...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bajka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bajka. Pokaż wszystkie posty

sobota, 22 października 2016

Pajęczy Kapturek

Był sobie raz mały, słodki chłopiec. Kto tylko go zobaczył, od razu musiał go pokochać, a najbardziej kochał go Dziadek, który nie wiedział co jeszcze mógłby mu sprezentować. Pewnego razu podarował mu, więc kapturek z czerwonego aksamitu, wyhaftowany w wzór pajęczynki i z dużymi oczami na wierzchu kapturka. Prezent bardzo spodobał się chłopcu, a ponieważ kapturek bardzo ładnie na nim leżał, nie chciał już od tej pory nosić niczego innego. Odtąd nazywano go więc Pajęczym Kapturkiem. Pewnego dnia ciocia May rzekła do chłopca:

- Chodź, Pajęczy Kapturku, masz tu koszyczek, a w środku kawałek szarlotki i korzenne piwo. Zanieś to Dziadkowi, bo słaby jest i niedomaga. Rozumiesz Kapturku, męczą go treningi, a taka niespodzianka powinna go bardzo ucieszyć. Pamiętaj tylko, byś pod żadnym pozorem nie zbaczał ze ścieżki, którą znasz i wiesz, że prowadzi prosto do domku Dziadka. Jeśli kogoś spotkasz, nie rozmawiaj z nim. Gdy już tam będziesz, przywitaj się ładnie z Dziaduniem i bądź grzeczny.

- Wszystko będzie dobrze, ciociu May - powiedział Pajęczy Kapturek z ręką na sercu. Dziadek Rogers mieszkał w lesie, jakieś pół godzinki od wioski. Znajdował się tam jego plac treningowy, na którym czasami ćwiczył z Kapturkiem, ale tylko, gdy ten go ładnie poprosił. I oczywiście, gdy nie używał wulgarnego języka, bo dziadek bardzo tego nie lubił.

Gdy chłopiec szedł przez las, spotkał Wilka, a ponieważ nie wiedział, że to takie złe zwierzę, wcale się go nie przestraszył.

- Witaj, Pajęczy Kapturku – powiedział Wilk szczerząc się do niego wesoło. Kapturek od razu zauważył, że Wilk ma na swoim ciele wiele blizn, ale pamiętał, że ciocia May, zawsze mówiła, że nie wolno być wścibskim, więc o nic nie zapytał.

- Dzień dobry, Wilku! - odrzekł Pajęczy Kapturek.

- Och, od razu Wilku. Jestem Woolf. Dead.

Wilk wyciągnął dłoń do Pajęczego Kapturka.

- Witam panie Deadwoolf – Kapturek uścisnął dłoń Wilka i uśmiechnął się do niego wesoło. Deadwoolf podrapał się po potylicy, a następnie odwrócił wzrok od chłopca.

- A gdzież to tak wcześnie pędzisz, Pajęczy Kapturku?

- Do Dziadka.

- A co niesiesz pod w koszyczku?

- Szarlotkę i piwo korzenne. Wczoraj ją piekliśmy i na pewno zmęczonemu Dziadkowi dobrze zrobi, a korzenne piwo, to jego ulubiony napój, więc na pewno go wzmocni.

- Pajęczy Kapturku, a gdzie mieszka twój Dziadek?

- Na końcu tej ścieżki rosną trzy ogromne dęby, oplecione przez krzaki leszczyny, a za nimi zobaczysz niewielki biały domek, jakiś kwadrans stąd, na pewno tam trafisz! - powiedział Pajęczy Kapturek, a Wilk pomyślał sobie:

"To drobne, delikatne stworzenie, ten słodki kąsek będzie jeszcze lepiej smakował niż ten staruch. Musisz ich sprytnie podejść, żeby zjeść oboje."

Wilk oczywiście nie uważał się za kanibala, ale kochał podgryzać takie słodkie istotki, jak Pajęczy Kapturek. A wtedy łapał go ogromny głód i potrzebował wrzucić coś na ruszt, a Dziadek chłopca wydawał się idealny, na przekąskę. Wilk szedł jeszcze przez chwilę z Pajęczym Kapturkiem, po czym powiedział:

- Popatrz, jakie piękne kwiaty rosną wokół nas... Czemu się nie rozejrzysz... Widzę, że nie słyszysz, jak ptaszki słodko śpiewają. Idziesz tak, jakbyś szedł do szkoły, a przecież w lesie jest tak wesoło.
Pajęczy Kapturek otworzył szerzej oczy i zobaczył, jak promienie słońca tańczą poprzez liście drzew i że wszystko pełne jest pięknych kwiatów. Pomyślał wtedy:

"Dziadkowi będzie miło, jak mu przyniosę świeży bukiet. Jest jeszcze tak wcześnie, że na pewno przyjdę na czas."

I Kapturek zboczył z drogi, żeby ruszyć w las i szukać kwiatków. Szukał takich, które mógłby ułożyć w biało-czerwono-niebieski bukiet. W pewnym momencie natrafił na łąkę, na której akurat rosły i maki, i chabry, i powój polny, który na tle pozostałych kwiatów wyglądał niczym gwiazdki. Zbierał kwiaty z uśmiechem, a gdy zerwał jednego, jego wyczulony Kapturkowy zmysł podpowiadał mu, że troszkę dalej rośnie jeszcze piękniejszy i biegł w jego kierunku zapuszczając się coraz to głębiej w las.

A wilk szedł prosto do domu Dziadka. Zapukał do drzwi, ale nikt mu nie odpowiedział. Koło domu przechodził właśnie Myśliwy i pomyślał sobie:

"Oho, Rogers w tarapatach."

I zaczaił się w krzakach ze swoją cudowną bronią, którą z uporem maniaka ciągle ulepszał. W końcu był to Myśliwy Stark.

Deadwoolf za to, nacisnął na klamkę, a drzwi stanęły przed nim otworem. Nie mówiąc ani słowa podszedł prosto do łóżka Dziadka, który twardo spał, a następnie połknął Rogersa. Potem włożył Rogersową maskę, położył się do jego łóżka i zasunął zasłony. Chwycił jeszcze sławetną tarczę Dziadka i postawił ją sobie zaraz obok łóżka. Zarówno kołdra jak i zasłony miały na sobie flagi Ameryki. Deadwoolf nasłuchiwał nadejścia słodkiego Pajęczego Kapturka.

A Pajęczy Kapturek biegał za kwiatkami. Gdy już miał ich tyle, że więcej nie mógłby unieść, przypomniał mu się Dziadzo. Ruszył więc w drogę do niego. Szedł podśpiewując melodyjkę „Hero", którego tak często słuchał myśląc o Dziadku. Idąc tak, doszedł do domku i zdziwił się, że drzwi były otwarte, a gdy wszedł do środka, zrobiło mu się tak jakoś dziwnie i pomyślał:

„Jakoś mi tu dziś straszno, a zawsze tak chętnie chodzę do Dziadka..."

- Dzień dobry? – rzucił w przestrzeń, lecz nie usłyszał odpowiedzi. Podszedł, więc do łóżka i odsunął zasłony. Leżał tam Dziadek w masce i wyglądał... jakoś dziwnie.

- Och, Dziadku, dlaczego masz takie wielkie oczy?

- Żebym mógł cię lepiej widzieć.

- Och, Dziadku, dlaczego masz taki czerwony strój?

- Aby złole nie mogli zobaczyć krwi.

- A... -zająknął się Pajęczy Kapturek - A dlaczego masz tak strasznie wielki pysk?

- Żeby cię zjeść! – ledwo to powiedział, wyskoczył z łóżka i połknął biednego Pajęczego Kapturka.

 
Gdy wilk zaspokoił już swoje łaknienie, z powrotem położył się do łóżka, zasnął i zaczął strasznie głośno chrapać. Wtedy Myśliwy pomyślał sobie:

"Ależ ten stary dziad chrapie. Muszę zobaczyć, czy coś mu nie dolega."

Wszedł więc do izby, a kiedy stanął przed łóżkiem, zobaczył w nim Deadwoolfa. Spojrzał na jego ogromny brzuch i już wiedział co się stało.

- Długo cię szukałem – warknął Stark, wziął nożyce i zaczął rozcinać śpiącemu Wilkowi brzuch - To za skradzenie mojego śmigłowca, poczwaro.

Kiedy zrobił już parę cięć, zobaczył jak z brzucha wyziera Pajęczy Kapturek. Jeszcze parę cięć i wyskoczył wołając:

- Panie Stark! Tam jeszcze jest Dziadek!

A Myśliwy wyciągnął i Dziadka, żywego, choć nieźle wkurzonego, że ktoś śmiał przerwać mu drzemkę. Dziadek i Myśliwy chcieli ukarać wilka, ale Kapturek nie zgodził się na to. Zaszył Deadwoolfa, twierdząc, że Wilk musiał być po prostu samotny i tak naprawdę potrzebuje przyjaciela i szarlotki z piwem korzennym. Mężczyźni spojrzeli na siebie zdziwieni, ale uśmiechnęli się szeroko, wiedząc, że Pajęczy Kapturek, mimo bycia naiwnym dzieckiem, był również Kapturkiem o złotym sercu. I tak Deadwoolf zyskał pierwszego w swoim życiu przyjaciela, którego obiecał Dziadkowi Rogersowi pilnować i nigdy nie próbować zjeść Kapturka. I wszyscy byli zadowoleni. Wilk oddał Myśliwemu kluczyki do śmigłowca, Dziadek zjadł szarlotkę i wypił piwo, które mu Pajęczy Kapturek przyniósł i od razu poczuł się lepiej. Potem siedzieli wszyscy razem pijąc, jedząc oraz rozmawiając o najnowszych misjach, a Pajęczy Kapturek powiedział do Deadwoolfa:

- Do końca życia nie zboczę drogi i nie pobiegnę w las, gdy mi ciocia zabroni. Przynajmniej nie sam.

Gdy to powiedział, duża dłoń Deadwoolfa zacisnęła się na jego, Kapturek z uśmiechem oparł głowę o ramię swojego przyjaciela.

***

Powiadają też, że kiedyś, gdy Pajęczy Kapturek znowu niósł Dziadkowi wypieki, zagadnął go inny wilk i próbował go sprowadzić z drogi. Nim jednak Pajęczy Kapturek spróbował mieć się jednak na baczności i pójść prosto do Dziadka, inny Wilk został rozpłatany na pół przed Deadwoolfa, który uśmiechnął się do chłopca, ruszając z nim po ścieżce i pilnując, by jego Kapturek nie zszedł już nigdy z drogi.

- Myślisz, że Dziadkowi dobrze się mieszka z Myśliwym? – zapytał zafrasowany Kapturek. Bardzo polubił pana Starka, ale nie chciał, żeby jego Dziadka spotkało cokolwiek złego.

- Oczywiście, Kapturku – odrzekł wilk, łapiąc chłopca za dłoń i odciągając od pobocza, które zaczęło go zbyt interesować.

- Woolf?

- Tak?

- Dlaczego w ogóle Deadwoolf?

- Bo zwykle waliło ode mnie trupem.

Kapturek spojrzał na niego zdziwiony i powąchał rękę towarzysza. Pokręcił głową ze zdziwieniem.

- Teraz pachniesz ciastkami i domem.

Deadwoolf zaśmiał się.

- A miałbym być Cookiewoolfem? Nie, Kapturku. Zostańmy przy tym co jest.

Pajęczy Kapturek skinął głową i ruszył wesoło do Dziadka, za rękę z Deadwoolfem i nikt więcej nie czynił mu nic złego.

 ***


Kuzynka narysowała ten słodki rysunek na wykładzie i nie mogłam się powstrzymać przed wstawieniem go <3 Dziękuję Ayremi!
Kuzynka narysowała ten słodki rysunek na wykładzie i nie mogłam się powstrzymać przed wstawieniem go <3 Dziękuję Ayremi!

poniedziałek, 15 sierpnia 2016

Ultron Manhattański

Dawno temu, dawno temu, w Nowym Yorku, nad Manhattanem, a jeszcze dokładnie mówiąc w latającej fortecy zwanej Hellicarrierem rządził król Fury. Fury był dobrym władcą i mimo, że rządził mocną ręką, mieszczanie szanowali go, ponieważ dbał o to, aby miasto się rozwijało, a jego mieszkańcy żyli dostatnio. Jego najlepszymi pomocnikami był jego zaufany doradca, kasztelan Coulson i Maria Hill, którzy zajmowali się przede wszystkimi sprawami militarnymi, byli geniuszami strategicznymi. Król Fury miał też przybraną córkę – Nataszę, nadzwyczajnie utalentowanego szpiega, której również pozwalał na pomaganie sobie w rządzeniu Nowym Yorkiem, jednak bez przerwy marzył o tym, żeby wydać ją za mąż. Mimo jego szczerych chęci na horyzoncie nie pojawiał się ani żaden kandydat, a może gdyby nawet przybywali, to Natasza prawdopodobnie wiedziała o tym dużo wcześniej i potrafiła się ich skutecznie pozbyć.

Tak też żyło się względnie spokojnie mieszkańcom Nowego Yorku, aż pewnego razu dało się słyszeć w grodzie pod zamkiem, coraz więcej plotek, że jakaś okropna poczwara grasuje na obrzeżach miasta. Ludzie bali się wypędzać bydło na żyzne łąki wokół East River, co rusz ktoś krzyczał, że zaginęła jego krowa, owca, czy baran. Coś, a może ktoś szerzyło spustoszenie w stadach, ludzie biednieli, bali się nieznanego wroga, który uparł się, aby uprzykrzyć im życie. Niejeden zaczął coraz głośniej skarżyć się na króla, głosów tych było coraz więcej, wreszcie dały się słyszeć również na Manhattanie.

Natasza, która często bywała na manhattańskich targach, żeby zaczerpnąć tam, choć trochę informacji od ludu, a nuż posłyszałaby jakąś plotkę o nadchodzącym zagrożeniu. W dodatku wśród mieszczan żył także jej najlepszy przyjaciel i najbardziej poważany przez nią informatorzy – Clint, który na co dzień parał się grotnictwem. I to właśnie on powiedział Nataszy, że garbarze i kramarki mówią o jakiejś bestii, która pożera zwierzęta, czym wgania prostych ludzi w biedę, a co poniektóre uliczki zaczynają przymierać głodem. Natasza od razu doniosła o tym Królowi Fury'emu, a gdy ten dowiedział się, że coś niedobrego dzieje się na mieście, stwierdził, iż powinien coś z tym zrobić, bo ludzie gotowi jeszcze wzburzyć się przeciwko niemu. Oczywiście Król nie obawiał się buntu, miał zbyt potężne zasoby broni, jednak nie chciał za żadne skarby doprowadzić to konfliktu w jego własnym mieście, więc wziął się do roboty. A że Fury był Królem mądrym, sprawiedliwym i rozsądnym, nakazał Kasztelanowi Coulsonowi posłać do grodu swoich podwładnych, a ci po powrocie do zamku potwierdzili to wszystko, co wcześniej powiedziała Natasza.

Ludzie wyraźnie czegoś się bali, niektórzy uważali, że ten, kto kradnie z pastwisk owce zakrada się do nich od strony zamku. To tym bardziej zadziwiło Króla – sprawa była poważna, więc Fury postanowił wysłać swoją straż w okolice Manhattanu, mieli się ukryć pod wzgórzem, na którym stała spokojnie wieża miejscowego wynalazcy, Howarda Starka, zająć pozycje i mieć oko na wszystko, co się działo wokół. Król polecił im też, żeby baczyli na nawet najmniejszy szmer, szczególnie nad ranem. Jego strażnicy trwali na warcie przez kilka dni, co kilka godzin się zmieniając, ale niczego niepokojącego nie zauważyli.

Wreszcie któregoś dnia, gdy niebo poczęło szarzeć, więc niemal jeszcze w nocy, coś zaczęło szeleścić między drzewami, jakby skradać się, jakby stąpać, a stąpnięcia te stawały się coraz wyraźniejsze i cięższe. Strażnicy królewscy cicho podeszli do miejsca, z którego dochodziły owe dźwięki... i szybko tego pożałowali.

To, co ukazało się przed ich oczami było iście przerażające. Przed sobą zobaczyli wielkie metalowe łapy, a na nich osadzone przysadziste, wielkie cielsko Ultrona Manhattańskiego. W ciemności ledwo mogli dostrzec jego łeb, a jednak doskonale wiedzieli gdzie on się znajduje, ponieważ na wzór swojego dalekiego kuzyna – Smoka Wawelskiego – Ultron wypuszczał z pyska strzelające snopy ognia, Który sprawiał, że nie jednemu z strażników Fury'ego serce prawie wyskoczyło z piersi. Opanowując strach, chyłkiem przemknęli niedaleko strasznego zwierza i szybko, ile sił w nogach pobiegli w kierunku fortecy Króla, aby złożyć raport przed obliczem królewskim.

Król Fury dał im wcześniej pozwolenie na widzenie się z nim o każdej porze dnia i nocy, gdy tylko zobaczą coś, co ich zaniepokoi – teraz i strażnicy, i sam Król wiedzieli doskonale, że mają bardzo trudnego wroga do pokonania. Do tej pory o ultronach słyszeli tylko w opowieściach, a same te opowieści powodowały, że nawet mężnemu rycerzowi nieraz włos z przerażenia jeżył się na głowie... Teraz gad przebrzydły zakradł się tuż przed królewską siedzibę i nic sobie z takiego dostojnego sąsiedztwa nie robiąc, a wręcz przeciwnie. Pozwalał sobie na bezkarne porwania owiec, a także ich późniejsze pożeranie.

Król Fury wraz ze swoimi pomocnikami starał się wymyśleć sposób, jak tu tego Ultrona paskudnego ubić i wtem z Manhattanu, jak grom z jasnego nieba, gruchnęła wiadomość, że potwór począł porywać młodych chłopców i dziewczynki.

Nie pozostawało nic innego - tylko wyzwać smoka na pojedynek! Kto miał to jednak uczynić? Kto mógłby wykazać się taką zuchwałością? Natasza poddała Fury'emu pomysł – Król nań przystał i wysłał wici z informacją do sąsiednich królestw, o czym informował? Zobowiązał się oddać rękę swej córki temu śmiałkowi, który pokona smoka. Natasza nie była tą informacją zbyt ukontentowana, ale dla dobra poddanych postanowiła się poświęcić. 

Do Nowego Yorku coraz tłumniej zaczęli przybywać rycerze, byli wśród nich również synowie królewscy, nikt jednak widząc Ultrona Manhattańskiego nawet nie odważył się ruszyć w jego stronę. Fury zaczął już tracić nadzieję na to, że kiedykolwiek potwór zostanie pokonany, a nie mógł użyć swojej broni w środku miasta, byłoby to zbyt niebezpieczne.

Pewnego dnia do Króla przybył syn miejscowego wynalazcy. Miał on na imię Tony i ogłosił, że stworzył najlepszą na świecie zbroje, przy pomocy, której pokona Ultrona Manhattańskiego. Zamiast o rękę Nataszy poprosił Fury'ego o go wsparcie w jego wynalazkach, żeby nie musiał być już zależny od ojca. Natasza od razu poparła syna Howarda Starka i pomogła mu dostać się niezauważonym, aż pod pieczarę bestii. 

I gdy młody Stark stanął naprzeciwko Ultrona Manhattańskiego, w cudownej czerwono-złotej zbroi, każdemu wydawało się, że zwycięży. Jednak przebiegłemu potworowi udało się przechytrzyć młodego i niedoświadczonego Tony'ego, po czym powalił go pacnięciem łapy i zaciągnął do swojej pieczary.

Nad Nowym Yorkiem, niczym ciemna chmura, zawisło nieszczęście, które wydawało się nie możliwe do rozwiania.

Jednak całej tej sytuacji przyglądał się pewien Szewczyk, który podróżował po całej Ameryce i naprawiał ludziom buty. Z tej też racji ludzie wołali go Szewczykiem Ameryką, mimo, że tak naprawdę nazywał się Stevem. Gdy pojawił się u Fury'ego nikt nie wziął mężczyzny na poważnie, gdyż nie miał on ani zbroi, ani pięknego rumaka, ani kopii rycerskiej, ani szabli, ale wierzył w siebie i swój rozum. I było mu naprawdę szkoda młodego Starka, bo nie mógł on pozostać obojętny na krzywdę kogoś, kto tak dzielnie walczył.

Pomyślał Szewczyk, że nawet Ultron nie może okazać się silniejszy od ludzkiego myślenia. Czas go gonił, pragnął uratować młodego Starka z rąk bestii i sposób na potwora wynalazł.

Zdobył skórę baranią, wypchał ją siarką, postawił na sztucznych nogach, a tak sprytnie to wszystko wykonał, że do złudzenia żywego barana przypominała... Nie trzeba było długo czekać na Ultrona Manhattańskiego, który zwabiony widokiem tłustego barana porwał go i na miejscu zjadł. To był jego koniec – siarka zaczęła bestię parzyć, a w środku miał prawdziwy pożar, raz po raz zionął ogniem, podbiegł w stronę East River.

Pił, pił, pił.

Niektórzy powiadają, że pił tak wodę z rzeki, aż przez siedem lat, aż w końcu nadął się jak balon, był coraz to większy i większy, wreszcie – pękł i tym sposobem Nowy York od siebie uwolnił!

I nastał czas spokoju dla królestwa Fury'ego, który wyprawił w końcu wielką ucztę na cześć Szewczyka, jednak jego już dawno nie było w Nowym Yorku.
 Co się w takim razie stało z naszym bohaterem?

Wiedzcie, że Szewczyk Ameryka stwierdził, iż nie potrzebuje do szczęścia królewny, ani tym bardziej jej ręki, którą Król Fury mu przyobiecał. Natasza została jednak jego przyjaciółką, tak bliską, że Steve był jednym z honorowych gości podczas jej hucznego ślubu z miejscowym grotnikiem – Clintem Bartonem. Za to Szewczyk zakochał się za to w młodym Starku, którego udało mu się uratować tamtego pamiętnego dnia, gdy przechytrzył Ultrona Wawelskiego. Opiekował się nim później przez wiele miesięcy, a gdy Tony wydobrzał, Steve zaczął pomagać mu w jego pracowni, nie porzucając jednak swojego rzemiosła, wciąż naprawiał ludziom buty i szył małe trzewiczki dla dzieci. I tak mijało im ich wspólne życiem minęło wiele szczęśliwych lat, więc w końcu, pewnego dnia Szewczyk Ameryka pojął młodego Starka za męża i żyli razem długo i szczęśliwie.

sobota, 27 września 2014

Bajka o glanach

Była sobie dziewczynka
Co glanów wiązać nie chciała
Tata ładnie ją prosił
Lecz ona nie słuchała

Więc gdy biegła po schodach
sznurówek długich dwie pary
Wiły się wokół niej
niczym rozwiane sztandary

Z glanami żartów nie ma,
więc przydepnęły końce
Sznurówek poskręcanych
Jak dwa zaskrońce

I dziewczynka fiknęła
salto mortale ze schodów
By odwieźć ją do szpitala
było z tuzin powodów

A morał z tego jest krótki
i niektórym znany
Żeby stać twardo na ziemi
Musisz wiązać glany