...

niedziela, 5 czerwca 2016

Ciasto ze śliwkami cz.1


Prolog


Romanoff weszła bezszelestnie do pokoju. Panował w nim przyjemny półmrok, jedyne źródło światła stanowiła mała lampka stojąca na stole oraz matryca laptopa. Stąpała cicho, jej stopy zapadały się w miękkim dywanie, jeszcze bardziej tłumiąc kroki. Zmierzała w kierunku wysokiego mężczyzny, który siedział przed sprzętem, podpierając głowę na lewej dłoni. Romanoff przystanęła tuż za nim i położyła mu dłoń na ramieniu:

- Rogers? Musisz odpocząć, wiesz? - Natasza mówiła cicho, ale ton jej głosu należał do tych stanowczych.

Steve spojrzał na nią znad tony papierów, laptopa, mapy i kilkunastu pustych, piankowych kubków po kawie. Miał ogromne wory pod oczami; ostatnio notorycznie zarywał noce. Romanoff pochyliła się nad stołem, wysunęła spod notesu akta, które otrzymał od niej kilka miesięcy temu. Bystre zielone oczy Jamesa Buchanana Barnesa spojrzały na nią ze zdjęć.

Tysiące informacji, setki godzin, dziesiątki miejsc.

I wciąż nic.

Doskonale wyczuwała narastającą frustracje Steve'a, ale nie potrafiła jej zapobiec.

Uniosła głowę wpatrując się w Sama, który usnął w fotelu, jego ręce wciąż zaciskały się na pliku dokumentów. Kapitan podążył za jej spojrzeniem, po czym wstał, wyjął kartki z dłoni Falcona i odłożył je delikatnie na stół. Następnie schylił się pod mebel i wyciągnął spod niego koc, przykrywając Sama. Wrócił do stołu od razu wracając do czytania dokumentów. Natasza miała ochotę na niego nakrzyczeć, ale wiedziała, że nie przyniesie to skutku.

No bo gdyby miała poszukiwać Clinta albo Fury'ego, to czy nie zachowałaby się dokładnie tak samo?

Przysunęła sobie krzesło i usiadła obok niego. Wiedziała, które pliki nie były jeszcze przejrzane, Steve miał zwyczaj wkładania wszystkiego, do bardzo dokładnie opisanych teczek i koszulek. Zaczęła je przekładać, z jednej z nich wypadła mała kartka. Od razu poznała ręczne pismo Rogersa.

„I'm with you till' the end of the line."

Pozwoliła sobie na lekki uśmiech.

- Ta kwestia przeszła do historii, prawda?

Steve spojrzał na nią rozkojarzony, szybko czytając kartkę, którą podsunęła mu pod nos. Rzeczywiście te słowa pojawiały się zarówno w muzeum Kapitana Ameryki, jak i w komiksach o nim. Steve odłożył na chwilę długopis, odchylił się na krześle spoglądając w sufit.

- Jest dla mnie ważna - mruknął w końcu.

- Domyślam się - odpowiedziała podpierając podbródek na dłoni. Steve zaczynał ją irytować, ale miała nadzieję, że uda się jej go podejść i zmusić choć do odrobiny snu. Rogers wyglądał tak okropnie, że było każdemu byłoby go szkoda. Nawet Nataszy.

- Jest jeszcze inna, chyba w ogóle nie wspomniana. I to ta jest dla mnie najważniejsza - widząc pytające spojrzenie Romanoff kontynuował - Po tym jak odbiłem Bucky'ego, jak nie zdołałem dorwać Red Skulla i Zoli, budynek zaczął się walić. Płomień pożerał kolejne fragmenty gmachu, co chwila coś się zawalało, wybuchało, upadały całe ściany. Musieliśmy przejść na druga stronę pomieszczenia, po takim stalowym rusztowaniu. Kazałem Bucky'emu iść przodem, a konstrukcja zawaliła się chwilę po tym, jak znalazł się po drugiej stronie.

- A ty przeskoczyłeś?

Steve posłał jej zmęczony uśmiech.

- W tym jest rzecz. On nie wiedział, jak działa serum. Nie miał pojęcia, że jestem teraz szybszy, silniejszy, że stałem się nadczłowiekiem. Myślał, że jestem tamtym chorowitym Stevem, tylko trochę wyrośniętym. Gdy Buck zrozumiał, że nie mam jak przejść zaczął trochę panikować, krzyknął, że tu gdzieś musi być jakaś lina albo coś w tym stylu. A ja na to, żeby po prostu biegł, żeby się stamtąd wydostał. Ja sam nie byłem pewny czy to przeskoczę.

- A Bucky?

- „Nie, nie idę bez ciebie!" - powiedział. Dopiero po chwili zauważył, że naśladował głos swojego przyjaciela. Zrobił to nieumyślnie, ale wspomnienie tego krzyku obudziło w nim chęć ponownego zakopania się w papierach w poszukiwaniu informacji. Jednak widząc spojrzenie Romanoff dokończył - Był gotowy tam ze mną umrzeć, wiesz? Mógł uciec, ale tego nie zrobił. Nie mogę go teraz zostawić Natasza. Po prostu nie mogę.

Rosjanka nie odpowiedziała, wstała od stołu i zniknęła w drzwiach. Kiedy Steve'owi już się wydawało, że poszła spać, Romanoff wróciła z dwoma kubkami kawy.

- Dawaj ten komputer.

Minęło jeszcze kilka tygodni nim natrafili na ślad.

Ale w końcu natrafili.

I od razu ruszyli po Bucky'ego.

***

Kiedy Sam natrafił na ślad Zimowego Żołnierza dochodziła czwarta w nocy.

Steve spał z głową opartą na stercie papierów, Natasza drzemała w fotelu owinięta kocem i oświetlona trupim światłem wydobywającym się z matrycy laptopa, który spoczywał na jej kolanach. Falcon, po raz nie wiadomo który, przeglądał najnowsze wiadomości z całego świata. Szukał informacji o niewyjaśnionych morderstwach, doniesień o człowieku z metalowym ramieniem. Nie mieli pojęcia czy Bucky wciąż był na usługach HYDRY. Steve uparcie powtarzał, że Bucky musiał się ocknąć, bo postanowił go uratować. Natasza była dość sceptyczna, a Sam w to po prostu nie uwierzył. Mimo to zarywał kolejną noc z rzędu, żeby uchwycić chociaż strzępek informacji. Robił to dla Steve'a, bo rozumiał czym jest przyjaźń i wiedział kim jest przyjaciel, z którym przeszło się przez piekło wojny. Gdyby był na miejscu Steve'a, a Bucky byłby Rileyem, nie spocząłby dopóki ten nie byłby bezpieczny. Riley był mu najbliższy, nawet bardziej niż jego rodzina, rozumiał go bez słów i ufał bezgranicznie.

I nie mógł kompletnie nic zrobić, gdy RPG rozerwało go na kawałki.

Falcon westchnął rozmasowując skronie. Potrzebował snu, ale bał się koszmarów. Bał się czyhającego na niego widma wojny, z którym stawał do walki każdej nocy. Gdyby przejrzeć książki w jego domu, prawie każda dotyczyła zespołu stresu pourazowego. Przez półki ciągnęły się różnokolorowe grzbiety z tytułami nawiązującymi do nerwicy okopowej, „ soldier's heart", zespołu stresu bojowego i shell shocku. Pomagał ludziom z PTSD, ale gdzieś w środku miał tą świadomość, że sam się nigdy własnej traumy nie pozbył.

Pewnego rodzaju lekarstwem stał się dla niego Steve. Cap nie tylko zmotywował go do życia, ale i dał zajęcie, cel. Sprawił, że Sam czuł się komuś potrzebny. Dlatego nie zamierzał odpuścić, wiedząc, że nie robi tego tylko dla Steve'a, ale i dla siebie. I dla Rileya, bo był pewny, że jego przyjaciel rzuciłby się im do pomocy.

Przejrzał po raz tysięczny stronę z najnowszymi wiadomościami. Prawie ominął mały kwadracik, czekający na niego gdzieś w lewym dolnym rogu ekranu.

Zerwał się z krzesła i potrząsnął Rogersem.

- Steve wstawaj! Mam go. Słyszysz? Znalazłem!

Kapitan zerwał się na równe nogi, od razu ustawiając się w pozycji gotowej do obrony. Spojrzał na niego ze zdziwieniem i wtedy doszło do niego co tak właściwie usłyszał. Chwycił za tarczę, która czekała na niego oparta o nogę stołu.

- Wstawaj Natasza. Jedziemy po niego. 

środa, 1 czerwca 2016

Przy­jaźń - osłaniać innych na­wet kosztem siebie.

Gdy Steve nie był jeszcze Kapitanem Ameryką, tylko małym, chuderlawym dzieciakiem z Brooklynu, rozumiał Bucky'ego bez słów i nie musiał go nigdy o nic pytać. Wystarczyło, żeby spojrzał i już wiedział, jak jego przyjaciel się czuje; gdy zajrzał mu w oczy, czytał z nich jak z otwartej księgi, odgadując o czym Bucky myśli. Czasem wydawało mu się, że rozmawiają ze sobą, bo lubią się poprzekomarzać, przezywać  nawzajem, wytknąć sobie głupotę, no i po prostu usłyszeć swój głos.

Gdy udało mu się odbić Bucky'ego zza frontu, chciał zadać z dziesiątki pytań. A wszystkie wyparowały, gdy jego przyjaciel spojrzał na niego tymi zielonymi oczami, które idealnie odbijały jego myśli. Kilka sekund i Steve już wszystko wiedział.

Gdy Steve po raz pierwszy ujrzał Bucky'ego, jako Zimowego Żołnierza, chciał zapytać go o setki rzeczy, ale nie mógł, sytuacja na to nie pozwoliła. I mimo, że w jego głowie kłębiło się od pytań „jak?", „dlaczego?", „kto?", to mógł tylko blokować ataki, próbując wyczytać odpowiedzi z zupełnie pustych, zimnych oczu. Bez skutku. Choć nie zdał sobie z tego od razu sprawy, zbiło go to z tropu, kompletnie zacierając zdrowy osąd i trzeźwe myślenie. Skupił się na chaotycznej próbie znalezienia jakiegokolwiek strzępu nici porozumienia, która zawsze ich łączyła. Bez skutku.

Gdy Bucky wrócił do poczytalności, Steve chciał go zapytać o tysiąc rzeczy, ale panicznie bał się odpowiedzi. Szykował się do tego, wiele razy próbując zacząć temat, na końcu zawsze tchórząc. Nie umiał się zdecydować czy bardziej przeraża go to co usłyszy, czy to, jak zareaguje Bucky. Chciał zadąć serię pytań i gdy układał w głowie listę, każde wydawało mu się bardzo bolesne dla jego przyjaciela, starał się więc wymyślić coś lżejszego. Nie banalnego, nie mógł go przecież zapytać o żadną z przyziemnych rzeczy, bo jaką z takowych mógłby się zajmować Winter Soldier? Tylko Steve dostał tę cudowną możliwość, żeby po przebudzeniu się, zacząć nadrabiać wszystko co zostało stworzone na świecie przez te siedemdziesiąt lat. To on mógł zrobić sobie listę z rzeczami, które chciał odwiedzić, obejrzeć, spróbować. Bucky mógł co najwyżej zapisywać kolejne osoby, które poniosły śmierć z jego ręki. Steve chciał zapytać o Hydrę, o szkolenie, o to czy pamiętał cokolwiek zarówno sprzed, jak i z samego bycia Winter Soldierem. Potrzebował też wiedzieć co mu się śni po nocach, kiedy to zrywał się z wrzaskiem, szukając po omacku broni, a potem kuląc się na łóżku, powolnymi ruchami drapiąc czerwoną gwiazdę na jego ramieniu, rozcinając sobie przy tym palce. Steve chciał wiedzieć, bo miał lichą nadzieję, że może wtedy jakoś mu pomoże. Jednak żadne z powyższych pytań nie przechodziło mu przez gardło i dlatego też zaczął od czegoś, co było jego własną traumą.

Gdy nadarzyła się okazja, Steve zapytał go czy pamiętał swój upadek. Bucky zmarszczył czoło, próbując odkopać wspomnienie spod setek elektrowstrząsów, które porozrzucały migawki pozostałości jego dawnego życia w każdy zakamarek jego umysłu, przysypując gruzem zapomnienia. Trwało to o wiele krócej niż Steve się spodziewał, a sam Bucky odpowiedział całkiem spokojnie, patrząc mu w oczy, w których powoli pojawiała się iskierka życia.

Gdy Bucky dał mu odpowiedź na jego pierwsze pytanie, Steve obiecał sobie, że już nigdy więcej nie będzie go pytał o Winter Soldiera, wiedząc też, że zwyczajnie nie starczy mu odwagi. Ponieważ kiedy Bucky mu odpowiedział, Steve zapłakał, zdecydowanie bardziej niż wtedy, gdy go stracił, nie mówiąc już o tym, kiedy pierwszy raz go pobili. Nigdy już nie próbował pytać, nie po tym, jak po słowach „Boże, dziękuję, że to ja, a nie on.", został rozbity na małe kawałeczki.

piątek, 20 maja 2016

Chłód.

Było zimno, gdy Stark mówił sam ze sobą.

Tony Stark siedział właśnie w swojej pracowni, harując nad kolejnym projektem, kiedy otrzymał najdziwniejszego smsa w swoim życiu. Co prawda nie zdumiała go treść, bo Stark dostawał wiadomości typu „Spotkajmy się tu, o tej godzinie" kilka razy dziennie i większość z nich najzwyczajniej w świecie ignorował. Nie, zaskoczeniem nie był sms, a jego nadawca. Tony odwołał wszystkie swoje spotkania i przebrał się w dość nieformalny strój, oczywiście, jak na swoje standardy. Poszukał też jakichś plastrów, żeby móc owinąć swoje dłonie. Od ataku Ultrona, regularnie ćwiczył na worku treningowym, często rozwalając sobie kostki do krwi. I choć często przeklinał się za to w myślach, codzienne ćwiczenia uspokajały go, pomagając się skupić nad projektami. Gdy skrył swoje ręce pod opatrunkiem i rękawami marynarki, ruszył w kierunku Brooklynu, zostawiając Avengers Tower całkowicie puste; wszyscy domownicy wybyli na misje. No, może poza nadawcą wiadomości. Z tego co się orientował, to najwcześniej miał wrócić Clint z Nataszą, a i tak najwcześniej pojutrze. 

Miejscem spotkania była mała, całkiem przytulna knajpka z tajskim jedzeniem. Gdy Stark przekroczył próg, od razu zauważył nadawcę smsa, siedzącego przy stoliku, obracając w chudych palcach puszkę z jakimś napojem. Ubrany był w ciemnozieloną kurtkę o lekko wojskowym kroju, a jego niebieska bejsbolówka była naciągnięta prawie na sam nos. Stark, wciąż nie do końca wiedząc co powinien myśleć względem tego spotkania, podszedł do niego w ten swój markowy, nonszalancki sposób siadając przed nim z typowym, Starkowym uśmiechem.

- Zamawiałeś już coś? – zapytał, a ich spojrzenia skrzyżowały się.

- Nie, czekałem na ciebie – wzruszył ramionami - Choć tak szczerze, to nie mam zielonego pojęcia co mogą tu podawać – Bucky Barnes zdjął czapkę, odkładając na blat stołu. Włosy miał spięte z tyłu, kilka kosmyków wyślizgnęło się, spadając na jego zmęczoną twarz, która miała trupio blady odcień, oczy były lekko zapadnięte, pod nimi ciemnofioletowe sińce, policzki pokrywał kilkudniowy zarost. W dłoniach poznaczonych licznymi bliznami trzymał puszkę z napojem kokosowym, nieustannie obracając ją w rękach.

- Nie napijesz się? – zapytał Stark, bo nawet nie wiedział, jak zagaić tę rozmowę.

Steve odnalazł Bucky'ego ponad pół roku temu, od tego czasu Zimowy Żołnierz został poddany leczeniu, specjaliści szczególnie skupili się na jego stanie psychicznym. Aktualnie był pod stałą kontrolą lekarzy i od paru miesięcy mieszkał w Avengers Tower. Kilka tygodni temu uznano nawet, iż jego stan jest na tyle stabilny, że Barnes zaczął opuszczać ich bazę. Wpierw Tony monitorował każde z jego wyjść, choć zawsze był z nim Steve, a często też Sam czy Natasza i Clint. Bucky opuszczał Avengers Tower samotnie tylko po to, żeby od czasu do czasu zrobić małe zakupy (Stark zauważył, że Zimowy Żołnierz uwielbia śliwki), ale nie dalej niż dwie przecznice od bazy. Tak jakby sam sobie nie ufał. Dlatego też tak bardzo zdziwił go widok mężczyzny na Brooklynie.

Bucky ponownie obrócił puszkę i podsunął ją Starkowi pod nos.

- Siedemdziesiąt lat temu walczyliśmy z Niemcami, Włochami, Japończykami, nie potrafiliśmy się porządnie dogadać z ZSRR, a teraz mogę przeczytać opis w ich języku na każdym produkcie. Mimo wszystko czas leczy rany.

- Ja bym powiedział, że to prosty przykład konsumpcjonizmu i kapitalizacji – odparł Stark, oddając mu puszkę. Bucky wpatrywał się w nią z nieodgadnionym dla Tony'ego wyrazem twarzy. Stark ponownie stwierdził, że nie potrafi czytać z mimiki Zimowego Żołnierza. Zwykle jego twarz była zastygłą maską, bez cienia wyrazu, a wszelkie ruchy ust, brwi, powiek wyglądały na nieskoordynowane i niezupełnie kontrolowane przez samego Barnesa.

- Muszę z tobą porozmawiać Stark.

- Myślę, że nie ciągnąłbyś mnie tu, gdybyś chciał mówić tylko o starych czasach.

- W sumie to właśnie o nie chodzi – Buck podparł podbródek na metalowej ręce, a drugą przeczesał włosy – Od razu zaznaczę, że po tym co powiem, masz pełne prawo, żeby mnie zabić. Nie obiecuję, że nie będę się bronił, wybacz, tak mnie zaprogramowali, ale postaram się nie zrobić ci krzywdy – powiedział na jednym tchu.

Stark spiął się, jego spojrzenie skrzyżowało się z tym należącym do Zimowego Żołnierza.

- Potrafisz zainteresować słuchacza.

Barnes wykrzywił usta w lekkim grymasie.

- Powoli przypominają mi się fragmenty z bycia Zimowym Żołnierzem. Pamiętam tylko twarze, zero nazwisk, dat, akt, niczego. Same twarze – urwał zastanawiając się co powiedzieć dalej – Ostatnio, gdy oglądałem z Samem jakiś program o zamachu na Kennedy'ego. Pamiętam tą twarz Stark – ponowna pauza, tym razem na otworzenie puszki. Tony nie zamierzał go ponaglać, ale czuł gorąco uderzające do jego twarzy – Przypomniałem też sobie coś o wiele gorszego. Pamiętam twarze Twoich rodziców.

Tony czuł, że wszystko w nim zaczyna wrzeć, obraz Barnesa zatarł się, przykryty tonami złości i nienawiści. Choć głównie furii. Stark chciał już zakładać zbroje, już miał palec na przycisku, ale coś mu nie gra. Coś wyszło poza jego Starkowy schemat, coś co spowodowało lekkie spięcie w jego głowie.

- Dlaczego mi to mówisz? – wycharczał. Bucky, który chwilę wcześniej wbił wzrok we własne dłonie, patrzył teraz na niego z kamienną twarzą.

- Bo cokolwiek nie powiem, nic nie zmieni faktu, że jestem wielokrotnym mordercą Stark. Nienawidzę siebie i tego, że to ja żyję, a wielu innych ludzi nie.

Error 404. Teraz Tony już kompletnie nic nie rozumiał. Nie potrafił znaleźć racjonalnej odpowiedzi, dlaczego Barnes się nie broni.

- I słusznie – powiedział wypranym z emocji głosem. Bucky wciąż dzielnie patrzy mu prosto w oczy. I nie jest to bynajmniej buta, a prawdziwa, nieściemniona skrucha. Mózg Tony'ego przeżywał poważne zwarcie.

Dlaczego Barnes nie zasłania się tym, że nie był sobą? Że był pod stałą kontrolą? Dlaczego nie mówi, że jest tylko ofiarą HYDRY?

Gdy Tony uświadomił sobie, że sam w swojej głowie zaczął usprawiedliwiać Bucky'ego, rzucił mu się do gardła. W kilka chwil pokonał długość stołu i złapał Zimowego Żołnierza za kołnierz kurtki ciągnąc go ku sobie, a Bucky Buhanan Barnes nawet nie próbował się bronić.

- Jeśli chcesz mnie zabić, to najlepiej na zewnątrz, nie chcę mieć więcej ludzi na sumieniu – mówił ciszej i trochę niewyraźnie, w końcu Stark go dusił. Mimo tego każde słowo dotarło do uszu Tony'ego podwyższając mu tylko ciśnienie. Udając, że nie słyszy zaczął wyładowywać całą swoją furię na twarzy Zimowego Żołnierza. Nie przebierał w środkach, był to zwykły prawy sierpowy. A potem następny. I kolejny. Stark czuł, że do oczu napływały mu łzy, ale postanowił to zignorować. Wciąż trzymał Barnesa za kurtkę, coś w niej strzeliło podczas tej szarpaniny, wpatrywał się w jego puchnącą twarz, nos Bucky'ego był lekko przekrzywiony, po drugim strzale zaczęła lecieć z niego krew.

- Stark. Za nami są drzwi.

I rzeczywiście były. Tony bez problemu pociągnął za sobą Barnesa w wskazanym kierunku. Za drzwiami znajdował się wąski zaułek z ceglastymi łatami na ścianach. Rzucił na Zimowego Żolnierza na jedną z nich, nie czując już żadnej potrzeby, żeby się hamować.

- Pamiętasz ich chociaż? – nawet dla siebie zabrzmiał, jak rozwścieczone zwierzę.

- Pamiętam ich wszystkich – powiedział Bucky. Jego twarz zaczęła tracić naturalny kształt, była opuchnięta i sina. Mimo to patrzył na niego tym spojrzeniem, które sprawiło, że Stark poczuł się winny, ale i coraz mocniej wkurwiony – Nie zakładaj zbroi Stark, chyba nie potrzebujesz jej, żeby mnie wykończyć, co?

Chyba chciał coś jeszcze powiedzieć, ale przerwał mu Starkowy szał. Na Barnesa spadł grad ciosów. Dla Tony'ego trwało to całą wieczność. Tłukł mężczyznę, mocno, zapamiętale, a gdzieś z tyłu głowy pojawiła się myśl, że to Bucky pokazał mu większość tych ciosów, gdy odkrył, że Stark ćwiczy na worku.

W końcu opadł z sił i oparł się o ścianę tuż obok Zimowego Żołnierza. Patrzył na niego, na jego opuchniętą twarz i czuł się pusty. Po chwili przerzucił wzrok na swoje dłonie; bandaż zrobił się czerwony. Spróbował wytrzeć ręce o spodnie, zostawiając na nich rdzawe ślady krwi. Czuł się wycieńczony, więc zjechał po ścianie i usiadł na ziemi, dotykając kolanem Barnesa. Zimowy Żołnierz nie oddychał, a Stark jeszcze nie potrafił stwierdzić, czy to źle.

Był po prostu pusty i nieznajomy dla samego siebie.

- Barnes?

Odpowiedziała mu cisza, ale mówił dalej.

– Ej. Bucky.

W jego oczach Barnes zaczyna kaszleć. Trwa to chwilę, całkiem długą, ale w końcu podnosi się do siadu i pyta:

- Tak?

- Jak to jest? – pyta, choć nie oczekuje, że Bucky załapie, o co mu chodzi. Mimo to Zimowy Żołnierz znowu go zaskakuje i odpowiada:

- Jest taka rzecz, o której się nie wspomina mówiąc o kontroli umysłu – Barnes spluwa krwią, Tony'emu wydaje się, że słyszy toczący się po ziemi ząb – Kiedy ktoś cię przejmie, to ty wciąż tam jesteś. Małe fragmenty ciebie. Strzępy, których nie potrafisz do siebie dopasować. To jak bycie pasażerem w własnym umyśle. Kiedy chcesz się wyrwać, ale przegrywasz. Ciągle, ponownie i jeszcze raz. I to sprawia, że to, do czego cię zmuszają, jest jeszcze gorsze – jego słowa są okropnie zniekształcone, ale Tony niezbyt się tym przejmuje, póki rozumie sens wypowiedzi.

Stark milczy i próbuje zrozumieć algorytm własnych emocji, bo nagle robi mu się cholernie żal Bucky'iego. Na szczęście uczucie wyparowuje tak szybko, jak się pojawiło.

- Steve wie?

Zimowy Żołnierz porusza się niespokojnie.

- Oczywiście, że nie – urywa na chwilę – Choć możliwe, że się domyśla.

- Możliwe?

- Mam koszmary. Czasem wtedy krzyczę, a Steve mnie uspokaja.

Stark wyłapuje nutę zażenowania w głosie Bucky'ego, co wydaje mu się w jakiś sposób komiczne. Słyszy ciężki oddech Barnesa, nagle uświadamia sobie, że rozmawia z mordercą własnych rodziców. Tylko że Stark nie ma już siły, żeby chociażby unieść dłoń. I tak naprawdę nie czuje już złości, wyłącznie zimną pustkę.

- Tak naprawdę, to nigdy nie musiałem mu mówić, on zawsze wiedział. Trochę mnie to przeraża, ale i uspokaja – kolejna przerwa. - Steve jest po prostu dobrym człowiekiem. Zawsze był.

- Brzmi, jakbyś się zakochał – parska Stark. Bucky wydaje z siebie dźwięk, który najprawdopodobniej miał być śmiechem, ale niezbyt mu wyszło.

- Steve zawsze będzie mnie traktował jak przyjaciela.

Tym razem ton, z jakim Barnes wypowiada te słowa, jest tak jasny i zrozumiały, że kompletnie zbija Tony'ego z tropu.

- Czekaj. Czy ty mi właśnie starasz się powiedzieć, że Steve Rogers wsadził cię do friendzone'u?

Bucky milczy, przypuszczalnie starając się rozszyfrować termin, którym rzucił Stark.

- Za moich czasów mówiło się dostać kosza, ale twoje określenie też jest trafne – zażenowanie nie jest już nutą, cała wypowiedź Zimowego Żołnierza nim przesiąkła, sprawiając, że aż musi rozmasować nasadę nosa, bo nie może uwierzyć w to, co właśnie usłyszał.

- Czyli powiedziałeś mu, że... No wiesz?

Wydaje mu się, że słyszy, jak Bucky opiera czoło na swojej mechanicznej ręce, a chwilę później wypuszcza powietrze przez zaciśnięte zęby.

- Nie jestem idiotą. Jeśli ktoś cały czas ci powtarza, że jesteś dla niego najważniejszy, ale po chwili dorzuca tam terminy w stylu „rodzina", „brat", „najlepszy przyjaciel", to wiesz, że nie masz szans, co nie? Parafrazując twoje określenie, to ja trafiłem do familyzone, Stark.

Tony patrzył w ciemne niebo i śmiał się cicho. Szukał gwiazd, ale nie mógł ich zobaczyć, kiedy był w Nowym Yorku.

Tak to powinno wyglądać. Tak powinien był zrobić. Tak to powinno się skończyć. Powinien siedzieć teraz z Bucky'm w tym pieprzonym tajskim barze i pokazać mu jak się używa pałeczek, żeby mógł zjeść te piekielnie ostre makarony.

Stark parsknął śmiechem i nagle zamarł. W końcu zmusił się do spojrzenia na Bucky'ego. Zimowy Żołnierz leżał na ziemi, w tej samej pozycji, w której został po ostatnim ciosie Starka. Nie ruszał się i definitywnie nie oddychał. Tony schował twarz w dłoniach.

Nie mógł w to uwierzyć. Nie chciał nawet do siebie dopuścić, że właśnie stał się taki, jak on. I nie, nie chodziło mu o Bucky'ego. Był jak Zimowy Żołnierz, bo teraz również miał krew na rękach. Uniósł głowę znad dłoni i patrzył na zakrwawione ciało Barnesa, jedna powieka nie opadła, dostrzegał spod niej zamgloną zieloną tęczówkę. Dotknął jego twarzy, zamykając mu oczy.

- Jesteś zimny Barnes. Jak prawdziwy Zimowy Żolnierz – Stark zachichotał, choć jednocześnie miał ochotę wyć. Skończyło się tylko na płaczu.

Bucky nie kłamał, nie bronił się.

Dlaczego do jasnej cholery się nie bronił?

Stark nie potrafi zrozumieć, brakuje mu jakiegoś elementu, żeby ułożyć ciąg przyczynowo skutkowy, żeby stworzyć sensowny algorytm, żeby w końcu pojąć, co się właśnie stało.

I nagle Tony zrozumiał, że Bucky, to wszystko zaplanował. Że specjalnie wybrał ten dzień, kiedy wszyscy Avengersi byli na misjach, specjalnie wybrał to miejsce, zupełnie nieuczęszczany pub i jeszcze zaułek, który pewnie od dawna nie widział żywej duszy, specjalnie nie pozwolił mu założyć zbroi.

Zrobił to wszystko, żeby nikt nie pomyślał, że to Tony go zabił. I pozwolił mu się zemścić, na mordercy swoich rodziców.

Tony czując się, jak ostatni skurwiel i hipokryta tulił do siebie jego ciało. Zimne, tak cholernie zimne.

piątek, 22 kwietnia 2016

Tylko martwi widzieli koniec wojny.

Zalecany soundtrack: Hero - Skillet
Krew, krzyk, śmierć. Steve zakrztusił się pyłem, który unosił się w powietrzu. Przestrzeń naokoło była przesłonięta dymem, oświecona brunatnymi promieniami słońca, przechodzącego przez tumany kurzu, choć równie dobrze mógł to być też ogień. Ten sam, który trawił teraz pole walki oraz ciała ich sprzymierzeńców i wrogów. Kapitan nie miał pojęcia ile już trwał konflikt. Tydzień? Miesiąc? Lata? Nogi załamały się pod nim i runął na gruz. Jeden z kamieni przebił mu policzek, ale nie miał siły się podnieść i zetrzeć krwi. A co dopiero wstać i ruszyć przed siebie. W końcu, po ciężkim do określenia czasie, podniósł się i oparł o coś, co kiedyś było fundamentem jakiegoś budynku. Mogła to być nawet Stark Tower, jak również zwykły blok mieszkalny. Kapitan nie miał pojęcia, kiedy to przestało się dla niego liczyć. Pociągnął tylu ludzi za sobą. Chciał dobrze, dla nich wszystkich, a nie tylko dla siebie. Przecież tu nie chodziło wyłącznie o Buckiego, a o dekret.
 
Akt Rejestracyjny, przyczyna ich konfliktu. Przeklęta ustawa, która miała nakazać osobom posiadającym nadludzkie zdolności rejestrację, która wiązała się nie tylko z ujawnieniem swoich danych osobowych, ale także z przejściem pod rozkazy urzędników państwowych. Wcieleni do Federalnych, staliby się niewolnikami, superagentami rządu. Brak Wolności. To dla niego, jak brak powietrza, bo był w końcu Kapitanem Ameryką. Kim by był bez Wolności?

Kim będzie po tej wojnie? Nie chciał nawet wiedzieć, miał zbyt wiele krwi na rękach. Czuł, że nie zapomni żadnego z pustych spojrzeń, ciał tracących stabilność i ciężko upadających na ziemię, tak, jakby byli wypełnieni powietrzem, które ktoś nagle spuścił. Tym kimś bywał czasem i on. Nie zapomni o wygrzebywanych spod gruzu fragmentach kończyn, resztek szkieletów. Wrzasków bliskich, nieważne po czyjej stronie barykady stanęli, za czy przeciw dekretowi. Za czy przeciw? Co to tak naprawdę znaczyło? Sprawiedliwość kontra Wolność? Prawo wobec indywidualizmu? Iron Man czy Kapitan Ameryka? Przyjaciele a przekonania? Nie wiedział, bo, mimo wszystko, śmierć pozostawała śmiercią. 

Steve ukrył twarz w dłoniach, mrucząc przy tym, niczym mantrę, imiona poległych, przeplatając je przeprosinami dla ich bliskich. W oddali słyszał wystrzały, krzyki, wybuchy, gdzieś trzaskał ogień. Niby wojna, to wojna i nie powinna się niczym różnić, a mimo to serce Kapitana było rozrywane na drobne kawałki. Bo nie walczył z nieznanymi ludźmi, wtedy łatwo było przykleić im nalepkę nazisty, mordercy, byli w szufladce, do której została przyczepiona metka „można zabijać". Bez skrupułów, bez wyrzutów, bez zastanowienia. Teraz miał przed sobą przyjaciół. To była wojna domowa, najgorszy ze wszystkich możliwych konfliktów.

Przepraszam Natasho, obiecałem ci to, a nie zdołałem uchronić Clinta.
Wybacz Colosusie, Shadowcat była zbyt dobra, zbyt delikatna na front.
Drogi Black Panter, wiedz, że nigdy nie widziałem tak cudownej wojowniczki, jak Storm.
Moje kondolencje Logan, wiem, że X-23 była dla ciebie niczym córka.
I ciebie też Wade, powinienem tam być, Punisher nie zdążył uratować Petera.

Słowa brzmiały pusto, beznadziejnie. Dźwignął się z ziemi zanosząc się kaszlem. Nie był bohaterem, na pewno nie zasługiwał na miano Kapitana Ameryki. Miał na imię Steve. Steven Grant Rogers, tak się nazywał. Nic więcej, nic mniej. Ruszył przed siebie, w kierunku odgłosów pola bitwy. Nogi odmawiały mu posłuszeństwa, obraz rozmazywał się, a on słabł z każdym krokiem. Walki nie ustawały, szala zwycięstwa nie chciała przechylić się widocznie na żadną ze stron konfliktu. W pyle wydawało mu się, że widzi błysk pazurów Wolverina, rude loki Nataszy, ale to wszystko mogło być halucynacją, ułudą. Był zbyt wycieńczony, żeby móc poświadczyć za swoje zmysły, był cieniem samego siebie.

- Rogers?

A jednak coś nie było mirażem, w końcu ten głos poznałby wszędzie. Gdy go widzi nie jest w stanie powstrzymać uśmiechu, rozkłada ręce, tak, jakby chciał się przywitać, a po chwili obrywa z pięści w twarz. Sam nie chce się do tego przyznać, ale chciałby, żeby ten cios go wyłączył. Na jakiś czas. Albo na zawsze, bo Steve już dawno temu stracił poczucie czasu. I wie, że musi mu oddać, przywalić, posłać go na ziemię, tak jak przez ostatni tydzień (miesiąc? rok?). I robi to, bo jest cholernym Kapitanem Ameryką. Ten przed nim to nie Tony, nie jego przyjaciel, nie ten gość, z którym pił codziennie rano kawę, trenował do upadłego, rozmawiał godzinami. Nie ten, u którego przesiadywał w warsztacie, czasem po prostu mu się przyglądając, czasem leżąc i szkicując lub po prostu śpiąc. To nie ten Tony, który z anielską cierpliwością tłumaczył mu działanie telefonu, internetu, mikrofalówki. To tylko Stark. Iron Man. Wróg. To wszystko robił Steve i Tony. Teraz byli zupełnie innymi osobami. Rogers potrząsnął głową. Kogo próbował oszukać? To ten sam człowiek, jego przyjaciel. Spuścił gardę, przyjmując cios na twarz. Tony zamarł wpatrując się w niego ze zdziwieniem, otworzył maskę, a Steve wreszcie zobaczył (po tygodniu? miesiącu? latach?) jego twarz, a nie metalową puszkę. Rogers leżał na ziemi, miał złamany nos, po chwili obracania językiem w ustach pełnych krwi, wypluł ząb.

- Hej, czemu się nie uśmiechniesz? Przecież mówiłeś, że chcesz to zrobić.

Stark sztywnieje, szok otwiera mu usta. Steve wiedział, że nie wyglądał już jak Kapitan Ameryka. Był styrany, ranny, jego strój dawno przestał być niebieski, przez kurz i krew. Człowiek. Rogers podniósł głos, wiedział co musi zrobić. Wiedział też jakie będzie to miało konsekwencje, ale nie żałował. Niczego, już nigdy nie będzie żałował.

- Koniec z bezsensowną śmiercią. Skończcie walczyć!

Wokół nich zaczęli zbierać się ludzie. Przerywali walki, podchodzili bliżej, słuchali, jakby z niedowierzaniem. Ich twarze wyrażały tysiące emocji: strach, złość, nienawiść, nadzieję, ból.
Rogers bierze je wszystkie na siebie, z uśmiechem odkrywając, że to także jego cecha, nie tylko Kapitana Ameryki.

- Oddam się w ręce Federalnych, pod warunkiem, że ułaskawią tych, którzy poszli za mną.
Ktoś zaczął krzyczeć, to chyba Bucky, ktoś rzucił w niego wiązanką przekleństw, ale Steve widział tylko Tony'ego, wszystko naokoło było rozmazane.

Podszedł do niego z uśmiechem, wyciągnął dłoń, dzieliły ich metry odległości i mile poglądów. Kapitan Ameryka w nim krzyczał, nie zgadzał się, nie rozumiał, ale Steve Rogers po raz pierwszy w życiu całkowicie go zignorował. Jego usta ułożyły się w bezdźwięczne „przepraszam", a Tony pokiwał głową.

Nie ma już Iron Mana i Kapitana Ameryki. Jest tylko ból i wybaczenie, które sprawia, że szedł szybciej. To już tak niedaleko, już zaraz wszystko się skończy. Steve nie rozumie dlaczego nagle nie może iść dalej, dlaczego obraz mgli się jeszcze bardziej, dlaczego nawet sylwetka Tony'ego, do tej pory tak bardzo wyraźna zaczyna się zacierać. Nie wie też dlaczego nagle upada na ziemie, a jego ręce i nogi stają dziwnie sztywne i ciężkie, jakby nie jego. Stara się coś powiedzieć, próbuje wstać, a w końcu doczołgać się do Tony'ego, przecież to było tak blisko, ale nie potrafi. Chce mu się spać, jest naprawdę zmęczony tym wszystkim. Wciąż czuje, jak Kapitan rozdrapuje go od środka, wyjąc cierpiętniczo, wyzywając Steve'a od zdrajców, ale powoli cichnie, tak jak wszystko na około. Gdy patrzy na swoją klatkę widzi kilkanaście obficie krwawiących dziur, którym posyła lekki uśmiech, po czym czyjeś ręce podrywają go do góry. Ostatnim co widzi Steve są brązowe oczy Starka. Ten krzyczy coś do niego, udaje mu się uchwycić frazy „Nie waż mi się umierać!" i „Medyka!". Chce go uspokoić, położyć mu rękę na ramieniu i powiedzieć, że przecież, to już nie ma sensu, ale nie potrafi. Ma tylko nadzieje, że chociaż ten uśmiech, który z całych sił chciał mu posłać się udał. Tony krzyczy, ale jest coraz dalej, Steve już nawet nie czuje jego dotyku, nie słyszy słów, a po chwili przestaje widzieć.

Wie tylko, że Kapitan Ameryka poniósł klęskę, ale Steve Rogers odchodził spokojny.

Odchodził wolny.

niedziela, 17 kwietnia 2016

Liebster Award


Ksiezycowa nominowała mnie do L.A. i oto odpowiedzi oraz pytania dla Was
Za to ja nominuję kochaną, zawsze dzielnie betującą i wysłuchującą mojego marudzenia HaruTheLilRunaway oraz mojego najcudowniejszego padawana mia_carrot.
 
1. Masz drugie imię? Jakie?
Tak, Krystyna, po mojej babci.

2. Skąd wziął się Twój nick?
Moja kuzynka uczyła się kiedyś japońskiego, była totalnie zafiksowana na punkcie mangi i anime, więc też często mówiła do mnie w tym języku. Po jakimś czasie doszukała się, że Sylwia, to po japońsku Shirubia. Nasi znajomi to podłapali i skrócili na Shiru. Do dziś się w ten sposób przedstawiam. Natomiast końcówka „slayer" wzięła się stąd, że kiedyś zgubiłam hasło do skajpaja i brakowało mi nicku. Słuchałam wtedy przede wszystkim Slayera, więc dodałam do "Shiru" właśnie nazwę zespołu. Tak właśnie powstała ta ksywka. ^^

3. Ile masz wzrostu?
Równe 175 centymetrów.

4. Chciałabyś żyć w którymś z antyutopijnych/dystopijnych społeczeństw, które są opisywane w książkach/fanfikach? Jakim i czemu?
Nie chciałabym żyć w żadnym z antyutopijnych lub dystopijnych społeczeństw, ponieważ są to światy, w których jakakolwiek myśl twórcza i indywidualizm są tępione, niczym czarownice w średniowieczu. Kompletnie nie moja bajka. :D

5. #TeamIron czy #TeamCap?
#TeamSTOPTHATSTUPIDWARANDKISSALREADYYOUMORRONS

6. Jesteś raczej porządnisiem czy bałaganiarzem?

Wbrew pozorom, to pierwsze, spędzam godziny na porządkowaniu moich dokumentów, materiałów ze szkoły i plików na kompie. Trochę inaczej wygląda to w moim pokoju, bo albo kot wpadnie i wszystko poprzewraca, albo trzeba się bronić przed UFO... Ale zawsze trzeba trzymać jako-taki porządek! Nigdy nie wiadomo kiedy do Twoich drzwi zapuka Nicholas Fury, żeby zaciągnąć Cię w szeregi Avengersów!

7. Co sądzisz o introwertykach.

Toleruję i dogaduje się z nimi. Kilka bliskich dla mnie osób, to właśnie introwertycy. Dodatkowo, w zupełności rozumiem potrzebę posiedzenia w samotności, sama, co jakiś czas, takową odczuwam.

8. Jak myślisz, czy pingwiny mają kolana?
Tak mają. Nogi pingwinów wyglądają na krótkie dlatego, że futro zakrywa ich górną część. #justbiolchemthings

9. Na ile w skali 0-10 ocenisz moje opko?
Nie lubię rozdawać punktów... Ale, jeśli chodzi o "Intuicję", to podoba mi się sam zamysł i postać Scarlett. Nie jest wymuszona, ani papierowa, a to się zawsze chwali.

10. Co sądzisz o ogromnej ilości Mary Sue, wyzierających z 80% wszelkich opowiadań?
Nie lubię tego, że tak się wiesza psy na „aŁtoreczki" w każdym fandomie. Każdy z nas zaczynał, kiedy  spojrzę na swoje opowiadania, które pisałam, gdy miałam 11 lat, potrafię parsknąć śmiechem. Chwilę później patrzę na to, co mam teraz, widzę progres, który za kilka lat zaobserwować będzie można u „aŁtoreczek". Przeraża mnie tylko, gdy ktoś w wieku 13 lat bierze się za pisanie hard porno, ale po prostu po nie nie sięgam, nie czytam i nie mam problemu. Moim zdaniem zamiast wyzywania, bardziej doświadczeni pisarze powinni wytykać błędy i mówić o tym jak je poprawić. Nikt nie pisał od razu idealnie, większość z nas, w tym ja, wciąż potrzebuje bety lub odłożenia opowiadania na kilka dni i wrócenia do treści ze świeżą głową. Nauczyliśmy się tego z czasem, który powinnyśmy też dać innym. W ogóle jestem bardzo źle nastawiona do wszelkiego hejtu w internecie.

11. Dzień z Batmanem czy z Wolverin'em?
Wybór nie istnieje, ponieważ Wolverine nie żyje. W komiksach umarł ze starości... ;______;
Na samą myśl o tym chce mi się płakać, bo Wolverine, to moją ukochana postać i jestem z nim zżyta od dzieciaka. Znajomi często mi powtarzając, że nie dość, że wyglądam, to jeszcze zdarza mi się zachowywać, jak X-23, która jest jego klonem, a Logan traktuje ją jak córkę. 

12. Dorabiasz sobie w jakiś sposób?
Aktualnie nie, ale jeśli tylko dostaję jakąś propozycję pracy, to się za nią biorę. Na wakacje chciałabym popracować w jakimś barze, żeby zarobić sobie na wyjazd nad morze. I na komiksy. Dużo, dużo komiksów...

13. Wszystkie Twoje fandomy.
Kobieto... Coś Ty narobiła xD
Przede wszystkim Hannibal, Marvel i Harry Potter. A tak poza tym, to Mad Max, Gra o Tron, Hunger Games, LOTR, Hobbit, Sherlock, TWD, Supernatural, Adventure Time, SnK, Soul Eater, League Of Legends, HTTYD, Alicja w Krainie Czarów... Jesteś tam jeszcze?  

14. Co się dzieje ze światełkiem w lodówce, gdy ją zamkniemy?
Mój kochany tata rozwiązał dla mnie ten odwieczny problem, wkładając do lodówki telefon ustawiony na nagrywanie. Światełko gaśnie. A potem słychać cichy śmiech...

15. Ulubiony film fantasy?
Dogma albo Hobbit.

16. Ulubiona książka?
Ale... Jedna? ;___;
Nie umiem tak po prostu wybrać. Z fantasy to pewnie „Pan Lodowego Ogrodu" od Grzędowicza, ale uwielbiam też „Rudą Sforę", „Grom", „Klarę i Półmrok", całego Sapkowskiego, reportaże Kapuścińskiego, powieści Żulczyka, właśnie zakochuję w Prusie, bo mam „Lalkę", jako lekturę... Nie umiem wybrać jednej.

17. Ulubiony wiersz poeta?
Nie przepadam za poezją, tylko kilku poetów potrafiło mnie do siebie przekonać. Są to, między innymi, Baczyński, Miłosz, Herbert i oczywiście Szymborska, która urzeka mnie swoją umiejętnością opisania prostych rzeczy w wykwintny sposób i tych skomplikowanych w dziecinnie prosty. Kojarzy mi się to z moją ukochaną babcią.

18. Twoje hobby?
Przede wszystkim pisanie, w sumie, to bez przerwy coś piszę. Głównie są to opowiadania, ale trafiają się luźne rozkminy, wiersze, listy i wywiady z innymi. Sprawia mi to ogromną przyjemność i jest najlepszą odskocznią od codzienności, jak również moim sposobem na wyładowanie negatywnych emocji. Poza tym rysuję, robię cosplaye, czytam, gram w gry, szczególnie strategie oraz jeżdżę na koncerty. Muzyka, to bardzo ważna część mojego życia.

19. Wszystkie dziwne rzeczy, które Ci się przytrafiły?
Ale tak wszystkie, wszystkie? Jestem okropną niezdarą, więc ciągle się o coś potykam, uderzam i tak dalej. Mama mawia, że mam taki talent, iż mogę nawet z dywanu spaść i zrobić sobie przy tym krzywdę. I to w pokoju, gdzie cała podłoga jest pokryta dywanem.
Jedną z dziwniejszych historii w moim życiu, a jednocześnie jedną z fajniejszych, była ta, gdy po koncercie dwóch moich ulubionych zespołów – Napalm Death i Hatebreed – stałam w kolejce po kurtkę. Nagle ktoś złapał mnie za ramię i zaczął coś do mnie mówić po angielsku, byłam wtedy w Czechach, więc nie zdziwiło mnie to aż tak. Gdy się odwróciłam zobaczyłam basistę i perkusistę Napalmów o gitarzystę Hatebreed, którzy przyszli mi podziękować za to, żetak wysoko skaczę tak i znałam wszystkie teksty, nawet te estradowe formułki wokalisty. Złapałam hard reset i przez chwilę mówiłam po polsku, kompletnie nie potrafiąc przestawić się na angielski. Myślałam, że się tam rozpłynę ze szczęścia. Za każdym razem, gdy sobie to przypomnę, wyskakuje mi banan na twarzy! :D


Moje pytania:
1. Ulubiony superbohater? Dlaczego?
2. Seriale czy filmy?
3. Masz jakąś fobie?
4. Coś bez czego nie możesz pisać?
5. Jak sobie radzisz z ARTBlockiem?
6. Ulubiony zespół muzyczny?
7. Jak jest Twoim zdaniem rola artysty w społeczeństwie?
8. Ulubiony fanfick?
9. Jeździsz na konwenty?
10. Wymień wszystkie swoje OTP.
11. Najdziwniejsza sytuacja, gdy złapała Cię głupawka?
12. Co myślisz o tatuażach?
13. DC czy Marvel?
14. Ulubione jedzenie?
15. Masz jakiegoś pluszaka?

środa, 13 kwietnia 2016

I ship it!

Peter wylegiwał się na kanapie w domu Deadpoola naprawdę ciesząc się z dnia wolnego. Od dawna nie miał okazji wypocząć, ale tym razem jego kontuzje, już tak bardzo dawały mu się we znaki, że postawił na zaleczanie ich. Kolejną zaletą było spędzanie tego "urlopu" w towarzystwie. Obok niego, w fotelu, wyłożył się pewien szurnięty najemnik. Peter przyglądał temu obrazkowi się z lekkim uśmiechem, rzadko zdarzało się zobaczyć Deadpoola tak spokojnego. Oczywiście, w czasie snu nie powinno to być jakieś nadzwyczajne, ale Wade wychodził poza wszelkie normy i schematy. Z jego tabletu wydobywały się ciche dźwięki Archive, ostatnio nie słuchał niczego innego, zarzynając w kółko kilka utworów. Peter dźwignął się z kanapy i podszedł do śpiącego z zamiarem bezpiecznego odłożenia sprzętu na zawalony wszystkim stół. Naprawdę, przy odrobinie szczęścia, można było znaleźć tam, zarówno zeszłoroczne kawałki pizzy, kontrakt na „Deadpool 2" czy nawet kluczyki do odrzutowca X-Menów. Oczywiście mutanci nie mieli o tym bladego pojęcia. Pochylił się nad cicho pochrapującym najemnikiem, zaglądając na matrycę urządzenia. Ze zdziwieniem zauważył, że Wade coś czytał, a rzadko zdarzało mu się sięgać po inną lekturę, niż komiksy. Wyciągnął sprzęt z dłoni Deadpoola, jak na najemnika miał okropny refleks, gdy spał.
No, chyba, że nie odczuwał potrzeby bycia czujnym w obecności Petera, chłopak potrząsnął głową, odganiając tą niedorzeczną myśl, przeleciał wzrokiem po kilku linijkach tekstu i o mało co, nie upuścił tabletu na ziemię.

- Deadpool?

Najemnik wydał z siebie niezadowolony pomruk i spojrzał na Petera, przekrzywiając głowę w pytającym geście. Spider-Manowi drżały dłonie.

- Co. To. Jest.

Peter podsunął Deadpoolowi tablet pod sam nos czując, że zimny pot spływa mu po plecach. Wade przetarł twarz i skupił się na podświetlonej matrycy. Po chwili na jego usta wstąpił mały uśmieszek. Peter podsunął mu urządzenie jeszcze bliżej, jeżeli to w ogóle możliwe i ponaglił:

- Wade.

W przerażonym głosie Spider-Mana pojawiła się nutka grozy. Deadpool uśmiechnął się jeszcze szerzej i odpowiedział, tak, jakby była to najnormalniejsza rzecz na świecie:

- Fanfiction.

Przyglądał się Peterowi, który zamarł z otwartymi ustami i szokiem wymalowanym na twarzy. Już dawno nie widział tak zdezorientowanego Pajęczarza.

- Fanfi... Co?

- No wiesz Petey. Takie opowiadania, które piszą fani, a potem publikują na różnych forach. Zupełnie niewinne zajęcie - ledwo powstrzymał chichot. Parker zaczął chaotycznie poprawiać włosy, rozwalając je jeszcze bardziej, jak zawsze, gdy nie wiedział powiedzieć.

- Niewinne?

- Całkowicie.

Usta Petera wykrzywił grymas.

- Od kiedy porno jest niewinne?

Deadpool zaśmiał się we własnej głowie i pociągnął Spidey'a na oparcie fotela. Pajęczarz przysiadł na podłokietniku z zachmurzonym wyrazem twarzy.

- No sam spójrz! Wpisujesz sobie "Spider-Man x Deadpool" i wyskakuje Ci ogrom takich opowiadań. Są też obrazki...

Wade mógłby przysiąc, że twarz Petera pobladła.

- I... Ktoś pisze takie opowiadania o nas? - przełknął głośno ślinę - W sensie o nas razem? Kto jest tak pojebany?

- Na ten przykład nasza autorka. I nie obrażałbym jej, jeśli chcesz żyć. Nie wiem co jej ostatnio zrobiłeś, ale w takiej jednej historii giniesz tyle razy, że hoo...

- Jaka znowu autorka?!

Wade uniósł dłonie w geście obronnym, o mało co nie upuszczając tabletu.

- Nic, nic. Co tak patrzysz? O, wiem. Przeczytam ci coś. - Deadpool wziął głęboki w oddech - "Nie mógł przestać na niego patrzeć, oderwać wzroku od jego umięśnionego ciała, ciągle zastanawiając się, jakby to było poczuć jego dłonie na swoim...".

Peter nachylił się nad ramieniem Deadpoola patrząc na matrycę z lekkim poirytowaniem.

- Ale skąd im się w ogóle wziął taki pomysł? Zrozumiałym takie fanficki ze mną i Mary Jane. Czy ludzie już całkiem zapomnieli o mojej dziewczynie? W dodatku przecież oboje jesteśmy facetami...

- No to może to? "Zrobiłem coś źle, Petra? Nie, to przeze mnie, ty jesteś ideal...".

- Boże, czy ja jestem tutaj dziewczyną? - Peter wyrwał tablet z rąk Deadpoola, z wściekłą miną przeglądając kolejne podstrony. Po chwili odchylił głowę i wydał z siebie niezadowolony pomruk.

- Dlaczego w ogóle o nas piszą?

- No jakby nie patrzeć, jesteśmy osobami publicznymi, to się nazywa sława, mój drogi Pajączku - powiedział Deadpool, powoli wysuwając urządzenie z palców Petera.

- Kiedy założyłem strój chciałem może i chciałem jakiegoś zainteresowania, ale na pewno nie w tej formie.

- "Dłonie Petera od razu odnalazły drogę do spodni Deadpoola. Nie chciał się już powstrzymywać, pragnął go, jego ust, jego całego..."

- Oddawaj mi to!

Na pobladłe policzki Petera wstąpił rumieniec, próbował ponownie wyrwać tablet, ale Deadpool trzymał urządzenie poza jego zasięgiem.

- O popatrz! - przełączył na inną kartę - Ktoś tu jest w ciąży! I to nie jestem ja...

- Jezus Maria... Deadpool oddaj mi to, do jasnej cholery.

- Spokojnie... - Wade objął go ramieniem, wciąż trzymając tablet poza zasięgiem dłoni Petera - Nie będzie mi przeszkadzało, jeśli troszeczkę przytyjesz. Poza tym. Uważam, że niektóre z tych propozycji są całkiem kuszące. Przyciągnął bliżej rozjuszonego już chłopaka i pocałował go w szczękę. Tak jak się spodziewał, oberwał, w dodatku dość mocno, ale opłacało się, chociażby dla usłyszenia świstu powietrza wciąganego przez zaskoczonego Spider-Mana.
I gdzie są teraz te twoje pajęcze zmysły?, pomyślał.

- Matko, Deadpool! Co Ty do sobie wyobrażasz?

- Chcę tylko zadowolić naszych fanów!

- Wychodzę.

- Czekaj! Peter! Myślę, że możemy mieć razem dzieci! Dzieci rozumiesz?!

Odpowiedziało mu trzaśnięcie drzwiami. Wade uśmiechnął się do siebie. Dobrze wiedział, że Spider-Man zaraz wróci. Po pierwsze, zostawił tu swoją torbę z ukochanym aparatem w środku. Po drugie, wybiegł z mieszkania w przydużych ciuchach Wade'a, które założył z rana po wspólnie spędzonej nocy.