liczyła się wiara, miłość i nadzieja, a drugi patrzył na świat, jako coś do ulepszenia, coś co zawsze może być większe, lepsze.

***

- Jeśli tak bardzo denerwuje cię jej widok, to po co poszedłeś na ten bankiet? Wiedziałeś przecież, że tam będzie.

Tony nie uraczył go żadnym komentarzem. Wiedział, że Rogers miał rację. Nie powinien tam iść, a już na pewno nie zaczynać obrażać jej przy wszystkich zgromadzonych. Pepper na to nie zasługiwała, po tym wszystkim, co razem przeżyli.

- Powinieneś ją przeprosić - stwierdził Steve, opierając się o blat kuchenny. Ręce założył na piersi, a bystre, błękitne oczy lustrowały każdy jego ruch.

- Zejdź ze mnie, okay? - wrzasnął Tony.

Steve zamrugał kilkakrotnie zupełnie nie spodziewając się tego wybuchu. Sarkazmu, cynizmu, kąśliwej uwagi, ale nie krzyku.

- To jest właśnie twój problem, nie potrafisz zrozumieć, że ludzie popełniają błędy! To dlatego nie możesz zrozumieć, jak wygląda to z mojej perspektywy! Wiesz co? - nagle znalazł się tuż przy Kapitanie - Nawet superbohaterowie mają cholerne prawo do błędu. Oczywiście oprócz Ciebie. Ty jesteś cudownym, świętoszkowatym Kapitanem Ameryką, panem idealnym, wzorem do naśladowania - urwał, tak jakby nagle zacięła mu się płyta. Po czym spuścił wzrok i dodał już zupełnie cicho - Nawet mój ojciec wolałby zastąpić mnie tobą.

Cisza zawisła między nimi niczym żelazna kurtyna.

Stark czuł się zupełnie rozbity, jakby padły mu wszystkie bezpieczniki. Nie potrafił znaleźć już nawet powodu do jego wybuchu. Wyminął Kapitana, kierując się w stronę barku, bo pragnął się urżnąć i zapomnieć o wszystkim. Został zatrzymany tuż przed butelką ulubionej whisky. Spodziewał się szarpnięcia, może nawet uderzenia, ale nie ciepłego, pełnego akceptacji i swoistego zrozumienia przytulenia.

I nagle kompletnie nic nie rozumiał, Steve nie wpasowywał się w żaden algorytm, który próbował stworzyć. Wiedział tylko, że chce być bliżej, najbliżej jak to tylko możliwe, bo obecność Kapitana działała na niego zarówno kojąco, jak i pobudzająco. I nie chodziło tu tylko o pomysły na nowe wynalazki, jego wyobraźnia również osiągała najwyższe obroty.

Chciał go, bliżej, bardziej, a przede wszystkim już. Teraz. Pragnął jego obecności, jego dotyku, jego ust.

I otrzymał je.

***

Był pewien, że cierpiał już wcześniej, ale nikt nigdy nie pozostawił w nim takiej ziejącej pustki. Słowa pocięły najodleglejszy nawet zakątek jego duszy. Ciągle miał wrażenie, że szedł na dno, ale niestety wciąż oddychał, łapał hausty powietrza, łapczywie, instynktownie i nienawidził się za to.
Patrzył na niego tylko chwilę, ale Tony nie był nawet pewny, co dokładnie ujrzał w tym spojrzeniu. System nie wykrył żadnego krwotoku, ale jego życie uciekało z niego z zawrotną szybkością, tak, że miał różnokolorowe mroczki przed oczami.

I teraz, gdy nie pozostało mu już nic oprócz wspomnień jego pocałunków, potykał się o własne nadzieje. A w duchu błagał, by przyszła jakaś pomoc. Nawet gdyby znalazł ją w dłoni samej śmieci.
Patrzył, jak on odchodził, podtrzymując swojego przyjaciela za ramię. Chciał odchodzić z nim, ale on wybrał inaczej. Oddał serce i uczucia komuś innemu, a Stark był wściekły na samego siebie, że kiedykolwiek w to uwierzył. W nich. Razem.

Czuł się jakby Rogers zawirusował jego wewnętrzny system, odbierając mu w ten sposób umiejętność chłodnego, racjonalnego myślenia. Tak jakby to wszystko zostało zniszczone, spalone, zmienione w zimne, ziejące pustką nic. I chyba składał się z samej pustki.

Chyba potrzebował igły i nici, żeby zaszyć paskudną dziurę. Musiał wyrzucić go ze swojej głowy, wszyć tam coś innego, nowego.

Może, jeśli potrafiłby porzucić poczucie, że on był jego miłością, że to przy nim poznał istotę uczuć, mógłby ruszyć dalej. Potrzebował kogoś, kto przywróciłby go do życia. Albo chociaż egzystencji.

Ale teraz próbował założyć szwy, bez możliwości powodzenia, bo do zszycia nie pozostało już nic, co byłoby warte uwagi.
 
Jednak jego to nie obchodziło.

Nikomu się przecież nie przyzna, że zamierzał skończyć tę osobistą operację martwy.

 

Opowiadanie napisane specjalnie dla HaruTheLilRunaway.
Muszę przyznać, że przez klasę maturalną, nie mam ostatnio czasu na nic i niestety odbija się to na moim pisaniu. Mimo to mam nadzieję, że Wam się spodobało.

sobota, 22 października 2016

Pajęczy Kapturek

Był sobie raz mały, słodki chłopiec. Kto tylko go zobaczył, od razu musiał go pokochać, a najbardziej kochał go Dziadek, który nie wiedział co jeszcze mógłby mu sprezentować. Pewnego razu podarował mu, więc kapturek z czerwonego aksamitu, wyhaftowany w wzór pajęczynki i z dużymi oczami na wierzchu kapturka. Prezent bardzo spodobał się chłopcu, a ponieważ kapturek bardzo ładnie na nim leżał, nie chciał już od tej pory nosić niczego innego. Odtąd nazywano go więc Pajęczym Kapturkiem. Pewnego dnia ciocia May rzekła do chłopca:

- Chodź, Pajęczy Kapturku, masz tu koszyczek, a w środku kawałek szarlotki i korzenne piwo. Zanieś to Dziadkowi, bo słaby jest i niedomaga. Rozumiesz Kapturku, męczą go treningi, a taka niespodzianka powinna go bardzo ucieszyć. Pamiętaj tylko, byś pod żadnym pozorem nie zbaczał ze ścieżki, którą znasz i wiesz, że prowadzi prosto do domku Dziadka. Jeśli kogoś spotkasz, nie rozmawiaj z nim. Gdy już tam będziesz, przywitaj się ładnie z Dziaduniem i bądź grzeczny.

- Wszystko będzie dobrze, ciociu May - powiedział Pajęczy Kapturek z ręką na sercu. Dziadek Rogers mieszkał w lesie, jakieś pół godzinki od wioski. Znajdował się tam jego plac treningowy, na którym czasami ćwiczył z Kapturkiem, ale tylko, gdy ten go ładnie poprosił. I oczywiście, gdy nie używał wulgarnego języka, bo dziadek bardzo tego nie lubił.

Gdy chłopiec szedł przez las, spotkał Wilka, a ponieważ nie wiedział, że to takie złe zwierzę, wcale się go nie przestraszył.

- Witaj, Pajęczy Kapturku – powiedział Wilk szczerząc się do niego wesoło. Kapturek od razu zauważył, że Wilk ma na swoim ciele wiele blizn, ale pamiętał, że ciocia May, zawsze mówiła, że nie wolno być wścibskim, więc o nic nie zapytał.

- Dzień dobry, Wilku! - odrzekł Pajęczy Kapturek.

- Och, od razu Wilku. Jestem Woolf. Dead.

Wilk wyciągnął dłoń do Pajęczego Kapturka.

- Witam panie Deadwoolf – Kapturek uścisnął dłoń Wilka i uśmiechnął się do niego wesoło. Deadwoolf podrapał się po potylicy, a następnie odwrócił wzrok od chłopca.

- A gdzież to tak wcześnie pędzisz, Pajęczy Kapturku?

- Do Dziadka.

- A co niesiesz pod w koszyczku?

- Szarlotkę i piwo korzenne. Wczoraj ją piekliśmy i na pewno zmęczonemu Dziadkowi dobrze zrobi, a korzenne piwo, to jego ulubiony napój, więc na pewno go wzmocni.

- Pajęczy Kapturku, a gdzie mieszka twój Dziadek?

- Na końcu tej ścieżki rosną trzy ogromne dęby, oplecione przez krzaki leszczyny, a za nimi zobaczysz niewielki biały domek, jakiś kwadrans stąd, na pewno tam trafisz! - powiedział Pajęczy Kapturek, a Wilk pomyślał sobie:

"To drobne, delikatne stworzenie, ten słodki kąsek będzie jeszcze lepiej smakował niż ten staruch. Musisz ich sprytnie podejść, żeby zjeść oboje."

Wilk oczywiście nie uważał się za kanibala, ale kochał podgryzać takie słodkie istotki, jak Pajęczy Kapturek. A wtedy łapał go ogromny głód i potrzebował wrzucić coś na ruszt, a Dziadek chłopca wydawał się idealny, na przekąskę. Wilk szedł jeszcze przez chwilę z Pajęczym Kapturkiem, po czym powiedział:

- Popatrz, jakie piękne kwiaty rosną wokół nas... Czemu się nie rozejrzysz... Widzę, że nie słyszysz, jak ptaszki słodko śpiewają. Idziesz tak, jakbyś szedł do szkoły, a przecież w lesie jest tak wesoło.
Pajęczy Kapturek otworzył szerzej oczy i zobaczył, jak promienie słońca tańczą poprzez liście drzew i że wszystko pełne jest pięknych kwiatów. Pomyślał wtedy:

"Dziadkowi będzie miło, jak mu przyniosę świeży bukiet. Jest jeszcze tak wcześnie, że na pewno przyjdę na czas."

I Kapturek zboczył z drogi, żeby ruszyć w las i szukać kwiatków. Szukał takich, które mógłby ułożyć w biało-czerwono-niebieski bukiet. W pewnym momencie natrafił na łąkę, na której akurat rosły i maki, i chabry, i powój polny, który na tle pozostałych kwiatów wyglądał niczym gwiazdki. Zbierał kwiaty z uśmiechem, a gdy zerwał jednego, jego wyczulony Kapturkowy zmysł podpowiadał mu, że troszkę dalej rośnie jeszcze piękniejszy i biegł w jego kierunku zapuszczając się coraz to głębiej w las.

A wilk szedł prosto do domu Dziadka. Zapukał do drzwi, ale nikt mu nie odpowiedział. Koło domu przechodził właśnie Myśliwy i pomyślał sobie:

"Oho, Rogers w tarapatach."

I zaczaił się w krzakach ze swoją cudowną bronią, którą z uporem maniaka ciągle ulepszał. W końcu był to Myśliwy Stark.

Deadwoolf za to, nacisnął na klamkę, a drzwi stanęły przed nim otworem. Nie mówiąc ani słowa podszedł prosto do łóżka Dziadka, który twardo spał, a następnie połknął Rogersa. Potem włożył Rogersową maskę, położył się do jego łóżka i zasunął zasłony. Chwycił jeszcze sławetną tarczę Dziadka i postawił ją sobie zaraz obok łóżka. Zarówno kołdra jak i zasłony miały na sobie flagi Ameryki. Deadwoolf nasłuchiwał nadejścia słodkiego Pajęczego Kapturka.

A Pajęczy Kapturek biegał za kwiatkami. Gdy już miał ich tyle, że więcej nie mógłby unieść, przypomniał mu się Dziadzo. Ruszył więc w drogę do niego. Szedł podśpiewując melodyjkę „Hero", którego tak często słuchał myśląc o Dziadku. Idąc tak, doszedł do domku i zdziwił się, że drzwi były otwarte, a gdy wszedł do środka, zrobiło mu się tak jakoś dziwnie i pomyślał:

„Jakoś mi tu dziś straszno, a zawsze tak chętnie chodzę do Dziadka..."

- Dzień dobry? – rzucił w przestrzeń, lecz nie usłyszał odpowiedzi. Podszedł, więc do łóżka i odsunął zasłony. Leżał tam Dziadek w masce i wyglądał... jakoś dziwnie.

- Och, Dziadku, dlaczego masz takie wielkie oczy?

- Żebym mógł cię lepiej widzieć.

- Och, Dziadku, dlaczego masz taki czerwony strój?

- Aby złole nie mogli zobaczyć krwi.

- A... -zająknął się Pajęczy Kapturek - A dlaczego masz tak strasznie wielki pysk?

- Żeby cię zjeść! – ledwo to powiedział, wyskoczył z łóżka i połknął biednego Pajęczego Kapturka.

 
Gdy wilk zaspokoił już swoje łaknienie, z powrotem położył się do łóżka, zasnął i zaczął strasznie głośno chrapać. Wtedy Myśliwy pomyślał sobie:

"Ależ ten stary dziad chrapie. Muszę zobaczyć, czy coś mu nie dolega."

Wszedł więc do izby, a kiedy stanął przed łóżkiem, zobaczył w nim Deadwoolfa. Spojrzał na jego ogromny brzuch i już wiedział co się stało.

- Długo cię szukałem – warknął Stark, wziął nożyce i zaczął rozcinać śpiącemu Wilkowi brzuch - To za skradzenie mojego śmigłowca, poczwaro.

Kiedy zrobił już parę cięć, zobaczył jak z brzucha wyziera Pajęczy Kapturek. Jeszcze parę cięć i wyskoczył wołając:

- Panie Stark! Tam jeszcze jest Dziadek!

A Myśliwy wyciągnął i Dziadka, żywego, choć nieźle wkurzonego, że ktoś śmiał przerwać mu drzemkę. Dziadek i Myśliwy chcieli ukarać wilka, ale Kapturek nie zgodził się na to. Zaszył Deadwoolfa, twierdząc, że Wilk musiał być po prostu samotny i tak naprawdę potrzebuje przyjaciela i szarlotki z piwem korzennym. Mężczyźni spojrzeli na siebie zdziwieni, ale uśmiechnęli się szeroko, wiedząc, że Pajęczy Kapturek, mimo bycia naiwnym dzieckiem, był również Kapturkiem o złotym sercu. I tak Deadwoolf zyskał pierwszego w swoim życiu przyjaciela, którego obiecał Dziadkowi Rogersowi pilnować i nigdy nie próbować zjeść Kapturka. I wszyscy byli zadowoleni. Wilk oddał Myśliwemu kluczyki do śmigłowca, Dziadek zjadł szarlotkę i wypił piwo, które mu Pajęczy Kapturek przyniósł i od razu poczuł się lepiej. Potem siedzieli wszyscy razem pijąc, jedząc oraz rozmawiając o najnowszych misjach, a Pajęczy Kapturek powiedział do Deadwoolfa:

- Do końca życia nie zboczę drogi i nie pobiegnę w las, gdy mi ciocia zabroni. Przynajmniej nie sam.

Gdy to powiedział, duża dłoń Deadwoolfa zacisnęła się na jego, Kapturek z uśmiechem oparł głowę o ramię swojego przyjaciela.

***

Powiadają też, że kiedyś, gdy Pajęczy Kapturek znowu niósł Dziadkowi wypieki, zagadnął go inny wilk i próbował go sprowadzić z drogi. Nim jednak Pajęczy Kapturek spróbował mieć się jednak na baczności i pójść prosto do Dziadka, inny Wilk został rozpłatany na pół przed Deadwoolfa, który uśmiechnął się do chłopca, ruszając z nim po ścieżce i pilnując, by jego Kapturek nie zszedł już nigdy z drogi.

- Myślisz, że Dziadkowi dobrze się mieszka z Myśliwym? – zapytał zafrasowany Kapturek. Bardzo polubił pana Starka, ale nie chciał, żeby jego Dziadka spotkało cokolwiek złego.

- Oczywiście, Kapturku – odrzekł wilk, łapiąc chłopca za dłoń i odciągając od pobocza, które zaczęło go zbyt interesować.

- Woolf?

- Tak?

- Dlaczego w ogóle Deadwoolf?

- Bo zwykle waliło ode mnie trupem.

Kapturek spojrzał na niego zdziwiony i powąchał rękę towarzysza. Pokręcił głową ze zdziwieniem.

- Teraz pachniesz ciastkami i domem.

Deadwoolf zaśmiał się.

- A miałbym być Cookiewoolfem? Nie, Kapturku. Zostańmy przy tym co jest.

Pajęczy Kapturek skinął głową i ruszył wesoło do Dziadka, za rękę z Deadwoolfem i nikt więcej nie czynił mu nic złego.

 ***


Kuzynka narysowała ten słodki rysunek na wykładzie i nie mogłam się powstrzymać przed wstawieniem go <3 Dziękuję Ayremi!
Kuzynka narysowała ten słodki rysunek na wykładzie i nie mogłam się powstrzymać przed wstawieniem go <3 Dziękuję Ayremi!

środa, 19 października 2016

Zawiodłeś mnie Stark.

Nigdy nie widziałem w Tobie wroga Stark. Gdy pojawiłem się w Wieży stanowiłem swoisty rodzaj tabula rasa, dostałem taką możliwość i postanowiłem wykorzystać ją najlepiej jak potrafiłem. Dlatego zdziwiło mnie twoje zachowanie. Nie chodziło tu o docinki, sarkastyczne odzywki, w końcu nie pozostawałem Ci w nich dłużny. Z rytmu wybiły mnie twoje podchody, kłamstwa i próba udowodnienia, że jesteś lepszy. Muszę przyznać Stark, że przez to w jakiś sposób się na Tobie zawiodłem.

Nie tylko ty zbierałeś o mnie informacje nim przekroczyłem prób Wieży. Ja też się coś nie coś o tobie dowiedziałem. I od początku widziałem, że istnieje pewna kwestia, o której jednocześnie strasznie chcesz mi powiedzieć, a z drugiej strony nie jesteś pewien czy nie powinieneś jednak trzymać języka za zębami. Ale jesteś Starkiem, tak samo wyszczekanym i montującym w podwalinach rzeczywistości, jak twój ojciec. I choć wiem, że niezbyt tego chciałeś, pod tym względem nie różniłeś się od niego prawie wcale.

Przyszedłem pusty, czysty, niczym niezapisana kartka.

A ty spróbowałeś zaimponować mi tym, że z nim spałeś. Co chciałeś tym osiągnąć Stark? Miałem być zazdrosny? Wściekły? Rozedrgany? Chciałeś mnie sprowadzić na skraj? Spowodować, żeby wyszło ze mnie to co najgorsze? Słyszałem dumę i butę w twoim głosie. I trochę mi z tym źle, ale poczułem satysfakcje, gdy starłem je z powierzchni ziemi kilkoma słowami.

Bo czy naprawdę widziałeś go zupełnie nagiego? Opowiedz mi o jego snach. Wymień choć jedno jego marzenie. Co sprawia, że potrafi zaniemówić z zachwytu, a co wywołuje u niego płacz? Może porozmawiamy o jego dzieciństwie, dam ci fory, zacznijmy od okresu nim mnie spotkał. Lepiej, opowiedz mi choć jedną historię o nim, w której nie figurujesz. Nie te z muzeum, coś co opowiadał ci tak sam z siebie, z typowym dla niego błyskiem w oku i zaczesywaniem włosów do tyłu.

Widziałeś jego ciało, dotykałeś jego skóry, ale nigdy nie przeniknąłeś do samej duszy. I wciąż wiesz o nim tyle samo, co o setkach książek, które kupiłeś, by dobrze wyglądały na regałach, ale nigdy ich nie przeczytałeś, nawet nie otworzyłeś.

Poza tym. Jaka to tajemnica, kiedy ja już od dawna wiedziałem? Rozmawiam z nim Stark, codziennie, godzinami, wiem o wszystkim. A ty stoisz przede mną, jak wrytym prawie widzę, jak kręcą się twoje tryby. Przegrałeś potyczkę, którą sam zacząłeś Stark. Przegrałeś tym swoim szybciej, mocniej, bardziej.

poniedziałek, 15 sierpnia 2016

Ultron Manhattański

Dawno temu, dawno temu, w Nowym Yorku, nad Manhattanem, a jeszcze dokładnie mówiąc w latającej fortecy zwanej Hellicarrierem rządził król Fury. Fury był dobrym władcą i mimo, że rządził mocną ręką, mieszczanie szanowali go, ponieważ dbał o to, aby miasto się rozwijało, a jego mieszkańcy żyli dostatnio. Jego najlepszymi pomocnikami był jego zaufany doradca, kasztelan Coulson i Maria Hill, którzy zajmowali się przede wszystkimi sprawami militarnymi, byli geniuszami strategicznymi. Król Fury miał też przybraną córkę – Nataszę, nadzwyczajnie utalentowanego szpiega, której również pozwalał na pomaganie sobie w rządzeniu Nowym Yorkiem, jednak bez przerwy marzył o tym, żeby wydać ją za mąż. Mimo jego szczerych chęci na horyzoncie nie pojawiał się ani żaden kandydat, a może gdyby nawet przybywali, to Natasza prawdopodobnie wiedziała o tym dużo wcześniej i potrafiła się ich skutecznie pozbyć.

Tak też żyło się względnie spokojnie mieszkańcom Nowego Yorku, aż pewnego razu dało się słyszeć w grodzie pod zamkiem, coraz więcej plotek, że jakaś okropna poczwara grasuje na obrzeżach miasta. Ludzie bali się wypędzać bydło na żyzne łąki wokół East River, co rusz ktoś krzyczał, że zaginęła jego krowa, owca, czy baran. Coś, a może ktoś szerzyło spustoszenie w stadach, ludzie biednieli, bali się nieznanego wroga, który uparł się, aby uprzykrzyć im życie. Niejeden zaczął coraz głośniej skarżyć się na króla, głosów tych było coraz więcej, wreszcie dały się słyszeć również na Manhattanie.

Natasza, która często bywała na manhattańskich targach, żeby zaczerpnąć tam, choć trochę informacji od ludu, a nuż posłyszałaby jakąś plotkę o nadchodzącym zagrożeniu. W dodatku wśród mieszczan żył także jej najlepszy przyjaciel i najbardziej poważany przez nią informatorzy – Clint, który na co dzień parał się grotnictwem. I to właśnie on powiedział Nataszy, że garbarze i kramarki mówią o jakiejś bestii, która pożera zwierzęta, czym wgania prostych ludzi w biedę, a co poniektóre uliczki zaczynają przymierać głodem. Natasza od razu doniosła o tym Królowi Fury'emu, a gdy ten dowiedział się, że coś niedobrego dzieje się na mieście, stwierdził, iż powinien coś z tym zrobić, bo ludzie gotowi jeszcze wzburzyć się przeciwko niemu. Oczywiście Król nie obawiał się buntu, miał zbyt potężne zasoby broni, jednak nie chciał za żadne skarby doprowadzić to konfliktu w jego własnym mieście, więc wziął się do roboty. A że Fury był Królem mądrym, sprawiedliwym i rozsądnym, nakazał Kasztelanowi Coulsonowi posłać do grodu swoich podwładnych, a ci po powrocie do zamku potwierdzili to wszystko, co wcześniej powiedziała Natasza.

Ludzie wyraźnie czegoś się bali, niektórzy uważali, że ten, kto kradnie z pastwisk owce zakrada się do nich od strony zamku. To tym bardziej zadziwiło Króla – sprawa była poważna, więc Fury postanowił wysłać swoją straż w okolice Manhattanu, mieli się ukryć pod wzgórzem, na którym stała spokojnie wieża miejscowego wynalazcy, Howarda Starka, zająć pozycje i mieć oko na wszystko, co się działo wokół. Król polecił im też, żeby baczyli na nawet najmniejszy szmer, szczególnie nad ranem. Jego strażnicy trwali na warcie przez kilka dni, co kilka godzin się zmieniając, ale niczego niepokojącego nie zauważyli.

Wreszcie któregoś dnia, gdy niebo poczęło szarzeć, więc niemal jeszcze w nocy, coś zaczęło szeleścić między drzewami, jakby skradać się, jakby stąpać, a stąpnięcia te stawały się coraz wyraźniejsze i cięższe. Strażnicy królewscy cicho podeszli do miejsca, z którego dochodziły owe dźwięki... i szybko tego pożałowali.

To, co ukazało się przed ich oczami było iście przerażające. Przed sobą zobaczyli wielkie metalowe łapy, a na nich osadzone przysadziste, wielkie cielsko Ultrona Manhattańskiego. W ciemności ledwo mogli dostrzec jego łeb, a jednak doskonale wiedzieli gdzie on się znajduje, ponieważ na wzór swojego dalekiego kuzyna – Smoka Wawelskiego – Ultron wypuszczał z pyska strzelające snopy ognia, Który sprawiał, że nie jednemu z strażników Fury'ego serce prawie wyskoczyło z piersi. Opanowując strach, chyłkiem przemknęli niedaleko strasznego zwierza i szybko, ile sił w nogach pobiegli w kierunku fortecy Króla, aby złożyć raport przed obliczem królewskim.

Król Fury dał im wcześniej pozwolenie na widzenie się z nim o każdej porze dnia i nocy, gdy tylko zobaczą coś, co ich zaniepokoi – teraz i strażnicy, i sam Król wiedzieli doskonale, że mają bardzo trudnego wroga do pokonania. Do tej pory o ultronach słyszeli tylko w opowieściach, a same te opowieści powodowały, że nawet mężnemu rycerzowi nieraz włos z przerażenia jeżył się na głowie... Teraz gad przebrzydły zakradł się tuż przed królewską siedzibę i nic sobie z takiego dostojnego sąsiedztwa nie robiąc, a wręcz przeciwnie. Pozwalał sobie na bezkarne porwania owiec, a także ich późniejsze pożeranie.

Król Fury wraz ze swoimi pomocnikami starał się wymyśleć sposób, jak tu tego Ultrona paskudnego ubić i wtem z Manhattanu, jak grom z jasnego nieba, gruchnęła wiadomość, że potwór począł porywać młodych chłopców i dziewczynki.

Nie pozostawało nic innego - tylko wyzwać smoka na pojedynek! Kto miał to jednak uczynić? Kto mógłby wykazać się taką zuchwałością? Natasza poddała Fury'emu pomysł – Król nań przystał i wysłał wici z informacją do sąsiednich królestw, o czym informował? Zobowiązał się oddać rękę swej córki temu śmiałkowi, który pokona smoka. Natasza nie była tą informacją zbyt ukontentowana, ale dla dobra poddanych postanowiła się poświęcić. 

Do Nowego Yorku coraz tłumniej zaczęli przybywać rycerze, byli wśród nich również synowie królewscy, nikt jednak widząc Ultrona Manhattańskiego nawet nie odważył się ruszyć w jego stronę. Fury zaczął już tracić nadzieję na to, że kiedykolwiek potwór zostanie pokonany, a nie mógł użyć swojej broni w środku miasta, byłoby to zbyt niebezpieczne.

Pewnego dnia do Króla przybył syn miejscowego wynalazcy. Miał on na imię Tony i ogłosił, że stworzył najlepszą na świecie zbroje, przy pomocy, której pokona Ultrona Manhattańskiego. Zamiast o rękę Nataszy poprosił Fury'ego o go wsparcie w jego wynalazkach, żeby nie musiał być już zależny od ojca. Natasza od razu poparła syna Howarda Starka i pomogła mu dostać się niezauważonym, aż pod pieczarę bestii. 

I gdy młody Stark stanął naprzeciwko Ultrona Manhattańskiego, w cudownej czerwono-złotej zbroi, każdemu wydawało się, że zwycięży. Jednak przebiegłemu potworowi udało się przechytrzyć młodego i niedoświadczonego Tony'ego, po czym powalił go pacnięciem łapy i zaciągnął do swojej pieczary.

Nad Nowym Yorkiem, niczym ciemna chmura, zawisło nieszczęście, które wydawało się nie możliwe do rozwiania.

Jednak całej tej sytuacji przyglądał się pewien Szewczyk, który podróżował po całej Ameryce i naprawiał ludziom buty. Z tej też racji ludzie wołali go Szewczykiem Ameryką, mimo, że tak naprawdę nazywał się Stevem. Gdy pojawił się u Fury'ego nikt nie wziął mężczyzny na poważnie, gdyż nie miał on ani zbroi, ani pięknego rumaka, ani kopii rycerskiej, ani szabli, ale wierzył w siebie i swój rozum. I było mu naprawdę szkoda młodego Starka, bo nie mógł on pozostać obojętny na krzywdę kogoś, kto tak dzielnie walczył.

Pomyślał Szewczyk, że nawet Ultron nie może okazać się silniejszy od ludzkiego myślenia. Czas go gonił, pragnął uratować młodego Starka z rąk bestii i sposób na potwora wynalazł.

Zdobył skórę baranią, wypchał ją siarką, postawił na sztucznych nogach, a tak sprytnie to wszystko wykonał, że do złudzenia żywego barana przypominała... Nie trzeba było długo czekać na Ultrona Manhattańskiego, który zwabiony widokiem tłustego barana porwał go i na miejscu zjadł. To był jego koniec – siarka zaczęła bestię parzyć, a w środku miał prawdziwy pożar, raz po raz zionął ogniem, podbiegł w stronę East River.

Pił, pił, pił.

Niektórzy powiadają, że pił tak wodę z rzeki, aż przez siedem lat, aż w końcu nadął się jak balon, był coraz to większy i większy, wreszcie – pękł i tym sposobem Nowy York od siebie uwolnił!

I nastał czas spokoju dla królestwa Fury'ego, który wyprawił w końcu wielką ucztę na cześć Szewczyka, jednak jego już dawno nie było w Nowym Yorku.
 Co się w takim razie stało z naszym bohaterem?

Wiedzcie, że Szewczyk Ameryka stwierdził, iż nie potrzebuje do szczęścia królewny, ani tym bardziej jej ręki, którą Król Fury mu przyobiecał. Natasza została jednak jego przyjaciółką, tak bliską, że Steve był jednym z honorowych gości podczas jej hucznego ślubu z miejscowym grotnikiem – Clintem Bartonem. Za to Szewczyk zakochał się za to w młodym Starku, którego udało mu się uratować tamtego pamiętnego dnia, gdy przechytrzył Ultrona Wawelskiego. Opiekował się nim później przez wiele miesięcy, a gdy Tony wydobrzał, Steve zaczął pomagać mu w jego pracowni, nie porzucając jednak swojego rzemiosła, wciąż naprawiał ludziom buty i szył małe trzewiczki dla dzieci. I tak mijało im ich wspólne życiem minęło wiele szczęśliwych lat, więc w końcu, pewnego dnia Szewczyk Ameryka pojął młodego Starka za męża i żyli razem długo i szczęśliwie.

piątek, 20 maja 2016

Chłód.

Było zimno, gdy Stark mówił sam ze sobą.

Tony Stark siedział właśnie w swojej pracowni, harując nad kolejnym projektem, kiedy otrzymał najdziwniejszego smsa w swoim życiu. Co prawda nie zdumiała go treść, bo Stark dostawał wiadomości typu „Spotkajmy się tu, o tej godzinie" kilka razy dziennie i większość z nich najzwyczajniej w świecie ignorował. Nie, zaskoczeniem nie był sms, a jego nadawca. Tony odwołał wszystkie swoje spotkania i przebrał się w dość nieformalny strój, oczywiście, jak na swoje standardy. Poszukał też jakichś plastrów, żeby móc owinąć swoje dłonie. Od ataku Ultrona, regularnie ćwiczył na worku treningowym, często rozwalając sobie kostki do krwi. I choć często przeklinał się za to w myślach, codzienne ćwiczenia uspokajały go, pomagając się skupić nad projektami. Gdy skrył swoje ręce pod opatrunkiem i rękawami marynarki, ruszył w kierunku Brooklynu, zostawiając Avengers Tower całkowicie puste; wszyscy domownicy wybyli na misje. No, może poza nadawcą wiadomości. Z tego co się orientował, to najwcześniej miał wrócić Clint z Nataszą, a i tak najwcześniej pojutrze. 

Miejscem spotkania była mała, całkiem przytulna knajpka z tajskim jedzeniem. Gdy Stark przekroczył próg, od razu zauważył nadawcę smsa, siedzącego przy stoliku, obracając w chudych palcach puszkę z jakimś napojem. Ubrany był w ciemnozieloną kurtkę o lekko wojskowym kroju, a jego niebieska bejsbolówka była naciągnięta prawie na sam nos. Stark, wciąż nie do końca wiedząc co powinien myśleć względem tego spotkania, podszedł do niego w ten swój markowy, nonszalancki sposób siadając przed nim z typowym, Starkowym uśmiechem.

- Zamawiałeś już coś? – zapytał, a ich spojrzenia skrzyżowały się.

- Nie, czekałem na ciebie – wzruszył ramionami - Choć tak szczerze, to nie mam zielonego pojęcia co mogą tu podawać – Bucky Barnes zdjął czapkę, odkładając na blat stołu. Włosy miał spięte z tyłu, kilka kosmyków wyślizgnęło się, spadając na jego zmęczoną twarz, która miała trupio blady odcień, oczy były lekko zapadnięte, pod nimi ciemnofioletowe sińce, policzki pokrywał kilkudniowy zarost. W dłoniach poznaczonych licznymi bliznami trzymał puszkę z napojem kokosowym, nieustannie obracając ją w rękach.

- Nie napijesz się? – zapytał Stark, bo nawet nie wiedział, jak zagaić tę rozmowę.

Steve odnalazł Bucky'ego ponad pół roku temu, od tego czasu Zimowy Żołnierz został poddany leczeniu, specjaliści szczególnie skupili się na jego stanie psychicznym. Aktualnie był pod stałą kontrolą lekarzy i od paru miesięcy mieszkał w Avengers Tower. Kilka tygodni temu uznano nawet, iż jego stan jest na tyle stabilny, że Barnes zaczął opuszczać ich bazę. Wpierw Tony monitorował każde z jego wyjść, choć zawsze był z nim Steve, a często też Sam czy Natasza i Clint. Bucky opuszczał Avengers Tower samotnie tylko po to, żeby od czasu do czasu zrobić małe zakupy (Stark zauważył, że Zimowy Żołnierz uwielbia śliwki), ale nie dalej niż dwie przecznice od bazy. Tak jakby sam sobie nie ufał. Dlatego też tak bardzo zdziwił go widok mężczyzny na Brooklynie.

Bucky ponownie obrócił puszkę i podsunął ją Starkowi pod nos.

- Siedemdziesiąt lat temu walczyliśmy z Niemcami, Włochami, Japończykami, nie potrafiliśmy się porządnie dogadać z ZSRR, a teraz mogę przeczytać opis w ich języku na każdym produkcie. Mimo wszystko czas leczy rany.

- Ja bym powiedział, że to prosty przykład konsumpcjonizmu i kapitalizacji – odparł Stark, oddając mu puszkę. Bucky wpatrywał się w nią z nieodgadnionym dla Tony'ego wyrazem twarzy. Stark ponownie stwierdził, że nie potrafi czytać z mimiki Zimowego Żołnierza. Zwykle jego twarz była zastygłą maską, bez cienia wyrazu, a wszelkie ruchy ust, brwi, powiek wyglądały na nieskoordynowane i niezupełnie kontrolowane przez samego Barnesa.

- Muszę z tobą porozmawiać Stark.

- Myślę, że nie ciągnąłbyś mnie tu, gdybyś chciał mówić tylko o starych czasach.

- W sumie to właśnie o nie chodzi – Buck podparł podbródek na metalowej ręce, a drugą przeczesał włosy – Od razu zaznaczę, że po tym co powiem, masz pełne prawo, żeby mnie zabić. Nie obiecuję, że nie będę się bronił, wybacz, tak mnie zaprogramowali, ale postaram się nie zrobić ci krzywdy – powiedział na jednym tchu.

Stark spiął się, jego spojrzenie skrzyżowało się z tym należącym do Zimowego Żołnierza.

- Potrafisz zainteresować słuchacza.

Barnes wykrzywił usta w lekkim grymasie.

- Powoli przypominają mi się fragmenty z bycia Zimowym Żołnierzem. Pamiętam tylko twarze, zero nazwisk, dat, akt, niczego. Same twarze – urwał zastanawiając się co powiedzieć dalej – Ostatnio, gdy oglądałem z Samem jakiś program o zamachu na Kennedy'ego. Pamiętam tą twarz Stark – ponowna pauza, tym razem na otworzenie puszki. Tony nie zamierzał go ponaglać, ale czuł gorąco uderzające do jego twarzy – Przypomniałem też sobie coś o wiele gorszego. Pamiętam twarze Twoich rodziców.

Tony czuł, że wszystko w nim zaczyna wrzeć, obraz Barnesa zatarł się, przykryty tonami złości i nienawiści. Choć głównie furii. Stark chciał już zakładać zbroje, już miał palec na przycisku, ale coś mu nie gra. Coś wyszło poza jego Starkowy schemat, coś co spowodowało lekkie spięcie w jego głowie.

- Dlaczego mi to mówisz? – wycharczał. Bucky, który chwilę wcześniej wbił wzrok we własne dłonie, patrzył teraz na niego z kamienną twarzą.

- Bo cokolwiek nie powiem, nic nie zmieni faktu, że jestem wielokrotnym mordercą Stark. Nienawidzę siebie i tego, że to ja żyję, a wielu innych ludzi nie.

Error 404. Teraz Tony już kompletnie nic nie rozumiał. Nie potrafił znaleźć racjonalnej odpowiedzi, dlaczego Barnes się nie broni.

- I słusznie – powiedział wypranym z emocji głosem. Bucky wciąż dzielnie patrzy mu prosto w oczy. I nie jest to bynajmniej buta, a prawdziwa, nieściemniona skrucha. Mózg Tony'ego przeżywał poważne zwarcie.

Dlaczego Barnes nie zasłania się tym, że nie był sobą? Że był pod stałą kontrolą? Dlaczego nie mówi, że jest tylko ofiarą HYDRY?

Gdy Tony uświadomił sobie, że sam w swojej głowie zaczął usprawiedliwiać Bucky'ego, rzucił mu się do gardła. W kilka chwil pokonał długość stołu i złapał Zimowego Żołnierza za kołnierz kurtki ciągnąc go ku sobie, a Bucky Buhanan Barnes nawet nie próbował się bronić.

- Jeśli chcesz mnie zabić, to najlepiej na zewnątrz, nie chcę mieć więcej ludzi na sumieniu – mówił ciszej i trochę niewyraźnie, w końcu Stark go dusił. Mimo tego każde słowo dotarło do uszu Tony'ego podwyższając mu tylko ciśnienie. Udając, że nie słyszy zaczął wyładowywać całą swoją furię na twarzy Zimowego Żołnierza. Nie przebierał w środkach, był to zwykły prawy sierpowy. A potem następny. I kolejny. Stark czuł, że do oczu napływały mu łzy, ale postanowił to zignorować. Wciąż trzymał Barnesa za kurtkę, coś w niej strzeliło podczas tej szarpaniny, wpatrywał się w jego puchnącą twarz, nos Bucky'ego był lekko przekrzywiony, po drugim strzale zaczęła lecieć z niego krew.

- Stark. Za nami są drzwi.

I rzeczywiście były. Tony bez problemu pociągnął za sobą Barnesa w wskazanym kierunku. Za drzwiami znajdował się wąski zaułek z ceglastymi łatami na ścianach. Rzucił na Zimowego Żolnierza na jedną z nich, nie czując już żadnej potrzeby, żeby się hamować.

- Pamiętasz ich chociaż? – nawet dla siebie zabrzmiał, jak rozwścieczone zwierzę.

- Pamiętam ich wszystkich – powiedział Bucky. Jego twarz zaczęła tracić naturalny kształt, była opuchnięta i sina. Mimo to patrzył na niego tym spojrzeniem, które sprawiło, że Stark poczuł się winny, ale i coraz mocniej wkurwiony – Nie zakładaj zbroi Stark, chyba nie potrzebujesz jej, żeby mnie wykończyć, co?

Chyba chciał coś jeszcze powiedzieć, ale przerwał mu Starkowy szał. Na Barnesa spadł grad ciosów. Dla Tony'ego trwało to całą wieczność. Tłukł mężczyznę, mocno, zapamiętale, a gdzieś z tyłu głowy pojawiła się myśl, że to Bucky pokazał mu większość tych ciosów, gdy odkrył, że Stark ćwiczy na worku.

W końcu opadł z sił i oparł się o ścianę tuż obok Zimowego Żołnierza. Patrzył na niego, na jego opuchniętą twarz i czuł się pusty. Po chwili przerzucił wzrok na swoje dłonie; bandaż zrobił się czerwony. Spróbował wytrzeć ręce o spodnie, zostawiając na nich rdzawe ślady krwi. Czuł się wycieńczony, więc zjechał po ścianie i usiadł na ziemi, dotykając kolanem Barnesa. Zimowy Żołnierz nie oddychał, a Stark jeszcze nie potrafił stwierdzić, czy to źle.

Był po prostu pusty i nieznajomy dla samego siebie.

- Barnes?

Odpowiedziała mu cisza, ale mówił dalej.

– Ej. Bucky.

W jego oczach Barnes zaczyna kaszleć. Trwa to chwilę, całkiem długą, ale w końcu podnosi się do siadu i pyta:

- Tak?

- Jak to jest? – pyta, choć nie oczekuje, że Bucky załapie, o co mu chodzi. Mimo to Zimowy Żołnierz znowu go zaskakuje i odpowiada:

- Jest taka rzecz, o której się nie wspomina mówiąc o kontroli umysłu – Barnes spluwa krwią, Tony'emu wydaje się, że słyszy toczący się po ziemi ząb – Kiedy ktoś cię przejmie, to ty wciąż tam jesteś. Małe fragmenty ciebie. Strzępy, których nie potrafisz do siebie dopasować. To jak bycie pasażerem w własnym umyśle. Kiedy chcesz się wyrwać, ale przegrywasz. Ciągle, ponownie i jeszcze raz. I to sprawia, że to, do czego cię zmuszają, jest jeszcze gorsze – jego słowa są okropnie zniekształcone, ale Tony niezbyt się tym przejmuje, póki rozumie sens wypowiedzi.

Stark milczy i próbuje zrozumieć algorytm własnych emocji, bo nagle robi mu się cholernie żal Bucky'iego. Na szczęście uczucie wyparowuje tak szybko, jak się pojawiło.

- Steve wie?

Zimowy Żołnierz porusza się niespokojnie.

- Oczywiście, że nie – urywa na chwilę – Choć możliwe, że się domyśla.

- Możliwe?

- Mam koszmary. Czasem wtedy krzyczę, a Steve mnie uspokaja.

Stark wyłapuje nutę zażenowania w głosie Bucky'ego, co wydaje mu się w jakiś sposób komiczne. Słyszy ciężki oddech Barnesa, nagle uświadamia sobie, że rozmawia z mordercą własnych rodziców. Tylko że Stark nie ma już siły, żeby chociażby unieść dłoń. I tak naprawdę nie czuje już złości, wyłącznie zimną pustkę.

- Tak naprawdę, to nigdy nie musiałem mu mówić, on zawsze wiedział. Trochę mnie to przeraża, ale i uspokaja – kolejna przerwa. - Steve jest po prostu dobrym człowiekiem. Zawsze był.

- Brzmi, jakbyś się zakochał – parska Stark. Bucky wydaje z siebie dźwięk, który najprawdopodobniej miał być śmiechem, ale niezbyt mu wyszło.

- Steve zawsze będzie mnie traktował jak przyjaciela.

Tym razem ton, z jakim Barnes wypowiada te słowa, jest tak jasny i zrozumiały, że kompletnie zbija Tony'ego z tropu.

- Czekaj. Czy ty mi właśnie starasz się powiedzieć, że Steve Rogers wsadził cię do friendzone'u?

Bucky milczy, przypuszczalnie starając się rozszyfrować termin, którym rzucił Stark.

- Za moich czasów mówiło się dostać kosza, ale twoje określenie też jest trafne – zażenowanie nie jest już nutą, cała wypowiedź Zimowego Żołnierza nim przesiąkła, sprawiając, że aż musi rozmasować nasadę nosa, bo nie może uwierzyć w to, co właśnie usłyszał.

- Czyli powiedziałeś mu, że... No wiesz?

Wydaje mu się, że słyszy, jak Bucky opiera czoło na swojej mechanicznej ręce, a chwilę później wypuszcza powietrze przez zaciśnięte zęby.

- Nie jestem idiotą. Jeśli ktoś cały czas ci powtarza, że jesteś dla niego najważniejszy, ale po chwili dorzuca tam terminy w stylu „rodzina", „brat", „najlepszy przyjaciel", to wiesz, że nie masz szans, co nie? Parafrazując twoje określenie, to ja trafiłem do familyzone, Stark.

Tony patrzył w ciemne niebo i śmiał się cicho. Szukał gwiazd, ale nie mógł ich zobaczyć, kiedy był w Nowym Yorku.

Tak to powinno wyglądać. Tak powinien był zrobić. Tak to powinno się skończyć. Powinien siedzieć teraz z Bucky'm w tym pieprzonym tajskim barze i pokazać mu jak się używa pałeczek, żeby mógł zjeść te piekielnie ostre makarony.

Stark parsknął śmiechem i nagle zamarł. W końcu zmusił się do spojrzenia na Bucky'ego. Zimowy Żołnierz leżał na ziemi, w tej samej pozycji, w której został po ostatnim ciosie Starka. Nie ruszał się i definitywnie nie oddychał. Tony schował twarz w dłoniach.

Nie mógł w to uwierzyć. Nie chciał nawet do siebie dopuścić, że właśnie stał się taki, jak on. I nie, nie chodziło mu o Bucky'ego. Był jak Zimowy Żołnierz, bo teraz również miał krew na rękach. Uniósł głowę znad dłoni i patrzył na zakrwawione ciało Barnesa, jedna powieka nie opadła, dostrzegał spod niej zamgloną zieloną tęczówkę. Dotknął jego twarzy, zamykając mu oczy.

- Jesteś zimny Barnes. Jak prawdziwy Zimowy Żolnierz – Stark zachichotał, choć jednocześnie miał ochotę wyć. Skończyło się tylko na płaczu.

Bucky nie kłamał, nie bronił się.

Dlaczego do jasnej cholery się nie bronił?

Stark nie potrafi zrozumieć, brakuje mu jakiegoś elementu, żeby ułożyć ciąg przyczynowo skutkowy, żeby stworzyć sensowny algorytm, żeby w końcu pojąć, co się właśnie stało.

I nagle Tony zrozumiał, że Bucky, to wszystko zaplanował. Że specjalnie wybrał ten dzień, kiedy wszyscy Avengersi byli na misjach, specjalnie wybrał to miejsce, zupełnie nieuczęszczany pub i jeszcze zaułek, który pewnie od dawna nie widział żywej duszy, specjalnie nie pozwolił mu założyć zbroi.

Zrobił to wszystko, żeby nikt nie pomyślał, że to Tony go zabił. I pozwolił mu się zemścić, na mordercy swoich rodziców.

Tony czując się, jak ostatni skurwiel i hipokryta tulił do siebie jego ciało. Zimne, tak cholernie zimne.

piątek, 22 kwietnia 2016

Tylko martwi widzieli koniec wojny.

Zalecany soundtrack: Hero - Skillet
Krew, krzyk, śmierć. Steve zakrztusił się pyłem, który unosił się w powietrzu. Przestrzeń naokoło była przesłonięta dymem, oświecona brunatnymi promieniami słońca, przechodzącego przez tumany kurzu, choć równie dobrze mógł to być też ogień. Ten sam, który trawił teraz pole walki oraz ciała ich sprzymierzeńców i wrogów. Kapitan nie miał pojęcia ile już trwał konflikt. Tydzień? Miesiąc? Lata? Nogi załamały się pod nim i runął na gruz. Jeden z kamieni przebił mu policzek, ale nie miał siły się podnieść i zetrzeć krwi. A co dopiero wstać i ruszyć przed siebie. W końcu, po ciężkim do określenia czasie, podniósł się i oparł o coś, co kiedyś było fundamentem jakiegoś budynku. Mogła to być nawet Stark Tower, jak również zwykły blok mieszkalny. Kapitan nie miał pojęcia, kiedy to przestało się dla niego liczyć. Pociągnął tylu ludzi za sobą. Chciał dobrze, dla nich wszystkich, a nie tylko dla siebie. Przecież tu nie chodziło wyłącznie o Buckiego, a o dekret.
 
Akt Rejestracyjny, przyczyna ich konfliktu. Przeklęta ustawa, która miała nakazać osobom posiadającym nadludzkie zdolności rejestrację, która wiązała się nie tylko z ujawnieniem swoich danych osobowych, ale także z przejściem pod rozkazy urzędników państwowych. Wcieleni do Federalnych, staliby się niewolnikami, superagentami rządu. Brak Wolności. To dla niego, jak brak powietrza, bo był w końcu Kapitanem Ameryką. Kim by był bez Wolności?

Kim będzie po tej wojnie? Nie chciał nawet wiedzieć, miał zbyt wiele krwi na rękach. Czuł, że nie zapomni żadnego z pustych spojrzeń, ciał tracących stabilność i ciężko upadających na ziemię, tak, jakby byli wypełnieni powietrzem, które ktoś nagle spuścił. Tym kimś bywał czasem i on. Nie zapomni o wygrzebywanych spod gruzu fragmentach kończyn, resztek szkieletów. Wrzasków bliskich, nieważne po czyjej stronie barykady stanęli, za czy przeciw dekretowi. Za czy przeciw? Co to tak naprawdę znaczyło? Sprawiedliwość kontra Wolność? Prawo wobec indywidualizmu? Iron Man czy Kapitan Ameryka? Przyjaciele a przekonania? Nie wiedział, bo, mimo wszystko, śmierć pozostawała śmiercią. 

Steve ukrył twarz w dłoniach, mrucząc przy tym, niczym mantrę, imiona poległych, przeplatając je przeprosinami dla ich bliskich. W oddali słyszał wystrzały, krzyki, wybuchy, gdzieś trzaskał ogień. Niby wojna, to wojna i nie powinna się niczym różnić, a mimo to serce Kapitana było rozrywane na drobne kawałki. Bo nie walczył z nieznanymi ludźmi, wtedy łatwo było przykleić im nalepkę nazisty, mordercy, byli w szufladce, do której została przyczepiona metka „można zabijać". Bez skrupułów, bez wyrzutów, bez zastanowienia. Teraz miał przed sobą przyjaciół. To była wojna domowa, najgorszy ze wszystkich możliwych konfliktów.

Przepraszam Natasho, obiecałem ci to, a nie zdołałem uchronić Clinta.
Wybacz Colosusie, Shadowcat była zbyt dobra, zbyt delikatna na front.
Drogi Black Panter, wiedz, że nigdy nie widziałem tak cudownej wojowniczki, jak Storm.
Moje kondolencje Logan, wiem, że X-23 była dla ciebie niczym córka.
I ciebie też Wade, powinienem tam być, Punisher nie zdążył uratować Petera.

Słowa brzmiały pusto, beznadziejnie. Dźwignął się z ziemi zanosząc się kaszlem. Nie był bohaterem, na pewno nie zasługiwał na miano Kapitana Ameryki. Miał na imię Steve. Steven Grant Rogers, tak się nazywał. Nic więcej, nic mniej. Ruszył przed siebie, w kierunku odgłosów pola bitwy. Nogi odmawiały mu posłuszeństwa, obraz rozmazywał się, a on słabł z każdym krokiem. Walki nie ustawały, szala zwycięstwa nie chciała przechylić się widocznie na żadną ze stron konfliktu. W pyle wydawało mu się, że widzi błysk pazurów Wolverina, rude loki Nataszy, ale to wszystko mogło być halucynacją, ułudą. Był zbyt wycieńczony, żeby móc poświadczyć za swoje zmysły, był cieniem samego siebie.

- Rogers?

A jednak coś nie było mirażem, w końcu ten głos poznałby wszędzie. Gdy go widzi nie jest w stanie powstrzymać uśmiechu, rozkłada ręce, tak, jakby chciał się przywitać, a po chwili obrywa z pięści w twarz. Sam nie chce się do tego przyznać, ale chciałby, żeby ten cios go wyłączył. Na jakiś czas. Albo na zawsze, bo Steve już dawno temu stracił poczucie czasu. I wie, że musi mu oddać, przywalić, posłać go na ziemię, tak jak przez ostatni tydzień (miesiąc? rok?). I robi to, bo jest cholernym Kapitanem Ameryką. Ten przed nim to nie Tony, nie jego przyjaciel, nie ten gość, z którym pił codziennie rano kawę, trenował do upadłego, rozmawiał godzinami. Nie ten, u którego przesiadywał w warsztacie, czasem po prostu mu się przyglądając, czasem leżąc i szkicując lub po prostu śpiąc. To nie ten Tony, który z anielską cierpliwością tłumaczył mu działanie telefonu, internetu, mikrofalówki. To tylko Stark. Iron Man. Wróg. To wszystko robił Steve i Tony. Teraz byli zupełnie innymi osobami. Rogers potrząsnął głową. Kogo próbował oszukać? To ten sam człowiek, jego przyjaciel. Spuścił gardę, przyjmując cios na twarz. Tony zamarł wpatrując się w niego ze zdziwieniem, otworzył maskę, a Steve wreszcie zobaczył (po tygodniu? miesiącu? latach?) jego twarz, a nie metalową puszkę. Rogers leżał na ziemi, miał złamany nos, po chwili obracania językiem w ustach pełnych krwi, wypluł ząb.

- Hej, czemu się nie uśmiechniesz? Przecież mówiłeś, że chcesz to zrobić.

Stark sztywnieje, szok otwiera mu usta. Steve wiedział, że nie wyglądał już jak Kapitan Ameryka. Był styrany, ranny, jego strój dawno przestał być niebieski, przez kurz i krew. Człowiek. Rogers podniósł głos, wiedział co musi zrobić. Wiedział też jakie będzie to miało konsekwencje, ale nie żałował. Niczego, już nigdy nie będzie żałował.

- Koniec z bezsensowną śmiercią. Skończcie walczyć!

Wokół nich zaczęli zbierać się ludzie. Przerywali walki, podchodzili bliżej, słuchali, jakby z niedowierzaniem. Ich twarze wyrażały tysiące emocji: strach, złość, nienawiść, nadzieję, ból.
Rogers bierze je wszystkie na siebie, z uśmiechem odkrywając, że to także jego cecha, nie tylko Kapitana Ameryki.

- Oddam się w ręce Federalnych, pod warunkiem, że ułaskawią tych, którzy poszli za mną.
Ktoś zaczął krzyczeć, to chyba Bucky, ktoś rzucił w niego wiązanką przekleństw, ale Steve widział tylko Tony'ego, wszystko naokoło było rozmazane.

Podszedł do niego z uśmiechem, wyciągnął dłoń, dzieliły ich metry odległości i mile poglądów. Kapitan Ameryka w nim krzyczał, nie zgadzał się, nie rozumiał, ale Steve Rogers po raz pierwszy w życiu całkowicie go zignorował. Jego usta ułożyły się w bezdźwięczne „przepraszam", a Tony pokiwał głową.

Nie ma już Iron Mana i Kapitana Ameryki. Jest tylko ból i wybaczenie, które sprawia, że szedł szybciej. To już tak niedaleko, już zaraz wszystko się skończy. Steve nie rozumie dlaczego nagle nie może iść dalej, dlaczego obraz mgli się jeszcze bardziej, dlaczego nawet sylwetka Tony'ego, do tej pory tak bardzo wyraźna zaczyna się zacierać. Nie wie też dlaczego nagle upada na ziemie, a jego ręce i nogi stają dziwnie sztywne i ciężkie, jakby nie jego. Stara się coś powiedzieć, próbuje wstać, a w końcu doczołgać się do Tony'ego, przecież to było tak blisko, ale nie potrafi. Chce mu się spać, jest naprawdę zmęczony tym wszystkim. Wciąż czuje, jak Kapitan rozdrapuje go od środka, wyjąc cierpiętniczo, wyzywając Steve'a od zdrajców, ale powoli cichnie, tak jak wszystko na około. Gdy patrzy na swoją klatkę widzi kilkanaście obficie krwawiących dziur, którym posyła lekki uśmiech, po czym czyjeś ręce podrywają go do góry. Ostatnim co widzi Steve są brązowe oczy Starka. Ten krzyczy coś do niego, udaje mu się uchwycić frazy „Nie waż mi się umierać!" i „Medyka!". Chce go uspokoić, położyć mu rękę na ramieniu i powiedzieć, że przecież, to już nie ma sensu, ale nie potrafi. Ma tylko nadzieje, że chociaż ten uśmiech, który z całych sił chciał mu posłać się udał. Tony krzyczy, ale jest coraz dalej, Steve już nawet nie czuje jego dotyku, nie słyszy słów, a po chwili przestaje widzieć.

Wie tylko, że Kapitan Ameryka poniósł klęskę, ale Steve Rogers odchodził spokojny.

Odchodził wolny.