...

poniedziałek, 6 października 2014

Nie wszyscy są martwi cz.1

Biegnąc prawie potknęła się o drobne ciało, które na wpół rozsmarowane leżało na ziemi. Udało jej się utrzymać równowagę, choć nie obyło się bez zwolnienia tempa biegu i szpetnych wyzwisk adresowanych do trupa. Pech chciał, żeby w tym momencie to przed czym uciekała, złapało ją za ramię i szarpnęło do tyłu. Czuła, jak leci, jak pada ciężko na drogę, jak żwir wbija się w każdy odsłonięty fragment ciała. Nad nią zawisła dziewczyna, która może kiedyś była ładną blondynką, ale teraz była pierdolonym zombie bez połowy twarzy. Mięso, które zaczęło już przechodzić procesy gnilne dyndało wesoło tuż obok opryskanych posoką zębów. Szlag. Żywy trup rozwiera szczęki niczym rasowy krokodyl. Robi to nienaturalnie, zbyt mocno, przez co kącik ust kończy się gdzieś koło ucha. Potwór dyszy, a dziewczyna patrzy jak jej język zaczyna się powoli odrywać. Nim spadnie na jej twarz z pewnością będzie już martwa.

Nie, tępa dzido. Nie ma mowy. Nie dzisiaj.

Zombie rzuca się do szyi swojej ofiary, ale w tym momencie jest tam już tylko ręką zaciśnięta w pięść. Głowa żywego trupa odskoczyła w tył po całkiem nieźle wyprowadzonym, jak na pozycję leżącą, prawym sierpowym. Dziewczyna wyturlała się spod napastnika do siadu z zamiarem skopania zombiaka nim ten się podniesie, ale nie zdążyła. Gdy tylko potwór zaczął się poruszać, ktoś odrąbał mu głowę zardzewiałą łopatą. Nie było to czyste cięcie. Osobie, która co rusz uderzała narzędziem w szyję, by oddzielić głowę od ciała potrzebne było aż sześć uderzeń. Następnie kopnęła ona głowę jak najdalej i zajęła się kończynami. Dziewczyna wciąż siedziała na ziemi, patrząc z niedowierzaniem na kolesia, który właśnie skrupulatnie ćwiartował jej niedoszłego mordercę.
Przyglądała się jak w ślad głowy lecą ręce i nogi, a na koniec, jakby dla pewności, jej wybawca wbił łopatę w sposób, który miał prawdopodobnie przeciąć rdzeń kręgowy. Gdy skończył, oparł cały swój ciężar na drążku narzędzia i ciężko odetchnął. Następnie spojrzał na nią z szerokim uśmiechem na twarzy umorusanej błotem i krwią. Dziewczynę na ziemi zamurowało.
- Matek?
- Nie, Lena. Jestem świętym mikołajem, nie widzisz tej czerwieni? - zachichotał wyrywając łopatę z mlaskiem z ciała.
- Zwariowałeś, stary. - stęknęła dźwigając się na nogi i otrzepując z kurzu. Znała się z Mateuszem jeszcze z piaskownicy, gdy tylko się zjawił przerażenie zniknęło. Mimo to świadomość, że jej przyjaciel właśnie z zimną  krwią, ba! Ze śmiechem zaszlachtował człowieka, była dla niej lekko niepokojąca.
- Wolałbym usłyszeć jakieś dziękuję za uratowanie życia lub coś w ten deseń.
- Moje uratowałeś, ale jej... - spojrzała wymownie na korpus dziewczyny, z którego wciąż wyciekała na wpół zastygła krew.
- Gówno mnie to obchodzi. - przerwał jej, zarzucając łopatę na ramię i ruszył przed siebie - Chciała cię dziwka skrzywdzić, to teraz ma.
Odwrócił się i spojrzał na dość drobną nastolatkę w bojówkach i wojskowych buciorach z ogromnym plecakiem. Jej bystry wzrok przeszywał go najwyraźniej szukając oznak szaleństwa lub też sarkazmu. Albo oba naraz.
- Będziesz sterczeć jak ten słup czy poszukamy Ci broni?
Lena uśmiechnęła się idąc w jego kierunku. Mateusz nie umiał ukryć ulgi, gdy klepnęła go w plecy i powiedziała:
- To gdzie idziemy? Panie... Robotniku?

Robotnik... Nie morderca.

Ruszył żwawo przed siebie wsłuchując się w rytmiczne stukanie buciorów.
- W ośrodku chyba najbezpieczniejszym, ale i najbardziej obleganym miejscem jest chyba kuchnia. Mają tam jedzenie, ale przy ich logistycznych umiejętnościach, a raczej ich braku niedługo zacznie tam dochodzić do rozwiązań siłowych. Podobno siedzą tam i czekają na ratunek, ale komu się opłaca ratować bandę licealistów na wycieczce szkolnej? Głodne mordy, nawet karabinu nie utrzymają. Pewno już wiesz, że stwierdziłem, iż lepiej będzie się zadekować gdzieś indziej. A ty, Lena? Gdzie w ogóle znikłaś? Myślałem, że cię dorwali.
Dziewczyna uśmiechnęła się łobuzersko, klepiąc ogromny plecak ze stelażem.
- Kiedy jeszcze byliśmy trzymani w głównej sali, wyślizgnęłam się i ruszyłam w kierunku naszych pawilonów z pokojami. Gdy przeszłam przez bandę tych zombie bez szwanku, jakiś dekiel postanowił powtórzyć mój wyczyn. Tylko nie wpadł na to, żeby tak jak ja dreptać w kucki. Pobiegł jak strzała przed siebie, a za nim kilkoro innych dekli. I skończyli pożarci przez swoich kochanych koleżków od sweetfoci.
- A ty? - powiedział, gdy przykucnęli tuż za dużym koszem, czekając, aż trójka skąpo ubranych martwych lasek przejdzie obok. Cała ta dość luźna rozmowa była iście absurdalna, gdy omijali żądnych ich mięsa zombiaków.
- No cóż. Kiedy koledzy odciągnęli uwagę, ja zakradłam się do pawilonu nauczycieli i pokradłam co się dało. W tym oczywiście cały sprzęt instruktorów od strzelania z wiatrówki.
Mateusz spojrzał na nią oszołomiony. Jeżu... zdobyła broń. Ta szczwana bestyjka zdobyła najbardziej potrzebną rzecz. Uśmiech Leny doskonale pokazywał, że wie ile znaczy to, co zrobiła.
- To dlaczego się nie broniłaś wiatrówką? Dlaczego w ogóle to cię goniło?
Dziewczyna spuściła głowę kryjąc rumieniec wstydu.
- Kichnęłam. - szepnęła, czołgając się w kierunku wejścia do pawilonu o numerze 4. Zerkając na przyjaciela zauważyła, że ten powstrzymuje się od parsknięcia śmiechem.
- Nie myślałem, że będę się śmiał podczas apokalipsy.
- A tam... lepsze to niż lekcje chemii.
Przykucnęli przy drzwiach czekając, aż wszystkie zombiaki przejdą obok. Lena czuła się nieswojo. Wszystko było zarazem ostre, jaskrawe, jak na jakimś hiperrealistycznym zdjęciu i zatarte, jakby ktoś nakrył ją kloszem z grubego, brudnego szkła. Wiedziała, że powaga sytuacji jeszcze do niej nie dotarła. Chropowata ściana przypominała igły, które zaraz miały przeciąć jej opuszki, szybki oddech Mateusza znajdującego tuż za nią dudnił w jej uszach niczym tętent kopyt, a zielone drzwi tuż przed jej twarzą za nic nie chciały utrzymać jednolitych konturów. Jeśli zaraz nie wejdą, to się zrzyga.
-  Rusz się do jasnej cholery - syknął jej do ucha.
Złapała za klamkę dwuskrzydłowych drzwi, z których wszyscy szydzili, że bardziej pasują do szpitala, a nie do ośrodka wypoczynkowego i otworzyła je z głośnym skrzypnięciem. Za głośnym. Dużo, dużo za głośnym.

Cholera… Ale ze mnie łajza.

Usłyszała głośny charkot, ale nim się odwróciła Mateusz wepchnął ją do środka. Tym razem udało jej się zachować równowagę i gdy chłopak znalazł się w pomieszczeniu wraz z nią, złapała klamkę wielkich drzwi próbując je zatrzasnąć.
- To jakiś pierdolony żart - sapnął Mateusz, gdy spomiędzy skrzydeł zaczęła wyjawiać się na wpół zmiażdżona ręka - Jak w jakimś pierdolonym horrorze klasy F.
Siłowali się z drzwiami widząc, że trup nie ma zamiaru odpuścić. W szczelinie majaczyła już pokiereszowana morda jakiegoś kolesia. Lena przeczuwała, że zaraz za tym zombiakiem zlecą się następne, więc niewiele myśląc przyładowała potworowi z pięści między oczy. O dziwo, podziałało. Zatrzasnęli drzwi i osunęli się po nich niemal jednocześnie w dół…
- Nie wiem po co ja zabrałam te wiatrówki - wysapała, plując flegmą gdzieś w kąt przedsionka - Nawet jej, kurwa, nie zdążymy użyć nim nas zeżrą.

CDN!
~*~
I tak! Kontynuacja nastąpi na 100%, gdyż mam totalną fazę na to opowiadanie. Napisałam je w dwa dni zarywając nocki i nie mam zamiaru przerywać. W kolejnym, nie boję się tego powiedzieć, rozdziale pojawią się kolejne, średnio zrównoważone postacie, więc serdecznie zapraszam ^^. Na koniec zarzucam Wam jeszcze mój rysunek zupełnie randomowego zombie.

sobota, 27 września 2014

Bajka o glanach

Była sobie dziewczynka
Co glanów wiązać nie chciała
Tata ładnie ją prosił
Lecz ona nie słuchała

Więc gdy biegła po schodach
sznurówek długich dwie pary
Wiły się wokół niej
niczym rozwiane sztandary

Z glanami żartów nie ma,
więc przydepnęły końce
Sznurówek poskręcanych
Jak dwa zaskrońce

I dziewczynka fiknęła
salto mortale ze schodów
By odwieźć ją do szpitala
było z tuzin powodów

A morał z tego jest krótki
i niektórym znany
Żeby stać twardo na ziemi
Musisz wiązać glany

piątek, 26 września 2014

Sen jest dla słabych.

Siedziała przed laptopem wpatrując się w ciąg czarnych literek okraszonych ilustracjami i oczojebnie kolorowymi reklamami. Chude palce obejmowały mocno kolejny kubek kawy. Ten ulubiony, zielony w bordowe, zaćpane króliczki. Dochodziła czwarta, a dziewczyna dawno pożegnała się z wizją snu w ciepłym, miękkim łóżku. Nie obchodziło ją także, że za zaledwie dwie godziny będzie musiała wstać do szkoły. Przecież trudno zasnąć, gdy jest się wciąż obserwowanym.
Na ekranie włączył się wygaszacz, czarnowłosa ocknęła się i dopiła resztkę magicznego, kofeinowego płynu. Odłożyła naczynie gdzieś pomiędzy stróżki z kredek, ołówki i niedokończone szkice.
"Idź kurwa spać..."
Potrzasnęła głową. Jeszcze tylko jeden rysunek. Nie czuła sie śpiąca.Następnie usiadła na nierozłożonej wersalce, owinęła się kocem w bardzo odpowiednim czarnym kolorze, skuliła się wśród zawalonego piramidami z książek, stosami papierów zmiętych w kulki, na wpół dopitymi kubami kawy i szklankami mleka. Zielone oczy wpatrywały się mocno w jeden punkt. Złote ślepia błyszczące w ciemności.

piątek, 12 września 2014

Aniołek.

Siedzę w klasie. Jest matematyka, najnormalniejszy przedmiot. Naokoło mnie siedzą dzieciaki. Wesołe twarzyczki smutne oczka. Patrzę uważniej. Nad każdym z nich wisi cień. Uznacie za szaleństwo czy schizofrenie te skrzydlate postacie nad Wami? Każda jest inna i przedstawia Was. Te anioły są obrzydliwe. Emanują Waszymi przeżyciami. Tak mało szczęścia i dobra. Oglądam anioła o dwóch wybitych zębach, z czego jeden zwisał z jego szczęki na strzępie dziąsła. Zielonkawe skrzydła są wyłamane, prawa noga zmiażdżona prawdopodobnie kołem ciężarówki. Na ustach widnieje zawzięcie i stała czujność. Anioł bez przerwy zaciska i rozluźnia palce spoczywające na rękojeści sztyletu, a gdy nasze spojrzenia krzyżują się stal błyszczy wysunięta do połowy z pochwy. Oczy tego anioła są ciemne i przekrwione, teraz pojawia się w nich również zdziwienie. W końcu niecodziennie spotyka się człowieka, który WIDZI. Po chwili jego wzrok pada na mojego Stróża. I jego twarz staje się biała jak ściany klasy. Przepraszam aniołku. Nie przydzielili mi skrzydlatej cioty. Cinnabar nie bawi się w łuki, kusze, sztylety lub inne pierdółki. W dłoni obraca swój miecz z Czerwonej Połaci. Wojskowe buciory opiera o krzesełko chłopaka przede mną, między palcami owiniętymi paskami wyprawionej skóry wije się mały skrzydlaty wąż. Twarz Cinnabara jest obojętna. Skrzydła z pałąkami z czarnych łusek i onyksowymi piórami delikatnie drgają. Uśmiecham się do aniołka. Jego ciemne oczka biegają pomiędzy mną, a Cinnabarem. Mój stróż zabiera buciory z krzesła i staje przed małym, pokiereszowanym Narielem. Odwracam wzrok ku tablicy, a sekundę później w moich uszach rozbrzmiewa odgłos łamanych kręgów szyjnych. Spoglądam na chłopca, gdy zielonkawe pióro spoczywa już bezpiecznie w mojej kieszeni. Pieprzony sługa Lucka nie dożyje nocy.

piątek, 22 sierpnia 2014

Domowe sushi - co będzie nam potrzebne?

      Już po raz kolejny skusiłam się z kumplami na zrobienie domowego sushi. Jest to strasznie przyjemna
robota i fajny sposób na spędzenie czasu ze znajomymi. Bo w końcu kto na imprezie nie jest głodny? I kto nie ma ochoty na własnoręcznie robione sushi? Jeszcze tylko jakaś Amnesia lub P.T. i żyć nie umierać.
Do sushi będą nam potrzebne takie składniki jak:
  • Ryż- najlepiej żeby był krótkoziarnisty i dobrze się kleił. Polecam szczególnie rodzaj daichi. Kilogram takiego ryżu możemy dostać za 12zł w randomowym sushi shopie.
  • Nori- czyli prasowane arkusze jadalnych glonów. Istnieją różne rodzaje od red, przez silver i gold, po platinum, jednak według mnie różnica między nimi polega głównie na cenie i kolorze(im ciemniejsze wodorosty, tym więcej kosztują). Smak nie różni się jakoś diametralnie. Jako ciekawostkę dodam, że wodorosty są bardzo zdrowe, mają ogromną zawartość minerałów i witamin m.in: A,B,C,E,K. Posiadają też do dziesięciu razy więcej wapnia niż mleko oraz bardzo dużo żelaza i magnezu.
  •  Sos sojowy- z japońskiego zwany Shoyu. W zależności od regionu Azji sos sojowy nabiera różnej konsystencji i smaku. W kuchni chińskiej jest gęsty i słony, indonezyjskiej – rzadki i słodki, japońskiej – bardzo rzadki i słony. My wybieramy ten ostatni, gdyż najlepiej pasuje do naszego sushi.
  • Ocet ryżowy- czyli po japońsku Su. Jest to podstawa zaprawy do ryżu na sushi.
  • Marynowany imbir- inaczej zwany Gari. Pełni rolę „oczyszczacza” kubków smakowych, dzięki czemu cieszymy się dobrym smakiem cały czas. Imbir bardzo poprawia krążenie oraz ułatwia trawienie. Zawiera wapń, magnez, fosfor i potas. Ma też genialne działanie na wszelkie choróbska.
  • Wasabi- czyli chrzan japoński. Bardzo ostra i jednocześnie orzeźwiająca przyprawa. Istnieje w formie pasty, można kupić go też w proszku w rozrobić z wodą.
  •  Warzywa- tu macie pełną dowolność. Ja preferuję ogórki szklarniowe i czerwoną lub żółtą paprykę, ale możecie użyć awokado, tykwy marynowanej, pędów bambusa czy rzodkwi marynowanej.
  • Ryby i owoce morza- ponownie wszystko zależy od waszego gustu. Możecie użyć łososia, makreli, tuńczyka, krewetek, surimi(paluszków krabowych), węgorza czy nawet kalmara i ośmiornicy. Najważniejsza jest jednak świeżość i lepiej jest wybrać mrożoną rybę niż taką, która nie spełnia tego warunku. Warto zacząć id jednego lub dwóch gatunków ryb, a potem wprowadzać kolejne.
  • Smarowidło- najlepszym wyborem będzie wyżej wspomniane wasabi, ale ja polecam również majonez lub pastę awokado.
Jeśli kupujesz rybę pamiętaj, że:
  1. Świeża ryba ma twarde i sprężyste mięso.
  2. Skrzela powinny być jasnoczerwone i wilgotne.
  3. Oczy ryby powinny być wypukłe i jasne, a skóra szczelnie pokryta łuskami i błyszcząca.
  4. Filety z ryby nie powinny się kleić. Brązowe, wysuszone krawędzie są niedopuszczalne, no chyba, że chcesz wylądować na płukaniu żołądka.
Następnym razem będzie o przygotowaniu sushi.

wtorek, 12 sierpnia 2014

Duch Opola

Opole wydaje się spokojne tym, którzy nie znają jego tajemnicy. I w dzień to rzeczywiście miasto zamieszkane przez zwykłych zjadaczy chleba, ludzi zajętych swoimi  codziennymi sprawami . Lecz nocą Opole należy do istot starszych niż Ostrówek, starszych niż dawni bogowie, ba, starszych niż sama Ziemia. Pierwsi mieszkańcy tych terenów, dla których tysiącletnia historia to jedna chwilka,
zbierały się tu od niepamiętnych czasów. I odprawiały swe obrzędy na ostrówku, na górce, na brzegu rzeki w czasach, gdy miejsca te nie miały jeszcze nazwy w ludzkim języku.
Opole jest miejscem obfitującym w uroczyska - miejsca mocy magicznej, zamieszkane przez duchy, strzygi, upiory, zapomnianych bożków śląskich ,polskich i niemieckich. Stwory, które przez większość zostały uznane za nie istniejące.
              Jednak dziś odradza się legenda. Duch Opola zbierze te istoty, by oddać cześć odwiecznej Naturze, mocy, która trzyma je przy życiu. Wszelkie niesnaski dziś zostaną zapomniane, odwieczne spory zażegnane albo przynajmniej odłożone na późniejszy czas. Dzisiaj nastało Velen, jesienne ekwinokcjum,  przesiąknięte magią święto duchów.
***

Księżyc w pełni wisiał nad Opolem. Na osiedlu już dawno zgaszono większość świateł, z rzadka rozchodziły się krzyki pijanych nastolatków. Cmentarz przy niedawno wyremontowanym przedszkolu, zamknięty pod koniec lat siedemdziesiątych, też jeszcze nie zasnął. Siedziało na nim kilka kikimor zlizujących resztki krwi ze swojej ostatniej ofiary, upiór bawiący się czaszką służącą mu za kielich, a nawet mały Polewnik, który przybył z pola specjalnie, żeby pohulać z pobratymcami.
Bo dziś jest Velen.
Z drzewa zleciała sowa, która nim dotknęła ziemi zamieniła się w strzygę. Zebrani powitali ją pomrukami aprobaty. Pośród tych stworzeń siedziała dziewczyna w czarnym ubranianiu, z długimi ciemnymi włosami i z uśmiechem na ustach. Obok niej leżał drzemiący, zwinięty w kłębek kocur, który nagle podniósł się i ospale przeciągnął patrząc na dziewczynę. Nie dziwiła go jej obecność. Był w końcu kotem, zwierzęciem magicznym i dobrze widział, iż tuż przy nim siedzi Duch Opola- Mokosz. I oczywiście jako kot widział jej prawdziwą postać dorosłej kobiety o karmazynowych oczach, prostych, fioletowawych włosach oraz misternych tatuażach na policzkach i wierzchach dłoni. Miała na sobie czarną suknię przygotowaną specjalnie na obrzędy równonocy. Wszyscy czekali na jej znak. Kiedy wreszcie wybiła dwudziesta trzecia obok stworów wylądowały latawce oraz żmije. Czas odwiedzić kolejne uroczyska.
Bo dziś jest Velen.
***
Jeżeli spojrzysz w ich stronę zobaczysz dziewczynę z kotem drepczącym koło nogi. Jesteś w końcu tylko prostym człowiekiem, zatraciłeś magiczną intuicję. Zapewne nie widzisz, ba! Nie możesz dostrzec zgrai duchów i demonów podróżujących z Mokoszem. A teraz pewnie zastanawiasz się nad tym, dlaczego dziewczyna stoi na poręczy Mostu Groszowego. Nie widzisz ożywających kłódek-zmyłek, schodzących z gmachów gargulców, małych błędnych ogników latających wokół uśmiechniętej Mokosz. Zapewniam, iż to piękny widok. Jej ręce gładzą pysk żądnej mordu Kelpie, wyplatają wodorosty i nenufary z grzywy piekielnego rumaka, usta ducha Opola szepczą uspokajające słowa. Po chwili przeradzają się w pieśń, którą podejmują i demony. Tylko, że nie możesz usłyszeć ich niezwykłego śpiewu. Cudownych słów, opowiadających historie martwych już istnień. Wyznawców, którzy odeszli od zjaw i widziadeł. Jest smutna i wesoła zarazem.
Na ziemi widać mokre plamy, ślady odbitych kopyt, łap, stóp oraz łez, a jednak Ty wraz ze swoim skamieniałym sercem ich nie zauważasz. Śpieszysz się gdzieś, nie czujesz lodowatego oddechu Banshee na szyi. Jesteś w końcu prostym człowiekiem, który zapomniał, że dziś jest noc duchów.
Dziś jest Velen.
***
Mokosz usiadła na brzegu Odry przy starym Dębie. Zamyśliła się. Jeszcze nie tak dawno temu Opole było małym grodem z kilkoma rozpadającymi się chałupami. Drzew było tu więcej niż studni, a ludzi mniej niż stworów w jej sforze. Zasmuciła się, gdy przypomniała sobie czasy kultu Natury, hołdy ludzi, ich codzienne błagania i modlitwy. Wspomnienia zniknęły tak szybko, jak się pojawiły. Podczas krótkiego zamyślenia zgraja straszydeł okrążyła ją i drzewo. Stwory wciąż śpiewały, kolejno dołączały się do chóru, pomagając sobie nawzajem utrzymać zawiłą melodię. Do kręgu wciąż dochodzili nowi goście. Nawet drzemiący od wielu set lat olbrzym postanowił przyjść do Mokoszowej sfory. Na jego zarośniętym drzewami karku siedziało kilka skrzatów o złośliwych twarzyczkach. Na jednym z większych konarów przysiadł ogromny czarnopióry kruk. Z wody wyłaniały się twarze rzecznych syren oraz wodników grających na piszczałkach. Jednak najbardziej Mokosz śmiała się, gdy rozpoczęły się tradycyjne tańce wszystkich duchów. Niektóre były zwinne i kocie w swych ruchach ,inne nieporadne i niezgrabne, lecz wszyscy bawili się i cieszyli świętem.
Uroczysty nastrój zastępowały coraz dziksze harce, okrzyki niosły się daleko nad Odrą, zbliżał się mglisty, jesienny świt. Kolejne Velen przemijało. Rankiem po prastarych istotach nie będzie śladu. Może tylko niektórzy mieszkańcy Opola, ci obdarzeni szóstym zmysłem, dostrzegą nikłą emanację magii, jej migotliwe pozostałości unoszące się w nadrzecznym oparze. Może właściciele kotów nie będą mogli nadziwić się steraniu swoich pupili wracających rankiem do ciepłych domów, a niewyspane dzieci, tak wrażliwe na wszystko, co niezwykłe, z większym niż zwykle ociąganiem będą wstawać do szkoły.
Spodziewam się, że nie uwierzyliście w tę historię. W opolskie strzygi,  duchy i wodniki, magię i moc uroczysk. Jednak ten ulotny, zapomniany, a mimo to przeczuwany i stojący tuż za progiem waszej świadomości świat, dla zasiedlających go istot jest równie realny, jak dla dzisiejszych Opolan Ratusz, amfiteatr, a nawet Kinoplex. Kiedyś one też staną się tylko legendą.

poniedziałek, 11 sierpnia 2014

Rune Rebel cz. II

         W ciągu kolejnego roku Talon nie odstąpił generała Du Couteau na więcej niż magiczną odległość siedmiu kroków. Podczas każdego przemówienia, uczty czy nawet spotkania rodzinnego obok ojca Katariny kroczył fioletowy cień. Jednak zarówno dziewczyna, jak i młodsza siostra trzymała się na dystans większy niż osobisty skrytobójca i obrońca pana Zamczyska. Dzieciństwo spędziły pod bacznym okiem nianiek i nauczycieli. W podstawowym wykształceniu dziewczynek znajdował się savoir-vivre, nauka retoryki, poprawnej postawy, czytania oraz podstawy algebry, kaligrafii i historii. Po kilkunastu ucieczkach Katariny z tych, jak zwykła mawiać, „babskich zajęć” opiekunowie zastąpili te zajęcia jazdą konną. Okazało się to strzałem w dziesiątkę. Czasem Katarina uciekała z zajęć, by tylko doskonalić swoje umiejętności jeździeckie.
        Koniuszym i jej nauczycielem jazdy konnej był Caval. Kiedy przyszła do mężczyzny po raz pierwszy spodziewała się długich wywodów na temat delikatnego i ostrożnego obchodzenia się z koniem. Zamiast tego po przekroczeniu progu w jej kierunku poleciała szczotka, a ogorzałe ramię Cavalo wskazało na jabłkowatą klacz.
- Obchodź się z koniem zawsze łagodnie, a jednocześnie stanowczo, gdyż tylko wtedy zwierzę może być posłuszne.
        Dziewczyna chwyciła więc za szczotkę z włosia i żwawo podeszła do klaczy z postanowieniem zaczęcia oporządzenia od ogona. Skończyło się to, jak się później dowiedziała, zupełnie naturalnym ruchem samoobronnym zwierza, które walnęło ją w pierś kopytem. Katarina obudziła się we własnym pokoju z tępym bólem, pulsującym i promieniującym aż po cebulki włosów. Gdy udało jej się unieść ciężkie powieki świat zawirował wpuszczając w siebie po kolei odcienie szarości, brązy, aż w końcu przed twarzą zamigotały zielone tęczówki jej ojca.
- I jak? Obrywanie kopytem jest przyjemniejsze niż wyszywanie obrusów? Wolisz złamane żebro zamiast prostego trzymania głowy?
- Oczywiście, że tak - uśmiechnęła się czując w ustach metaliczny posmak krwi, która osadziła się na zębach w postaci grudek.
- Nawet nie masz pojęcia jak bardzo wdałaś się w matkę.
        Wargi dziewczyny zadrżały. Pani Du Couteau podczas wieloletnich wojen z Demacjańskimi i Iońskimi wojskami wsławiła się jako Lotos Śmierci. Orion była wzorem wszystkich zabójców i nożowników, tajną bronią Noxus, która zamiast mieczy lubowała się w sztyletach czy kordzikach. Jednak nie była dobrą matką. Przez czternaście lat jej życia Katarina widziała rodzicielkę epizodycznie. Orion z wielkim hukiem wjeżdżała do Zamczyska, ojciec wyprawiał wielką ucztę , która trwała zwykle kilka dni, potem matka odpoczywała we własnych pokojach, trenowała w podziemiach i wracała na front.Podczas uczt oklaskiwała cudownie śpiewającą Cassiopeię i chwaliła ją za pięknie wyszyte tkaniny. Nigdy nie uśmiechnęła się w ten sposób do Katariny. Tylko raz, pewnego zimowego poranka, gdy Katarina otulona puchatą kurtką Tardiego łupała z żołnierzami w karty matka pokazała, że wie o jej istnieniu. Siedziała tak jak zawsze, przy stole w strażnicy wraz z Tardim, Zitranem, Dużym Kronem oraz Ditmarem. Zimno ciągnęło im po plecach, a mały kominek w ogóle nie poprawiał sytuacji. Żołnierze popijali grzane wino, które ogrzewało się w ogniu, a Katarina siorbała parujące kakao z wielkiego kufla.
- Wyłóż karty, maleństwo - zacharczał Zitran. Był najstarszy z całej drużyny, według historii innych żołnierzy przeżył dwie próby powieszenia przez Demacjańczyków. Gdy Katarina zapytała mężczyznę, czy jest człowiekiem odpowiedział jej zagadkowym uśmieszkiem.
- Mówisz o mnie czy Dronie? - otuliła się mocniej kurtką z wilczej skóry i pociągnęła z kufla parząc sobie język. Duży Dron, którego udało jej się w końcu przerosnąć, wybałuszył oczy, a następnie ryknął gromkim śmiechem wraz z resztą żołnierzy.
- Nie kręć mi tu nosem panienko, tylko kładź karty. Na trzy. Raz, dwa.. trzy!
Dziewczyna omiotła wzrokiem wysłużony dębowy stół. Jej dama, walet Zitrana, dziesiątka Dużego Krona i trójka Tardiego.
Za grosz talentu do kart…
Oczywistym było, że każdy z nich oszukiwał na tylko sobie znany sposób. Spojrzała na blankiecik Ditmara. Dama kier.
- WOJNA!- powiedzieli równocześnie. W tym momencie poczuła jak na jej głowę spada czyjaś dłoń burząc jej czerwone włosy. Odwróciła się na zydlu z chęcią krzyku, lecz napastnikiem okazała się jej matka.
- Nie wstawać.
Krótki i zwięzły rozkaz. Takie żołnierze lubią najbardziej.
- Jak nazywa się ta gra? - zapytała Ditmara, który był wśród nich najwyższy rangą.
- Wojna, pani.
- Wojna? - Orion zaśmiała się. Znów nie do Katariny, co wywołało mocne i zimne ukłucie bólu. - Tak wam się śpieszy chłopaczki na wojenkę? Umierać się zachciało, czy macie plan zgrywać bohaterów? Na froncie nawet najodważniejszy w słowach jest gówna wart, panowie. Gówna, rozumiecie? A jest to najmniej przydatna rzecz, gdy lecą na was strzały, a obok towarzysze padają sikając krwią na prawo i lewo. Tu nie trzeba odwagi. Potrzebujecie strachu i słabości, bo to je mamy przezwyciężać. Bójcie się śmierci i nie dajcie się zabić. Uczyńcie chęć powrotu do domu, do łóżka, dzieci, żony waszym najostrzejszym orężem. Tylko wtedy będziecie mogli wygrać.
        Zapadła cisza. Katarina wpatrywała się w kobietę, która na te kilka chwil przestała być matką, a stała się cudowną bronią Noxus, wzorem każdego żołnierza. Nagle rysy twarzy pani Du Couteau złagodniały, a zielone oczy przeniosły się na córkę.
- Może zamiast wojny zagracie w oczko? - Orion ruszyła w stronę wyjścia ze strażnicy - Widzę tu jedną osóbkę, która swoimi patrzałkami rozgromi was wszystkich.