...

niedziela, 25 grudnia 2016

My personal temple

Zrobiliśmy sobie z rodzicami świąteczny spacer do lasu.

Trochę o mnie.
Lubię zapach ziemi po deszczu, spacery po lesie, dotyk wody w strumieniu, smak jeżyn, widok wierzchołków drzew, fakturę kory, brzmienie cichego śmiechu i to poczucie bycia naprawdę żywym.

wtorek, 20 grudnia 2016

"Control"

Zalecany soundtrack: Control - Hasley

Wysłali mnie przed siebie, żebym przyniósł im chwałę. Zemsta była dla nich największą wartością i nie zawahaliby się przed niczym, żeby jej dokonać. Jestem ich bronią, ich ulubionym narzędziem. Zajęli moje ciało, dom dla mojej duszy.

I ona wciąż w nim jest, wyje samotna, karłowata, powalona na klęczki. Dom który żyje cieniami i potworami, gdzie korytarze niosły echo moich krzyków, ale przecież nikt nie mógł ich usłyszeć. To tylko bezgłośne błagania, które zdzierają mi gardło.

Nagle siedzę w środku siebie i jestem tak cholernie przerażony. Wiem, że po mnie idą, wiem, że nie mam żadnych szans. Tak bardzo nie chcę im oddać siebie, więc chowam ostatnie odłamki gdzieś w najciemniejszych zakamarkach. Już nie wiem czy to oni mnie niszczą, czy to ja sam.

To na pewno ich maszyny? To tylko ich słowa? Czy przypadkiem mój umysł nie zaczął żerować na mojej świadomości niczym pasożyt? Nie wiem co gorsze - myśl, że to śmiertelna choroba czy też ta, w której cały czas jestem za sterami.

Czy jestem potężniejszy niż moje ciało?
Czy prześcignę jego chłód?
Czy będę gorszy od moich własnych demonów?

Echo strzałów cichnie, nagle wszyscy naokoło płaczą, są tak bardzo zlęknieni, tak samo bezradni jak ja. Słyszę ich błagania, chcą żebym przestał, ich przerażenie wibruje w powietrzu. Naprawdę nie potrafię tego powstrzymać. Ale czy na pewno chcę? Nie wiem już kto jest za sterami mnie samego.

Rzeczywiście powinniście się mnie bać. Nie krzycz, nie płacz, to tylko trochę krwi. A może ty odpowiesz mi na pytanie: Kto ma nade mną kontrolę?

Słyszę echo swoich kroków – w moim własnym wnętrzu. To okropna pustka, wszystkie pomieszczenia są już wymarłe. Chciałbym się przestraszyć, poczuć cokolwiek. Korytarze są opustoszałe, drzwi znikają, na ścianach wiszą tylko lustra. Nie chcę ich, nie poznaję siebie. Kim byłem? Kim jestem? Czy jeszcze w ogóle jestem? Wewnątrz mnie istnieje ktoś jeszcze i tak cholernie go nienawidzę.

Obawiam się, że nie wiem, która twarz odbija się w taflach luster, nie umiem jej rozpoznać. Jest zamazana, jakby mój umysł chciał się jej pozbyć, zapomnieć, zaprzeczyć. Drga, czasem ukazując kawałek oka, innym razem mocno zarysowaną szczękę. Ale ja widzę przede wszystkim ślady krwi i tłukę każde z luster w drobny mak.

Chcę być potężniejszy niż moje ciało.
Chcę prześcignąć jego chłód.
Chcę być jeszcze gorszy niż moje demony.

Lęk i histeria tych ludzi mnie przytłacza. Kim jesteście? Wrogami? Przyjaciółmi? Mam was chronić? Czy jesteście moimi ofiarami? Jeśli nawet tego nie wiem, to powinienem was oszczędzić czy zabić? Przestańcie choć na chwilę krzyczeć, to tylko trochę krwi. To tylko jeden trup. To tylko wasza matka. Powiedzcie mi, że chociaż wy wiecie kim tak naprawdę jestem.

Dlaczego nie panuję nad własnym ciałem? Kto przejął te cholerne stery? Ciszej, ciszej, to nie wy jesteście na celowniku, jeszcze zwrócicie na siebie jego uwagę. A może właśnie zwróciliście moją?

I wracam szukać odłamków, powinny być gdzieś w moim wnętrzu. Mijam dziesiątki demonów, znam je na wylot, żyją w mojej głowie zżerając mnie od środka, ale to i tak lepsze niż ich błagania, wymagania wobec mnie. Są głodni zemsty, są głodni chwały. Pragną zostać zapamiętani, stać się legendą, nawet kiedy ja już umrę. Choć czy w ogóle żyję?

Egzystuję bez cienia emocji w zakamarkach własnego ciała, a oni szepczą, szarpią, zaczynają krzyczeć. Mam ich zapisać na kartach historii, boją się zniknąć, prawie tak samo mocno, jak ja żyć. Odłamki, odłamki, już tak dawno temu zacząłem szukać.

Rwałem siebie na kawałki, ale i tak nie było tego zbyt dużo. Spokojnie, to tylko ja. Ja, a więc kto? Mam przynieść im chwałę, zapewnić możliwość zemsty. Pragną pamięci, tak jak ja zapomnienia. Ciszej, ciszej. Zapiszę ich prośby, tak, że już nikt ich nie zapomni. Spokojnie, to tylko trochę krwi. Muszę mieć czym pisać, prawda?

Jestem potężniejszy niż moje ciało.
Prześcignąłem jego chłód.
Jestem gorszy niż moje demony.

sobota, 17 grudnia 2016

Wigilia

Byliśmy we Wrocławiu na mieszkaniu Marcina, piliśmy barszcz z kubków i łamaliśmy się andrutami. Całkiem polubiłam tych ludzi.

Tak w ogóle, to ostatnio zauważyłam, że mam naokoło siebie osoby, którzy wiedzą o mnie nawet te najdrobniejsze rzeczy. Znają moje gesty, przyzwyczajenia, najczęściej używane słowa. Nie dlatego, że bezustannie im o nich przypominam, ale dlatego, że po prostu zwracają na to uwagę. Dawno nie było mi tak ciepło na sercu.

sobota, 26 listopada 2016

Jawność

Wleciał przez okno nocny motyl
i kosmatymi skrzydełkami
toczy przyloty i odloty,
szumi uparcie ponad nami
Może on widzi więcej od nas
bystrością owadziego wzroku?
Ja nie przeczuwałam, tyś nie odgadł,
że nasze serca świecą w mroku.

sobota, 19 listopada 2016

Konkurs Cosplay na Opolconie

No i po Konkursie Cosplay!

Jestem zadowolona, dużo się nauczyłam, zgarnęłam masę pozytywnych opinii i gdyby nie siadło nagłośnienie, byłoby najlepiej na świecie. No, ale wiem co poprawiać za rok. Najbardziej ucieszyła mnie pochwała od Opiekuna, w końcu widział wiele konkursów, wiele konwentów i uznał, że odwaliłam kawał dobrej roboty.

Dziękuję wszystkim, którzy mi pomogli. Naprawdę jesteście niezastąpieni. Jestem dumna z ochrony i helperów. Już się nie mogę doczekać tego co zorganizujemy za rok. A będzie tylko lepiej, jestem tego pewna.

wtorek, 8 listopada 2016

Szwy.

Osobista operacja.

Tony Stark był geniuszem.
 
Był to niezaprzeczalny fakt, który notorycznie potwierdzały jego wynalazki, odkrycia, a także nagłówki gazet i internetowych blogów, choć te ostatnie częściej krzyczały wytłuszczoną czcionką o Starku, jako o miliarderze, playboyu, filantropie i Iron Manie, nieraz zaznaczając, że mimo tych wszystkich „zalet", Stark jest zwyczajnym dupkiem. Było to po części prawdą, jednak wcale nie tak ciężką do zaakceptowania. Tony cieszył się, że w prasie nie pojawiła się, jak dotąd, jedna z jego największych wad. A mianowicie ta, że kompletnie nie znał się na uczuciach. Oczywiście nie miał problemów z flirtem, wręcz przeciwnie, sprawiał mu nawet przyjemność. Tylko gdzieś w jego głowie płonęła lampka, nasuwająca myśl, iż większość osób leciała bardziej na jego portfel czy zbroję Iron Mana. I że tak naprawdę Anthony dla nikogo się nie liczył.

Taki stan rzeczy utrzymywał się do pewnego czasu. Teraz, ktoś go zupełnie w tym rozumiał i leżał właśnie na kanapie w pracowni Tony'ego, wstawił ją tam specjalnie dla niego, choć nigdy by się nikomu do tego nie przyznał. Jego gość drzemał, jedna dłoń przytrzymywała oprawiony w skórę szkicownik, prezent od Tony'ego na święta, który unosił się przy każdym oddechu śpiącego. Druga ręka wisiała kilka centymetrów nad podłogą, chwilę wcześniej wypadł z niej ołówek, po który Tony właśnie się schylał. Stanął tuż nad swoim gościem i delikatnie wyjął notatnik spod jego dłoni, odstawiając go na stolik znajdujący się tuż przy kanapie. To też był jego wymysł, najwidoczniej udany, bo piętrzyły się na nim ołówki, książki, jakieś stare płyty, a nawet kasety z jazzem z lat 20. i 30. Gdzieś spod sterty jego niedokończonych projektów, wynalazków czekających na ulepszenie oraz pudełek po zamówionych fast foodach, wyciągnął puchaty, ciepły koc, okrywając nim śpiocha, po czym przystanął przyglądają mu się dokładniej.

Mocno zaznaczona linia szczęki, jak zawsze świeżo ogolona. Jasne kosmyki postanowiły przestać trzymać rygor i rozsypały się po oparciu kanapy. Tony'ego zaskoczyły, jak zresztą zawsze, bardzo długie, ciemne rzęsy. Gdy upewnił się, że jego gość śpi zaciągnął się jego zapachem, aż zakręciło mu się w głowie. Bo Steve zawsze pachniał, jak coś rozgrzanego przez słońce. Trochę niczym las, a trochę jak ciepła poranna herbata, jak grafit z ołówka, nagrzana skóra, jak jego ulubione korzenne ciastka i kawa, którą pili zaledwie kilka godzin temu.

Tony kompletnie nie znał się na uczuciach. Nie podlegały one żadnym algorytmom, a przynajmniej nie te, które aktualnie odczuwał. Więc Stark się w nich zupełnie pogubił.

Wydawało mu się, że całym sercem kochał Pepper. A jednak dziewczyna zostawiła go już ponad rok temu, nie potrafiąc z nim wytrzymać. Chociaż nie, Pepper nie mogła wytrzymać z Iron Manem, bo Tony, jako zwykły Tony bez zbroi i nazwiska Stark, nawet dla niej nieszczególnie się liczył. I oczywiście nie chciał tu powiedzieć, że Pepper była z nim tylko dla pieniędzy czy sławy, był pewien, że tak nie było. Mimo wszystko, ona właśnie romansowała z jakimiś gościami, a on Tony wciąż nie potrafił się do końca otrząsnąć po tamtym związku. Stwierdzenie, że czas leczy rany, mógł włożyć między bajki.

Z zamyślenia wyrwał go delikatny uśmiech, który sprawił, że znów odnalazł w sobie siłę, aby odsunąć cierpienie na inny plan.

***

- Masz świadomość tego, że musisz jeść?

- Nie jestem głodny - mruknął pochylając się nad swoim wynalazkiem. Ciszą pocieszył się tylko przez krótką chwilę, po czym jego skupienie ponownie przerwał głos Nadziei Ameryki.

- Tony?

Zignorował to bez większych trudności. Nie był nawet zirytowany, w końcu większość ludzi była tylko opartym na pochodnych węgla, niestabilnym, organicznym i niezbyt rozgarniętym tworem, który nie powinien wyprowadzać go z równowagi.

- Proszę?

- Nie masz lepszych rzeczy do roboty, niż opiekować się mną, Kapitanie?

Steve westchnął cierpiętniczo, podszedł do Tony'ego, pochylając się nad nim i zaglądając przez ramię na jego najnowszy projekt

- A jeśli dam ci się zabrać do jednej z tych ohydnie drogich i restauracji, które tak lubisz.

Tony spojrzał na niego, jednym z tych spojrzeń, po których każdy czuł się zeskanowany i odczytany z dokładnością po pięciu miejsc po przecinku. Mina Steve'a idealnie zdradzała, iż Kapitan doskonale wiedział, że wygrał. Stark pogrzebał jeszcze chwilę przy układzie scalonym, po czym, bez żadnego ostrzeżenia odepchnął się od blatu i odjechał na krześle prawie pod samo wyjście z pracowni.

- Wydaje mi się, że jednak zrobiłem się głodny - powiedział wstając i ruszając w kierunku prysznica - Ale nie myśl, że ma to jakikolwiek związek z twoją prośbą! - krzyknął na odchodnym.

***

Różnili się, to dość oczywiste. Steve był człowiekiem przeszłości, a Tony, najlepiej odnalazłby się w świecie za kilkanaście, kilkadziesiąt lat, gdy technika stałaby na jeszcze wyższym poziomie zaawansowania. Artysta i naukowiec. Tarcza i miecz. Socjalny introwertyk i samotny ekstrawertyk. Dla pierwszego liczyła się wiara, miłość i nadzieja, a drugi patrzył na świat, jako coś do ulepszenia, coś co zawsze może być większe, lepsze.

***

- Jeśli tak bardzo denerwuje cię jej widok, to po co poszedłeś na ten bankiet? Wiedziałeś przecież, że tam będzie.

Tony nie uraczył go żadnym komentarzem. Wiedział, że Rogers miał rację. Nie powinien tam iść, a już na pewno nie zaczynać obrażać jej przy wszystkich zgromadzonych. Pepper na to nie zasługiwała, po tym wszystkim, co razem przeżyli.

- Powinieneś ją przeprosić - stwierdził Steve, opierając się o blat kuchenny. Ręce założył na piersi, a bystre, błękitne oczy lustrowały każdy jego ruch.

- Zejdź ze mnie, okay? - wrzasnął Tony.

Steve zamrugał kilkakrotnie zupełnie nie spodziewając się tego wybuchu. Sarkazmu, cynizmu, kąśliwej uwagi, ale nie krzyku.

- To jest właśnie twój problem, nie potrafisz zrozumieć, że ludzie popełniają błędy! To dlatego nie możesz zrozumieć, jak wygląda to z mojej perspektywy! Wiesz co? - nagle znalazł się tuż przy Kapitanie - Nawet superbohaterowie mają cholerne prawo do błędu. Oczywiście oprócz Ciebie. Ty jesteś cudownym, świętoszkowatym Kapitanem Ameryką, panem idealnym, wzorem do naśladowania - urwał, tak jakby nagle zacięła mu się płyta. Po czym spuścił wzrok i dodał już zupełnie cicho - Nawet mój ojciec wolałby zastąpić mnie tobą.

Cisza zawisła między nimi niczym żelazna kurtyna.

Stark czuł się zupełnie rozbity, jakby padły mu wszystkie bezpieczniki. Nie potrafił znaleźć już nawet powodu do jego wybuchu. Wyminął Kapitana, kierując się w stronę barku, bo pragnął się urżnąć i zapomnieć o wszystkim. Został zatrzymany tuż przed butelką ulubionej whisky. Spodziewał się szarpnięcia, może nawet uderzenia, ale nie ciepłego, pełnego akceptacji i swoistego zrozumienia przytulenia.

I nagle kompletnie nic nie rozumiał, Steve nie wpasowywał się w żaden algorytm, który próbował stworzyć. Wiedział tylko, że chce być bliżej, najbliżej jak to tylko możliwe, bo obecność Kapitana działała na niego zarówno kojąco, jak i pobudzająco. I nie chodziło tu tylko o pomysły na nowe wynalazki, jego wyobraźnia również osiągała najwyższe obroty.

Chciał go, bliżej, bardziej, a przede wszystkim już. Teraz. Pragnął jego obecności, jego dotyku, jego ust.

I otrzymał je.

***

Był pewien, że cierpiał już wcześniej, ale nikt nigdy nie pozostawił w nim takiej ziejącej pustki. Słowa pocięły najodleglejszy nawet zakątek jego duszy. Ciągle miał wrażenie, że szedł na dno, ale niestety wciąż oddychał, łapał hausty powietrza, łapczywie, instynktownie i nienawidził się za to.
Patrzył na niego tylko chwilę, ale Tony nie był nawet pewny, co dokładnie ujrzał w tym spojrzeniu. System nie wykrył żadnego krwotoku, ale jego życie uciekało z niego z zawrotną szybkością, tak, że miał różnokolorowe mroczki przed oczami.

I teraz, gdy nie pozostało mu już nic oprócz wspomnień jego pocałunków, potykał się o własne nadzieje. A w duchu błagał, by przyszła jakaś pomoc. Nawet gdyby znalazł ją w dłoni samej śmieci.
Patrzył, jak on odchodził, podtrzymując swojego przyjaciela za ramię. Chciał odchodzić z nim, ale on wybrał inaczej. Oddał serce i uczucia komuś innemu, a Stark był wściekły na samego siebie, że kiedykolwiek w to uwierzył. W nich. Razem.

Czuł się jakby Rogers zawirusował jego wewnętrzny system, odbierając mu w ten sposób umiejętność chłodnego, racjonalnego myślenia. Tak jakby to wszystko zostało zniszczone, spalone, zmienione w zimne, ziejące pustką nic. I chyba składał się z samej pustki.

Chyba potrzebował igły i nici, żeby zaszyć paskudną dziurę. Musiał wyrzucić go ze swojej głowy, wszyć tam coś innego, nowego.

Może, jeśli potrafiłby porzucić poczucie, że on był jego miłością, że to przy nim poznał istotę uczuć, mógłby ruszyć dalej. Potrzebował kogoś, kto przywróciłby go do życia. Albo chociaż egzystencji.

Ale teraz próbował założyć szwy, bez możliwości powodzenia, bo do zszycia nie pozostało już nic, co byłoby warte uwagi.
 
Jednak jego to nie obchodziło.

Nikomu się przecież nie przyzna, że zamierzał skończyć tę osobistą operację martwy.

 

Opowiadanie napisane specjalnie dla HaruTheLilRunaway.
Muszę przyznać, że przez klasę maturalną, nie mam ostatnio czasu na nic i niestety odbija się to na moim pisaniu. Mimo to mam nadzieję, że Wam się spodobało.

sobota, 5 listopada 2016

I może też jest bohaterem.

Pamiętała, jak Steve'owi prawie udało się podnieść młot Thora, na tej pamiętnej imprezie, gdy Ultron się "obudził". Był godny, był bohaterem i wszyscy to wiedzieli, nikt nawet nie próbował tego kwestionować. Reszt próbowała, siłowała się z młotem, ale bez skutków. Próby podniesienia go odmówiła tylko ona i Clint. Barton, wychowany przez cyrkowców, uważał to wszystko za nędzną sztuczkę. Dodatkowo twierdił, że są kwita, bo Thor nie potrafił naciągnąć jego łuku.

Ona się po prostu bała. Wiedziała, że nie jest „godna" cokolwiek to znaczyło. Była mordercą, oszukiwała wszystkich, nawet samą siebie. Jednak w ciągu ostatnich tych ostatnich lat zaczynała czuć, że w końcu znalazła dom. Byli swego rodzaju rodziną, a wieża stała się jej domem. Dziwne, obce słowa, ale zaczynała je nareszcie rozumieć. Nikomu by się to tego nie przyznała, nawet Clintowi. Piastowała je jednak w sercu jak prawdziwy skarb. Choć może było to właściwe? Przecież to właśnie robi się ze skarbami, prawda? Strzeże się ich. Może ona i jej drużyna, nie wpasowałaby się w jakikolwiek normalny obraz rodziny, ale tym właśnie dla niej byli.

Dlatego w wirze walki po raz pierwszy opanował ją szał. Bo ktoś spróbował ich skrzywdzić, bo jedno z nich leżało na ziemi wijąc się z bólu. Sama została powalona, ale zerwała się, chwyciła pierwszą lepszą rzecz i uderzyła wroga z całą furią, która w niej wezbrała.

I gdy tak stała, dysząc, prawie płacząc ze złości oraz strachu, nagle zrozumiała co tak właściwie trzyma.

Młot upadł na ziemię, ale ona nie mogła się nawet poruszyć, będąc w zupełnym szoku.

Bo może to właśnie znaczyło, że udało jej się wymazać z siebie całą tą czerwień, że może jest wolna.

I może też jest bohaterem.