...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Oneshot. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Oneshot. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 29 grudnia 2016

Zwycięstwo stoi na plecach Poświęcenia.

Kapitan Cassian Andor odmeldowuje się.


Nigdy nie było mu pisane zostać bohaterem Rebelii i Kapitan Cassian Andor był z tym kompletnie pogodzony. W końcu nikt nie przypina złotych medali szpiegowi, którego dłonie już za sześciolatka częściej nurzały się w krwi niż w wodzie. Nikt nie opisuje w książkach morderców, nawet tych dla sprawy, nikt nie postawi pomnika sabotażyście.

Jego oddech był ciężki, a bok boleśnie palił i rwał.

Umierał?

Parsknął śmiechem, po czym zaniósł się kaszlem. Tu, wewnątrz Cytadeli, odgłosy walki były ledwie słyszalne. Tak jakby wojna o Wolność, nie rozgrywała się zaledwie kilkanaście metrów od niego, za grubą, ścianą budowli, która kryła sekrety Imperium przed światem.
 
Jeszcze niedawno pomyślałby, że całkowicie niepotrzebnie, że wszechświat i tak leżał skopany, w kagańcu, kwiląc, błagając o litość, bojąc się własnego cienia. Dopóki nie usłyszał „przemowy" Jyn Erso.

Ogarniała go cisza, przerywana tylko przez nieustające strzały w jego głowie, które nie miały już nigdy go upuścić. Mógł sobie być nazywany przez rebeliantów kapitanem, ale i tak każdej nocy nawiedzały go cienie osób, które zabił własnymi rękoma. Tonął w ich krwi, dusił się, gdy fantomowe palce zaciskały się wokół jego szyi.

A teraz naprawdę umierał.

Przewrócił się na plecy, przed oczami zamajaczyły mu błyskające i mrugające słupy przewodów, układów scalonych oraz plątaniny różnorodnych kabli z zimną, tak bardzo ostateczną stalą. Jak bardzo tanio zabrzmiałoby, gdyby powiedział, że w momencie umierania wolałby patrzyć na gwiazdy? A może zostałby w swoich ostatnich chwilach marzycielem? Który zapragnąwszy umrzeć poetycko – w strugach deszczu – wypowiedziałby na koniec kilka mądrych słów, zapamiętanych na wieki, wykuwanych na łukach, uznanych za myśl złotą i szczególną. Podobno dobrze jest umrzeć młodo, ale Cassian jakoś nie potrafił się z tego ucieszyć, może był dziwakiem? Choć czy miało to teraz jakieś znaczenie? W tym ostatnim momencie, gdy krew niespiesznie opuszczała jego organizm?

Kapitan Cassian Andor odmeldowuje się.

Sabotażysta, szpieg i morderca odchodzi na spoczynek.

Strzały w jego głowie nie cichły, choć usilnie starał się zagłuszyć je jakąś melodią zasłyszaną w jednej z przemytniczych spelunek. Na próżno. Przymknął oczy, był to tytaniczny wysiłek, nawet oddychanie sprawiało mu problem. Zakaszlał ciężko, zastanawiając się ile zajmie mu wyzionięcie ducha. I właśnie wtedy nieprzyjemna myśl zaczęła skrobać go z tyłu głowy.

Ścigano ją.

To było pewne, komandor Krennic ruszył za Jyn i nie zamierzał odpuścić, aż plany Gwiazdy Śmierci nie będą znowu bezpieczne. A córka Erso martwa.

I nawet nie potrafił powiedzieć jak, ale w kilka chwil zebrał się do siadu, po czym dźwignął się na nogi. Było ciężko, ledwo mógł ustać na nogach. Skąd znalazł w sobie siłę, aby powstać? Nie miał zielonego pojęcia. Może Moc była teraz i z nim?

Dziewczyna pojawiła się w jego życiu tak nagle, jak wiele innych przypadkowych osób, z którymi ścieżki Cassiana schodziły się równie szybko, co rozchodziły. Jednak w tym wypadku było inaczej. Jyn sprawiła, że się zmienił. A przede wszystkim dała mu nadzieję.

Więc teraz musiał się pospieszyć.

Z początku powłóczył nogami, ale z chwili na chwilę szedł coraz sprawniej. Szedł, co prawda niezgrabnie, napięty, jak struna, w dłoni ściskał blaster, jednak, wbrew wszelkiej logice, pokonywał kolejne metry. To przecież nie było tak daleko. A ona czekała.

Ten blaster, który rzekomo znalazła. Nie chciał powiedzieć K2-SO, że od razu poznał tą broń, dlatego pozwolił Jyn ją zabrać. I tak znalazłaby się na statku. W końcu wyciągnęła go wprost z jego torby.

I rozkaz, który przyszło mu wykonać. Wciąż nie był pewny czy nie nacisnął spustu właśnie przez nią, czy też odezwało się w nim sumienie. Nie potrafił zabić Galena Erso, gdyż wiedział, że to dobry człowiek, który poświęcił się dla Rebelii – paradoks, zupełnie tak jak Cassian – a może przez myśl, iż trzyma na celowniku ojca Jyn? A może próbował być dżentelmenem, zrobić dobre pierwsze wrażenie i nie zabić jej rodziciela na pierwszej randce?

Musiał się pospieszyć.

Nawet nie zauważył, kiedy wyszedł na zewnątrz. Nie zarejestrował też, że zaczął biec. Naokoło niego toczyła się prawdziwa nawałnica złożona z X-wingów, myśliwców TIE, AT-AT i Y-wingów. Widział majaczącą w oddali windę, więc nawet nie zastanawiał się czy jest bezpieczny. Z resztą, a czy kiedykolwiek był? Nie ma bezpiecznej strefy na wojnie, pas ziemi niczyjej to ściema, strzały mogą dosięgnąć każdego. A jednak walczyli, wylewali krew, którą łapczywie spijał piasek plaży otaczającej Cytadelę. Bo mieli nadzieję. Bo wierzyli, że rzeczywiście nastał ten dzień, kiedy mogą zawalczyć o Wolność. Dzielił ich od niej jeszcze jeden dzień, jeden dzień do Nowego Początku, gdy będą mogli zerwać flagę Imperium powiewającą nad Galaktyką. I każdy będzie sobie królem. Tam przed nimi był Nowy Świat, o który właśnie walczyli. Nowy Świat do wygrania.

W końcu Zwycięstwo stoi na plecach Poświęcenia.

A potem były jej słowa, które sprawiły, że nawet jego serce zabiło szybciej. Szczególnie, gdy usłyszał swoją kwestię, wypowiedzianą jej przejętym, płonącym od zaangażowania głosem.

Rebelia została zbudowana na nadziei.

I gdy zauważył, że Erso nie ma szans, od razu wycofał się by zebrać ludzi. Nie pamiętał teraz słów, których użył, ale w oczach każdego rebelianta, do którego się zwrócił, na sekundę rozpalał się ten sam ogień, który poruszył go do działania. Ogień, który wszczęła Jyn Erso, której kłótnia z przywódcami Rebelii, była niczym snop iskier.

Czy już wtedy wiedział, że w nim spłoną? Pewnie tak.

Dlatego musiał się teraz pospieszyć.

Bo Cassian płonął już, gdy powiedziała mu, iż nie przywykła do ludzi, którzy trzymają jej stronę do końca, nawet kiedy wszystko naokoło się wali. Gdy odpowiedział, tak lekko i prawdziwie: Witaj w domu. Gdy chwilę później zobaczył jej uśmiech. Szczery, prosty, obejmujący całą twarz Jyn, tworząc w jednej chwili esencję nadziei. I po tym uśmiechu zrozumiał, że ona przecież już to wie.

Nie chciała przewodzić im sama. Poprowadzili Rebelię razem. Razem ruszyli po plany, razem, ramię w ramię, przedzierali się przez teren wroga i razem pożegnali K2-SO, jako oddanego, cynicznego towarzysza. I w końcu zdobyli dysk z plikami o kryptonimie „Stardust".

A teraz Cassian się już tylko śpieszy.

Uderzył pięścią w przycisk przywołujący w windę, nie dałby rady wejść po schodach, za szybko tracił krew. Czekał chwilę, drugą, trzecią, po czym prawie zadławił się histerycznym chichotem i zaczął biec. To tylko schody, stawał już przed cięższymi wyzwaniami. Na przykład spojrzenie w lustro.

Strzał nie był czysty, nie zabił Krennica na miejscu, ale czy ma to jakiekolwiek znaczenie, kiedy ona oddychała? Antena Cytadeli nadawała sygnał, a plan Erso stawał się nareszcie prawdą. Odciągnął ją od dogorywającego komandora, nie musieli już sobie brudzić rąk. Czy można uznać misję za wykonaną?

Nie musieli się już nigdzie spieszyć.

I nie będzie pozytywnego zakończenia. Na szczęście nie będzie też miejsca, a raczej czasu, na niedomówienia. Piętro za piętrem, byle jak najdalej od stygnącego już ciała Krennica, oddalali się od anteny, zbliżając się co raz bardziej do pola bitwy. Oparł się na niej, zastanawiając się skąd w jej drobnym ciele tyle siły, żeby go unieść. I mimo, że czuł, jak w zastraszającym tempie, wraz z jego krwią, opuszcza go życie, starał się przyciągnąć ją bliżej, tak jakby to mogło jeszcze coś zmienić.

Skąd w Tobie tyle siły Jyn Erso?

Jakim cudem jeszcze go niosła? Jak to możliwe, że jeszcze oddycha? Dlaczego poświęcała swoje ostatnie chwilę, żeby prowadzić go bokiem do tych wszystkich zmasakrowanych ciał? Dlatego, że rozpoznała w nich jego przyjaciół, towarzyszy broni?

Nogi łamały się pod nimi niczym spróchniałe drewno, paradoksalnie do ich wiary w to, że im się udało.

A potem był już tylko promień.

Wykrakał z tym brakiem szczęśliwego zakończenia.

Padli na kolana, bez sił, żeby iść dalej. Patrzyli jak fala uderzeniowa zabiera ze sobą kolejne życia, leniwie sunąc w ich kierunku.

Ojciec byłby z Ciebie dumny Jyn.

Chciał tylko, żeby się nie bała, żeby nie myślała o tym czy będzie boleć. Pragnął, żeby uwierzyła w Moc i żeby ta Moc pozwoliła jej spokojnie odejść.

Może nie żył jak bohater, może nie był nim ani razu w całym swoim życiu.

Jednak teraz trzymając ją w ramionach, wiedząc, że nadchodzi ich ostatnia chwila, słysząc śmierci śmiech i jej chłodny oddech na karku, kościste dłonie, zaciskające się wokół ich szyj, mógł odejść naprawdę spokojnie.

Jeszcze chwila Jyn. Zaraz zobaczymy się z Twoim ojcem.

Wraz z falą strzały w jego głowie nareszcie ucichły.

Kapitan Cassian Andor odmeldowuje się.

Powodzenia Rebelio.

Niech Moc będzie i z Wami.

niedziela, 14 sierpnia 2016

My heart is beating - but I'm not breathing.


To go okrążyło, zagoniło w kąt i przemieniło w czołgającą się, okaleczoną parodię samego siebie. Nawet jeśli przedtem w jego głowie roiła mu się wizja, w której wszystko się układa, jeśli miał jakiekolwiek marzenia czy nadzieje, to teraz wszystko to zginęło. Zaskowytało nieludzko przed wydaniem ostatniego tchnienia i wyzionęło ducha. A on został sam, pusty, niczym opuszczona skorupa, którą desperacko próbował się czymś wypełnić. Czymkolwiek.

Dlaczego kiedykolwiek wydawało mu się, że to się może udać? Jakim cudem, w jego głowie, człowiek bez wspomnień mógł pasować do osoby, która zapisał się na kartach historii, jako wzór prawości? Może i kiedyś coś ich łączyło, ale czas rozszarpał wspólne więzi, a los sprawił, że oboje przestali być sobą.

Ale on musiał być przecież pieprzonym idiotą, inaczej nie był by sobą. Musiał mieć nadzieję, bo koniec końców, to właśnie ten czynnik od zawsze go charakteryzował. Bez niej zostałby pożarty przez rdzę zapomnienia, która z dnia na dzień coraz bardziej wżerała się w jego świadomość. Była jego jedyną osłoną przed szaleństwem, ostatnią szansą. I za każdym razem gdy próbował, gdy wierzył, ciemność tylko na niego czyhała, dając mu złudne poczucie bezpieczeństwa, szczerząc kły. Bo przecież ona wiedziała. Oboje wiedzieli, w końcu byli nierozerwalni, mimo, że on sam starał się tak bardzo ją z siebie wyprzeć. Uwierzył w całej swojej naiwności, że chłód kriokomory, który niegdyś odebrał mu wszystko co miał, tym razem uchroni go od osunięcia się w ramiona szaleństwa. A przede wszystkim uchroni jego.

Nie wiedział czy jakakolwiek cząstka jego świadomości pozostała przytomna, gdy zimno okryło dziurawym płaszczem bezpieczeństwa. Może był to sen, może urojenia, może strzępy wspomnień, jednak cały czas czuł jego obecność. W ciemności śpiączki, jego głos był drogowskazem, jego dłoń celem, a śmiech światełkiem w tunelu. Wiedział, że jest obok, czuwa, czeka.

Więc z upragnieniem wypatrywał dnia, w którym go wyleczą, gdy będzie mógł do niego wrócić, bez strachu, że zrobi mu krzywdę. I trwało to do momentu, gdy rzeczywiście go obudzili.

Powitały go obce twarze, powitały go chłodne raporty.

Ale jego nigdzie nie było. Co przecież nie mogło oznaczać nic dobrego. Bez niego komora nagle wydała mu się ciepłym i przytulnym miejscem. Świat momentalnie został skuty lodowymi łańcuchami, zatryumfowała zima, śmiejąc się z jego drobnych nadziei. Był z nią nierozłączny, niemal tak samo mocno, jak z ciemnością.

Bo w końcu definiowała go ciemność, zima i śmierć.

A on chciał wierzyć, że jest w nim też, choć cząstka nadziei. Którą był przecież on. Wystarczyłaby drobinka, żeby nie zamarznąć, nie błąkać się po omacku i nie dać się zabić. Tą iskierką zawsze był on. Więc wierzył i miał nadzieję, bo zima, mimo bycia jego najgorszym wrogiem, wyuczyła go też cierpliwości.

Gdy nie wrócił - zaczął o niego pytać.
Gdy nie otrzymał odpowiedzi - zaczął go szukać.
Gdy nie mógł go odnaleźć - postanowił, że się nie podda.

Nie mógł i najzwyczajniej na świecie się zawziął.

Bo nie mógł przecież zostawić osoby, która oddała dla niego wszystko. Wiedział ile go to kosztowało, cały czas uważając, że cena była za wysoka. A jednak on wybrał właśnie jego, więc nie mógłby się teraz poddać, musiał go odnaleźć.

Nie odpuścił, bo poszedłby za nim wszędzie.
Nie odpuścił, bo on był jedyną osobą, dla której chciał żyć.
Nie odpuścił, bo nie istniała linia, której by dla niego nie przekroczył.

Nie zrozumiał jedynie tego, że nie tylko on siebie zatracił, gubiąc własny sens. Nie dostrzegł tego, bo za bardzo go szanował. Bo gdy on wskazywał kierunek, w którym powinni ruszyć, był tylko w stanie patrzeć na jego dłoń. Bo prawdziwie podziwiał tą jego szaloną mieszankę dobroci, heroizmu i skromności. Bo kochał go niezależnie od tego czy był małym chłopcem z Brooklynu, czy bohaterem milionów ludzi. Nigdy nie bał się też nieodwzajemnionego uczucia, wystarczało mu być obok, wspierać, chronić.

I nigdy nie pomyślałby, iż jego największym strachem okaże się być przeczucie, że on też może go pokochać. Zimowego Żołnierza, Pięść HYDRY. Bał się tej myśli i jak się okazało słusznie. To nie miało prawa bytu, tylko by ich krzywdziło, a szczególnie jego, na co przecież Barnes nie mógł pozwolić. A jednak Steve, będąc po prostu sobą, nie zważał na żadne zasady, najzwyczajniej w świecie to zrobił.

A Bucky nie potrafił odpuścić, wiedziony przez nadzieję, którą dał mu on.

Więc szukał i dopiął swego, choć gdy to zrobił, momentalnie stwierdził, że wolałby wrócić w łapy HYDRY, jeśli mogłoby to cofnąć czas. Nic nie mogło mu już pomóc, nic nie mogło zapełnić pustki. Chciał to odkręcić, gdy się nie udało - zapragnął zemsty. Gdy dorwał się w końcu do papierów dokumentujących śmierć Nadziei Ameryki, przyczyna śmierci sprawiła, że zapomniał jak oddychać.
Steve by nie odpuścił, bo poszedłby za Bucky'm wszędzie - jednak nie mógł towarzyszyć mu w jego hibernacji.
 
Steve by nie odpuścił, bo Bucky był jedyną osobą, dla której chciał żyć - jednak nie potrafił odkręcić tego, co HYDRA zrobiła z najważniejszą dla niego osobą.
 
Steve by nie odpuścił, bo nie istniała linia, której by dla Bucky'ego nie przekroczył - a jednak pozostał całkiem sam, bezsilny, bez nadziei na to, że kiedykolwiek uda mu się odzyskać Bucky'ego z powrotem.

Bez nadziei.

A może właśnie z nią? Może nadzieja okazała się brzytwą, która postanowiła odciąć palce każdemu kto w nią uwierzy? Bo przecież przekleństwem Steve'a było stwierdzenie, że odwzajemnienie uczuć, którymi przez tyle lat darzył go Barnes, może wyjść im na dobre.

środa, 1 czerwca 2016

Przy­jaźń - osłaniać innych na­wet kosztem siebie.

Gdy Steve nie był jeszcze Kapitanem Ameryką, tylko małym, chuderlawym dzieciakiem z Brooklynu, rozumiał Bucky'ego bez słów i nie musiał go nigdy o nic pytać. Wystarczyło, żeby spojrzał i już wiedział, jak jego przyjaciel się czuje; gdy zajrzał mu w oczy, czytał z nich jak z otwartej księgi, odgadując o czym Bucky myśli. Czasem wydawało mu się, że rozmawiają ze sobą, bo lubią się poprzekomarzać, przezywać  nawzajem, wytknąć sobie głupotę, no i po prostu usłyszeć swój głos.

Gdy udało mu się odbić Bucky'ego zza frontu, chciał zadać z dziesiątki pytań. A wszystkie wyparowały, gdy jego przyjaciel spojrzał na niego tymi zielonymi oczami, które idealnie odbijały jego myśli. Kilka sekund i Steve już wszystko wiedział.

Gdy Steve po raz pierwszy ujrzał Bucky'ego, jako Zimowego Żołnierza, chciał zapytać go o setki rzeczy, ale nie mógł, sytuacja na to nie pozwoliła. I mimo, że w jego głowie kłębiło się od pytań „jak?", „dlaczego?", „kto?", to mógł tylko blokować ataki, próbując wyczytać odpowiedzi z zupełnie pustych, zimnych oczu. Bez skutku. Choć nie zdał sobie z tego od razu sprawy, zbiło go to z tropu, kompletnie zacierając zdrowy osąd i trzeźwe myślenie. Skupił się na chaotycznej próbie znalezienia jakiegokolwiek strzępu nici porozumienia, która zawsze ich łączyła. Bez skutku.

Gdy Bucky wrócił do poczytalności, Steve chciał go zapytać o tysiąc rzeczy, ale panicznie bał się odpowiedzi. Szykował się do tego, wiele razy próbując zacząć temat, na końcu zawsze tchórząc. Nie umiał się zdecydować czy bardziej przeraża go to co usłyszy, czy to, jak zareaguje Bucky. Chciał zadąć serię pytań i gdy układał w głowie listę, każde wydawało mu się bardzo bolesne dla jego przyjaciela, starał się więc wymyślić coś lżejszego. Nie banalnego, nie mógł go przecież zapytać o żadną z przyziemnych rzeczy, bo jaką z takowych mógłby się zajmować Winter Soldier? Tylko Steve dostał tę cudowną możliwość, żeby po przebudzeniu się, zacząć nadrabiać wszystko co zostało stworzone na świecie przez te siedemdziesiąt lat. To on mógł zrobić sobie listę z rzeczami, które chciał odwiedzić, obejrzeć, spróbować. Bucky mógł co najwyżej zapisywać kolejne osoby, które poniosły śmierć z jego ręki. Steve chciał zapytać o Hydrę, o szkolenie, o to czy pamiętał cokolwiek zarówno sprzed, jak i z samego bycia Winter Soldierem. Potrzebował też wiedzieć co mu się śni po nocach, kiedy to zrywał się z wrzaskiem, szukając po omacku broni, a potem kuląc się na łóżku, powolnymi ruchami drapiąc czerwoną gwiazdę na jego ramieniu, rozcinając sobie przy tym palce. Steve chciał wiedzieć, bo miał lichą nadzieję, że może wtedy jakoś mu pomoże. Jednak żadne z powyższych pytań nie przechodziło mu przez gardło i dlatego też zaczął od czegoś, co było jego własną traumą.

Gdy nadarzyła się okazja, Steve zapytał go czy pamiętał swój upadek. Bucky zmarszczył czoło, próbując odkopać wspomnienie spod setek elektrowstrząsów, które porozrzucały migawki pozostałości jego dawnego życia w każdy zakamarek jego umysłu, przysypując gruzem zapomnienia. Trwało to o wiele krócej niż Steve się spodziewał, a sam Bucky odpowiedział całkiem spokojnie, patrząc mu w oczy, w których powoli pojawiała się iskierka życia.

Gdy Bucky dał mu odpowiedź na jego pierwsze pytanie, Steve obiecał sobie, że już nigdy więcej nie będzie go pytał o Winter Soldiera, wiedząc też, że zwyczajnie nie starczy mu odwagi. Ponieważ kiedy Bucky mu odpowiedział, Steve zapłakał, zdecydowanie bardziej niż wtedy, gdy go stracił, nie mówiąc już o tym, kiedy pierwszy raz go pobili. Nigdy już nie próbował pytać, nie po tym, jak po słowach „Boże, dziękuję, że to ja, a nie on.", został rozbity na małe kawałeczki.

wtorek, 15 marca 2016

Kolorowe plastry.

Gdy Peter Parker stanął przed gmachem swojej nowej szkoły, właśnie rozbrzmiewał dzwonek na pierwszą lekcję. Był trochę przestraszony nagłą zmianą, ale po przeprowadzce do wujostwa nie miał możliwości, żeby kontynuować naukę w poprzedniej placówce. Oczywiście mógł wybrać internat, ale nic go nie trzymało w starej szkole na Bronxie.

Spojrzał ostatni raz na wujka Bena, który uśmiechnął się do niego ciepło, a gdy ujrzał przerażoną minkę Petera ukucnął przy chłopcu i położył mu dłoń na ramieniu.

- Dasz sobie radę Peter. Pamiętaj, że nauka to wielka moc. A wiesz, co się z nią wiążę?

- Z wielką mocą wiąże się wielka odpowiedzialność – wyrecytował chłopiec wlepiając wielkie, brązowe oczy w swojego wujka. Ten w odpowiedzi poczochrał go po głowie.

- No, leć już. Bo jeszcze spóźnisz się na pierwszą lekcję.

Chłopiec uśmiechnął się szeroko i pobiegł w kierunku placówki, gdzie już czekała na niego nauczycielka. Po krótkiej formalności, zaprowadziła go pod jego nową salę.

~*~

- Chciałabym, żebyście przywitali nowego ucznia, nazywa się Peter Parker i od dziś będzie chodził z wami do jednej klasy – kobieta, która była jego dyrektorką, odchrząknęła znacząco patrząc na nauczycielkę. Ta od razu zreflektowała się mówiąc:

- Peter, może opowiesz nam coś o sobie?

Chłopiec rozejrzał się po pomieszczeniu, miał liczną klasę i czuł się trochę nieswojo. Nigdy nie należał do szczególnie lubianych osób, wręcz przeciwnie, uważano go za dziwaka ciągle siedzącego z nosem w książkach. Peter chciał, żeby ludzie go lubili, akceptowali, choć najbardziej pragnął mieć przyjaciela. Nagle przypomniał sobie motywacyjne słowa wujka Bena i od razu bardziej się wyprostował.

- Nazywam się Peter, lubię grać w gry i czytać komiksy. Z przedmiotów szkolnych najbardziej lubię chemię i fizykę. No i mam w domu dwa pająki.

- O matko... Co za nerd... - mruknął jakiś blondyn bazgrzący wściekle w zeszycie. Kątem oka Peter ujrzał płonący dom. Kilka osób zachichotało, co zmroziło Peterowi krew w żyłach. Spuścił głowę wbijając wzrok w czubki swoich trampek. Nieprzyjemną ciszę przerwał wysoki głos nauczycielki:

- Chciałabym, żebyś usiadł z Wadem – mówiąc to nauczycielka wskazała na sam koniec klasy. Po sali przetoczył się nieprzyjemny, złośliwy chichot, co bardzo zdziwiło Petera. Ruszył do chłopca siedzącego z nogami na ławce, który wyglądał... co najmniej dziwnie.

- Nie nazywam się Wade! Jestem...

- Tak, tak, wiemy – warknął jakiś dzieciak.

- Ale kogo to obchodzi? – zaśmiał się drugi. Chłopiec zerwał się z ławki, Peter nie widział jego wyrazu twarzy, była schowana pod czerwono-czarną maską. Wade podwinął rękawy swojej bluzy, całe przedramiona pokryte były większymi i mniejszymi zadrapaniami i zacisnął drobne dłonie w piąstki.

- Mnie obchodzi – Peter uśmiechnął się do zamaskowanego chłopca, a następnie usiadł w ławce, wyciągając książki i przybory szkolne. Od razu zauważył, że po stronie Wade'a znajdował się tylko wystrzępiony zeszyt pełen różnokolorowych obrazków. No dobra, aż trzykolorowych. Jego nowy kolega najwidoczniej miał tylko czarną, zieloną i pomarańczową kredkę – Kto to jest? – zapytał, gdy Wade po chwili zupełnego szoku w końcu zajął miejsce obok niego, uprzednio posyłając w kierunku dwóch zaczepiających go dzieciaków całkiem soczystą wiązankę wyzwisk, za co dostał burę od wychowawczyni. Chłopiec przekrzywił głowę, niczym kot i wydał z siebie prychnięcie.

- Jak możesz nie wiedzieć? Przecież to Kapitan Ameryka.

Peter przyjrzał się obrazkowi jeszcze raz, składał się on z kilku gniewnie postawionych kresek i paru nierównych kółek.

- Od kiedy Kapitan Ameryka ma pomarańczowo-zielony strój?

Wade nadmuchał policzki, było to widoczne nawet pod maską.

- Zero wyobraźni! Popatrz jeszcze raz, jest ta jak ma być!

Peter spojrzał jeszcze raz na obrazek. Stój wciąż pozostawał zielono-pomarańczowy.

- Nic się nie zmieniło.

Wade już otwierał usta, żeby coś mu powiedzieć, ale umilkł, gdy Peter dodał:

- Ale taki też mi się podoba. I Kapitanowi też by się spodobało, jestem pewien! – uśmiechnął się do dziwnego chłopca i odwrócił się do tablicy zaczynając notować słowa nauczycielki.

~*~

- Peteeey... - Wade położył się na jego ramieniu umożliwiając młodemu Parkerowi jakiekolwiek notowanie – Nudzę się.

- Nie nazywaj mnie tak – syknął Peter odsuwając kolegę z ławki i wracając do pisania. Wade burknął coś obrażony i wyłożył się na blacie. Chłopiec spojrzał na niego odkładając pióro na bok.

- Powiesz mi jak się nazywasz?

Wade uniósł głowę i spojrzał na niego zdziwiony.

-Deadpool, jestem Kapitan Deadpool.

- Kapitan? - Peter parsknął śmiechem, ale przestał, gdy jego kolega z ławki zesztywniał - Nie myślisz, że sam Deadpool brzmi o wiele fajniej?

Wade wbił w niego wzrok, a Peter mógł się założyć, że zobaczył jego uśmiech.

- Naprawdę tak myślisz?

Chłopiec przytaknął, już chciał wrócić do notowania, ale Wade, a raczej Deadpool zagarnął jego zeszyt i zaczął wesoło bazgrać po wolnej stronie. Kiedy Peter próbował zajrzeć mu przez ramię, został przegoniony wesołym fuknięciem. Po chwili okropnie pokaleczone dłonie zwróciły mu jego własność, Parker od razu chciał otworzyć go na rysunku Deadpoola, ale Wade mruknął:

- Zobaczysz w domu.

Reszta zajęć minęła im na szeptanych rozmowach.

~*~

Do domu wbiegł z wesołym krzykiem.

- I jak? Masz taką fajną nową klasę? - zapytała ciocia May kładąc przed nim talerz z obłędnie pachnącym obiadem.

- Nie - odpowiedział zapominając na chwilę o jedzeniu z zamkniętymi ustami - Ale mam świetnego kolegę! Nazywa się Wade, choć chce, żeby wołać na niego Deadpool.

Ciocia May uniosła brew, na jej ustach pojawił się lekki uśmiech.

- Jest trochę dziwny i nosi maskę, wiesz ciociu? I ma paskudnie pokaleczone ręce, ale też lubi komiksy! I Kapitana Amerykę! - przerwał na chwilę kończąc obiad - Mogę iść? Odrobię lekcje i pogram troszkę.

- Nie wolisz wyjść na dwór?

- Nie, ciociu.

Ostatnim razem, gdy pojawił się na podwórku dzieci nie przyjęły go zbyt ciepło. Tym bardziej cieszył się z nowej znajomości.

- Idź, idź Peter.

Uśmiechnął się i wbiegł po schodach na górne piętro gdzie znajdował się jego pokój. Wskoczył na łóżko wykładając się pomiędzy wielokolorowymi plakatami z super bohaterami i zaczął buszować w plecaku w poszukiwaniu zeszytu od angielskiego. Rysunek był dokładniejszy niż te, które Peter widział w szkole. Dwóch chłopców, jeden zamaskowany, drugi szeroko uśmiechnięty, w okularach i z pająkiem na koszulce. Petera zdziwił ten symbol, to musiałoby znaczyć, że Wade słuchał jego przedstawiania się. I że wcale nie uznał posiadania pająka za dziwactwo, co automatycznie podniosło chłopca na duchu. Naokoło nich zawieszone w powietrzu zostały pudełka z grami, komiksy, tarcza Kapitana Ameryki i coś, co przypominało Peterowi taco, ale nie był tego pewny. Uśmiechnął się szeroko i ostrożnie wyrwał rysunek wieszając go sobie nad łóżkiem. W tym momencie Peter po raz pierwszy od śmierci rodziców czuł się naprawdę szczęśliwy.

~*~

- Deadpool!

Zamaskowany chłopiec podniósł głowę znad gameboya. Do lekcji zostało jeszcze kilka minut, więc Peter od razu dosiadł się do nowego kolegi. Patrzył z przejęciem na Charizarda, który właśnie rozgramiał wszystkich przeciwników, którzy stanęli na drodze postaci Wade'a. W pewnym momencie Deadpool zapisał grę i spojrzał na Petera z lekkim uśmiechem malującym się pod maską.

- Widziałeś obrazek?

- Tak! Nawet powiesiłem go sobie na ścianie. Może wpadniesz dzisiaj po szkole, to go zobaczysz? Możemy też pograć w gry albo coś.

Uśmiech zniknął z ust Wade'a.

- Wiesz, nie mogę dziś. Może, kiedy indziej?

Peter przytaknął próbując nie okazać smutku.

- Mam coś dla Ciebie – powiedział za to i wyjął z plecaka podarunek od cioci May. Było to pudełko różnokolorowych plastrów z postaciami z bajek. Peter chwycił ramię Wade'a położył je na swoich kolanach, podwinął rękaw czerwonej bluzy kolegi i zaczął pokrywać co większe skaleczenia plastrami. To samo zrobił z drugą ręką. Gdy skończył uśmiechnął się szeroko zadowolony z własnej roboty. Chciał opuścić rękawy, ale Deadpool go powstrzymał.

- Są fajne. Niech zostaną na wierzchu – odwrócił głowę w kierunku ściany i wydukał – Dziękuję.

- To wszystkie?

Wade spojrzał na niego zdziwiony, a potem zachichotał. Podniósł bluzę wyżej ukazując mu posiniaczony i również pokaleczony brzuch. Peter, aż wciągnął powietrze.

- Skąd to masz?

- Nie dogaduję się z ojcem. Dlatego nie mogę dzisiaj przyjść. Ale naprawdę, dzięki, że o mnie pomyślałeś.

- Jutro ich przyniosę więcej!

Deadpool zaśmiał się cicho i objął Petera ramieniem. Siedzieli tak rozmawiając, aż do dzwonka.

~*~

I tak mijały kolejne dni, tygodnie. Peter i Wade stali się prawie nierozłączni. Wszędzie chodzili razem, po pewnym czasie Deadpool w końcu odwiedził dom Petera, a po pewnym czasie nie opuszczał żadnego obiadu. Od razu polubił się z ciocią May, często, gdy Peter odrabiał lekcje pomagał jej w przygotowywaniu jedzenia, zawsze powtarzał, że lubi gotować. Jedyne, co martwiło małego Parkera, to wciąż rosnąca ilość ranek na ciele Deapoola, o których uparcie nie chciał mówić, więc Peter w milczeniu zakrywał je kolorowymi plasterkami. Był to już swego rodzaju zwyczaj.
Któregoś razu poprosił, żeby został u niego w domu na noc. Z tego, co udało mu się wydusić z Wade'a, to mieszkał dalej od szkoły niż Peter, a jemu nie uśmiechało się, żeby Deadpool codziennie wracał późnym wieczorem do domu. Często odprowadzał go z wujkiem Benem, ale zawsze do pewnego momentu, potem Wade grzecznie dziękował i wbiegał w jakąś uliczkę. Po bardzo długich namowach Deadpool się zgodził. Peter specjalnie na ten wieczór przygotował masę popcornu i wypożyczył starą sagę Gwiezdnych Wojen. Wade kompletnie nie trawił najnowszych filmów, zawsze denerwował się, gdy widział Jar Jar Binksa, przeklinając projekt tej postaci. Ciocia May upiekła nawet ich ulubione ciasteczka, a wujek Ben wracając z pracy kupił im kilka taco, mając w pamięci, że Wade uwielbia meksykańskie jedzenie. Gdy Deadpool przyszedł Peter rzucił mu się na szyję, o mało co nie łamiąc mu karku. Cały wieczór grali na zmianę w Zeldę i oglądali filmy. Dopiero, gdy zrobiło się późno Wade wyraźnie się spiął.

- Coś się stało?

- Nie zapytałem ojca czy mogę tu zostać.

Peter spojrzał na niego zszokowany.

- Ale dlaczego?

- I tak by mi nie pozwolił, woli, żebym, co noc był w domu, żeby robić mi to – warknął Wade wskazując palcem na kolorowe plastry lub raczej to, co znajdowało się pod nimi. Peter poczuł, że ogarnia go złość i choć nie znał ojca Deadpoola, to już wiedział, że nienawidzi gościa. Przytulił mocno przyjaciela, po chwili dodając:

- Zostań tutaj, jeśli chcesz. Ciocia z wujkiem na pewno się ucieszą. I ja się ucieszę.

Wade zerknął na niego zdziwiony, Peter coraz lepiej czytał emocje z zamaskowanej twarzy, choć mogło się to wydawać niemożliwe. Jednak zarówno uśmiech, jak i zmarszczone brwi czy szeroko otwarta buzia odznaczały się pod materiałem maski.

- Nie mogę Petey. Już dziś mam wyrzuty sumienia, bo zostawiłem mamę samą. Powiedziała mi, że rozumie, no i jest bardzo szczęśliwa, że poznałem kogoś takiego jak ty.

Peter siedział zszokowany, Wade nigdy nie mówił o swoich rodzicach, poza tym jednym razem, gdy pierwszy raz przyniósł plastry.

- Poza tym. Naprawdę chciałbyś trzymać w domu kogoś takiego jak ja?

- Jasne, że tak.

- Nawet, jeśli będziesz wiedział, jak wyglądam.

Peter pokiwał głową, na znak potwierdzenia. Wade był przyjacielem, a wujek Ben zawsze powtarzał, że przyjaciół nie opuszcza się z głupich powodów. Deadpool zaśmiał się cicho i dotknął swojej maski.

- Obiecujesz, że nie będziesz się śmiał?

- Obiecuję.

Wade zdjął czerwono-czarny materiał i uśmiechnął się Petera. Jego twarz była pokryta paskudnymi bliznami, wyglądało to tak jakby ktoś czymś go przypalił, nie zabrakło też zupełnie świeżych sińców i skaleczeń. Peter delikatnie dotknął jego policzka patrząc przerażony na te wszystkie obrażenia. Spojrzał w wesołe czekoladowe oczy, pogłaskał brązową czuprynę, mocno przerzedzoną przez rany na głowie.

- Wade... On tak nie może.. Nie ma nawet opcji. Zadzwońmy na policję albo gdzieś...

- I wtedy zupełnie stracę kontakt z matką. Mam to już przekalkulowane Petey. I nie opłaca mi się to. Kocham mamę, a poza tym, jeśli coś z nim zrobią, to mnie stąd zabiorą. Od ciebie. Nie Petey, tak jest całkiem dobrze. Czasem wkurwia się na te plastry, jest zły, że ktoś widział, że ktoś zauważył, jakim jest „cudownym" ojczulkiem, ale one sprawiają, że potrafię się mu jakoś przeciwstawić. Jak będę silniejszy to go pokonam.

Wade uśmiechnął się do niego szeroko i ponownie założył maskę puścił ostatnią część Gwiezdnych Wojen. Objął ramieniem Petera i dodał:

- Wiesz, mam Ciebie i jest dobrze. Czuję się jakbym miał normalną rodzinę, dom. Genialne uczucie.

Peter zapewnił Wade'a, że to się nigdy nie zmieni i wciąż wtulony w ciepłe ciało przyjaciela, skupił się na filmie.

~*~

Przez następne dni Deadpool nie pojawiał się w szkole, co okropnie przybiło Petera. Zamiast skupić się na zajęciach bazgrał po zeszycie i wpatrywał się w puste krzesełko obok siebie. Cholernie się martwił. Tak bardzo, że postanowił sprawdzić, co się dzieje z jego przyjacielem. Po zajęciach poszedł tam gdzie zwykle odprowadzał Wade'a z wujkiem Benem. Było to małe skrzyżowanie dwóch przecznic, do którego przylegał plac zabaw. Idąc tam z odruchu zahaczył o aptekę kupując opakowanie plastrów, co kilka dni dostawał na nie drobne od swojej cioci. Gdy podszedł do placu zabaw, zaczął szukać wśród dzieci, jakiegoś w czerwono-czarnej masce. Zamiast swojego przyjaciela Peter znalazł kłopoty.

- No proszę, proszę.

To byli kolesie z jego klasy, pośród nich stał trochę straszy i o wiele wyższy gość. Nie wyglądali na przyjaźnie nastawionych. Chłopiec zaklął pod nosem, przejął to od Wade'a, choć w dużo mniejszym zakresie i zaczął się powoli wycofywać.

- Wolnego młody.

Starszak złapał go za ramię i pchnął na ziemię. Peter stęknął, spróbował się podnieść, ale mocny kopniak posłał go tam z powrotem. Kątem oka zauważył nadlatujące kopnięcie, spróbował zasłonić twarz, jednak uderzenie nie nastąpiło. Usłyszał za to krzyk, a gdy otworzył oczy ujrzał Wade'a, który właśnie częstował starszaka prawym sierpowym. Nastolatek padł na glebę, po chwili wypluł zęba i zaniósł się przerywanym szlochem.

- Kto następny? – zapytał Deadpool. Dzieciaki od razu się cofnęły. Peter parsknął śmiechem widząc ich przerażone miny. Wade podniósł go z ziemi i otrzepał z pyłu – Jeśli ktoś jeszcze raz zaczepi mojego przyjaciela, to będzie miał do czynienia ze mną, jasne?

Dzieciaki pokiwały głowami, szybko podniosły starszaka z ziemi i zniknęły z ich pola widzenia.

- Co tu robisz? – w głosie Wade'a pojawiła się nutka złości. Peter spuścił głowę zakłopotany.

- Szukałem cię, nie pojawiasz się w szkole od kilku dni. Bałem się, że coś ci się stało.

Deadpool zaśmiał się cicho.

- Jak na razie to ty oberwałeś. Ale nie martw się to mój obowiązek, nie?

- Obowiązek?

- Rycerze ratują księżniczki, co nie? – syknął, gdy oberwał z łokcia od przyjaciela.

- Jesteś niemożliwy – warknął Peter – Przyniosłem ci plastry.

Wade wydał z siebie okrzyk zachwytu i chwycił Petera pod ramię, ciągnąc go w kierunku domu Parkerów. Chłopak nie miał nic przeciwko, w końcu nie dokończyli ostatniej części Gwiezdnych Wojen, a ciocia na pewno czekała na pomocnika w robieniu obiadu.