...

środa, 8 czerwca 2016

10 słów.

Winter Soldier też może być wolny.

Był taki czas, że Bucky znał tylko dziesięć zimniejszych od lodu słów. Wyryły się w jego osobowości i to tak mocno, iż nigdy nie zapomni ani ich, ani kolejności, w której je wymawiano. Były jego koszmarem, prześladowały go na każdym kroku.
Желание - życzenie
Ржавый - zardzewiały
Семнадцать - siedemnaście
Рассвет - jutrzenka
Печь - piec
Девять - dziewięć
Добросердечный - dobroczynny
Возвращение на родину - powrót do domu
Один - jeden
Грузовой вагон - wagon ciężarowy

Gdy Steve go odnalazł, Bucky był kompletnie zagubiony. TE słowa go definiowały. Pusty, słaby i winny. Nie poznawał swojego odbicia w lustrze, co noc budził się z przeraźliwym krzykiem. Szybko trafił pod opiekę lekarzy, ale nie wpływało to na jego koszmary i ciągłe, nieustające poczucie strachu oraz winy. Pomogła mu dopiero obecność Steve'a, bo jego osoba działała na Bucky'ego lepiej niż jakiekolwiek z wymyślnych lekarstw. Rogers przypominał mu kim byli, opowiadał mu jak bardzo zmienił się świat, a przynajmniej o tym, o czym sam zdążył się dowiedzieć. Gdy spędzali razem czas, Buck odnajdywał siebie na nowo, bo wiedział, że nie jest już ani Jamesem Barnesem, ani Winter Soldierem. Tylko kimś zupełnie nowym. Swego rodzaju wypadkową tych dwóch osobowości, którą codziennie tworzył. Wiedział, że jest to jego zadanie, ale zawsze było mu łatwiej, gdy miał przy sobie Steve'a gotowego przybiec z pomocą o każdej porze dnia i nocy. Dlatego też Rogers starał się poświęcać mu jak najwięcej czasu, jednak nie mógł całkowicie porzucić swoich obowiązków. Musiał wyruszać na misje, był zobowiązany pomagać ludziom, choć od kiedy do jego zadań doszła opieka nad Barnesem, starał się opuszczać Avengers Tower jak najrzadziej. Gdy zostawiał Bucky'ego zawsze ogarniał go paniczny lęk, że TE dziesięć słów znów przejmie kontrolę nad jego przyjacielem. Strach ten towarzyszył mu podczas każdej misji i Steve za wszelką cenę starał się wymyślić jakieś rozwiązanie. I któregoś razu, przypominając sobie metodę swojej mamy, wpadł na pewien pomysł. Zaczął zostawiać na metalowej ręce Barnesa małe, samoprzylepne karteczki. W ten sposób w głowę Bucky'ego zaczęły przejmować nowe słowa.

Jesteś tutaj bezpieczny.
Masz na imię Bucky.
Pamiętaj, żeby coś zjeść.
Mamy grudzień, 2015 rok.
I wyśpij się w końcu, masz okropne wory pod oczami!
Zostawiłem Ci obiad w lodówce, zjedz.
Zadzwonię wieczorem.
Jest zimno, ubierz się ciepło.
Pamiętaj, to nie Twoja wina.
Wrócę za kilka dni.

Zostawiał mu też małe rysuneczki, na którym zwykle widniały małe wersje ich samych.

Steve nie mógł zliczyć ile takich karteczek przylepił już do ramienia Bucka. Dokładna liczba musiała dawno przekroczyć setkę, a może dobijała do dwustu. Wydawało mu się, że jego przyjaciel jest spokojniejszy od kiedy zaczął znajdywać na swoim ramieniu kolorowe kartoniki zapisane przez Steve'a. Minęło trochę czasu, gdy Rogers zaczął znajdować podobne karteczki na swojej tarczy. Czytał je z rozczuleniem, często zaśmiewając się do łez. Zarówno tych radości, jak i wzruszenia. Każdy z tych małych, kolorowych i lepkich kartoników oznaczał, że Buck nie tylko pokonał TAMTE dziesięć słów, ale również mógł zacząć tworzyć własne. Oznaczało to, że nareszcie był wolny.

Dzięki za informacje, Ty masz na imię Steve.
Nie mogłem spać, więc zacząłem to przyklejać.
Wiesz, jeszcze pamiętam, że zimą jest zimno.
Jakby nie patrzeć, to byłem Zimowym Żołnierzem.
Stevie? Spójrz na rozmiar tego swojego cholernego frisbee.
Dlaczego ludzie nie strzelają Ci w nogi kiedy się za nim chowasz?
Dlaczego ja nie strzelałem Ci w nogi?
Żartowałem.
Wyglądasz jak cholerny żółw.
W sumie żółwie są długowieczne, nie? Panie 96-latku?
Kup mi więcej śliwek. (proszę?)

Następnym razem Bucky znalazł na swojej ręce mały rysuneczek z nimi, jako żółwikami, wcinającymi śliwki.

niedziela, 5 czerwca 2016

Ciasto ze śliwkami cz.1


Prolog


Romanoff weszła bezszelestnie do pokoju. Panował w nim przyjemny półmrok, jedyne źródło światła stanowiła mała lampka stojąca na stole oraz matryca laptopa. Stąpała cicho, jej stopy zapadały się w miękkim dywanie, jeszcze bardziej tłumiąc kroki. Zmierzała w kierunku wysokiego mężczyzny, który siedział przed sprzętem, podpierając głowę na lewej dłoni. Romanoff przystanęła tuż za nim i położyła mu dłoń na ramieniu:

- Rogers? Musisz odpocząć, wiesz? - Natasza mówiła cicho, ale ton jej głosu należał do tych stanowczych.

Steve spojrzał na nią znad tony papierów, laptopa, mapy i kilkunastu pustych, piankowych kubków po kawie. Miał ogromne wory pod oczami; ostatnio notorycznie zarywał noce. Romanoff pochyliła się nad stołem, wysunęła spod notesu akta, które otrzymał od niej kilka miesięcy temu. Bystre zielone oczy Jamesa Buchanana Barnesa spojrzały na nią ze zdjęć.

Tysiące informacji, setki godzin, dziesiątki miejsc.

I wciąż nic.

Doskonale wyczuwała narastającą frustracje Steve'a, ale nie potrafiła jej zapobiec.

Uniosła głowę wpatrując się w Sama, który usnął w fotelu, jego ręce wciąż zaciskały się na pliku dokumentów. Kapitan podążył za jej spojrzeniem, po czym wstał, wyjął kartki z dłoni Falcona i odłożył je delikatnie na stół. Następnie schylił się pod mebel i wyciągnął spod niego koc, przykrywając Sama. Wrócił do stołu od razu wracając do czytania dokumentów. Natasza miała ochotę na niego nakrzyczeć, ale wiedziała, że nie przyniesie to skutku.

No bo gdyby miała poszukiwać Clinta albo Fury'ego, to czy nie zachowałaby się dokładnie tak samo?

Przysunęła sobie krzesło i usiadła obok niego. Wiedziała, które pliki nie były jeszcze przejrzane, Steve miał zwyczaj wkładania wszystkiego, do bardzo dokładnie opisanych teczek i koszulek. Zaczęła je przekładać, z jednej z nich wypadła mała kartka. Od razu poznała ręczne pismo Rogersa.

„I'm with you till' the end of the line."

Pozwoliła sobie na lekki uśmiech.

- Ta kwestia przeszła do historii, prawda?

Steve spojrzał na nią rozkojarzony, szybko czytając kartkę, którą podsunęła mu pod nos. Rzeczywiście te słowa pojawiały się zarówno w muzeum Kapitana Ameryki, jak i w komiksach o nim. Steve odłożył na chwilę długopis, odchylił się na krześle spoglądając w sufit.

- Jest dla mnie ważna - mruknął w końcu.

- Domyślam się - odpowiedziała podpierając podbródek na dłoni. Steve zaczynał ją irytować, ale miała nadzieję, że uda się jej go podejść i zmusić choć do odrobiny snu. Rogers wyglądał tak okropnie, że było każdemu byłoby go szkoda. Nawet Nataszy.

- Jest jeszcze inna, chyba w ogóle nie wspomniana. I to ta jest dla mnie najważniejsza - widząc pytające spojrzenie Romanoff kontynuował - Po tym jak odbiłem Bucky'ego, jak nie zdołałem dorwać Red Skulla i Zoli, budynek zaczął się walić. Płomień pożerał kolejne fragmenty gmachu, co chwila coś się zawalało, wybuchało, upadały całe ściany. Musieliśmy przejść na druga stronę pomieszczenia, po takim stalowym rusztowaniu. Kazałem Bucky'emu iść przodem, a konstrukcja zawaliła się chwilę po tym, jak znalazł się po drugiej stronie.

- A ty przeskoczyłeś?

Steve posłał jej zmęczony uśmiech.

- W tym jest rzecz. On nie wiedział, jak działa serum. Nie miał pojęcia, że jestem teraz szybszy, silniejszy, że stałem się nadczłowiekiem. Myślał, że jestem tamtym chorowitym Stevem, tylko trochę wyrośniętym. Gdy Buck zrozumiał, że nie mam jak przejść zaczął trochę panikować, krzyknął, że tu gdzieś musi być jakaś lina albo coś w tym stylu. A ja na to, żeby po prostu biegł, żeby się stamtąd wydostał. Ja sam nie byłem pewny czy to przeskoczę.

- A Bucky?

- „Nie, nie idę bez ciebie!" - powiedział. Dopiero po chwili zauważył, że naśladował głos swojego przyjaciela. Zrobił to nieumyślnie, ale wspomnienie tego krzyku obudziło w nim chęć ponownego zakopania się w papierach w poszukiwaniu informacji. Jednak widząc spojrzenie Romanoff dokończył - Był gotowy tam ze mną umrzeć, wiesz? Mógł uciec, ale tego nie zrobił. Nie mogę go teraz zostawić Natasza. Po prostu nie mogę.

Rosjanka nie odpowiedziała, wstała od stołu i zniknęła w drzwiach. Kiedy Steve'owi już się wydawało, że poszła spać, Romanoff wróciła z dwoma kubkami kawy.

- Dawaj ten komputer.

Minęło jeszcze kilka tygodni nim natrafili na ślad.

Ale w końcu natrafili.

I od razu ruszyli po Bucky'ego.

***

Kiedy Sam natrafił na ślad Zimowego Żołnierza dochodziła czwarta w nocy.

Steve spał z głową opartą na stercie papierów, Natasza drzemała w fotelu owinięta kocem i oświetlona trupim światłem wydobywającym się z matrycy laptopa, który spoczywał na jej kolanach. Falcon, po raz nie wiadomo który, przeglądał najnowsze wiadomości z całego świata. Szukał informacji o niewyjaśnionych morderstwach, doniesień o człowieku z metalowym ramieniem. Nie mieli pojęcia czy Bucky wciąż był na usługach HYDRY. Steve uparcie powtarzał, że Bucky musiał się ocknąć, bo postanowił go uratować. Natasza była dość sceptyczna, a Sam w to po prostu nie uwierzył. Mimo to zarywał kolejną noc z rzędu, żeby uchwycić chociaż strzępek informacji. Robił to dla Steve'a, bo rozumiał czym jest przyjaźń i wiedział kim jest przyjaciel, z którym przeszło się przez piekło wojny. Gdyby był na miejscu Steve'a, a Bucky byłby Rileyem, nie spocząłby dopóki ten nie byłby bezpieczny. Riley był mu najbliższy, nawet bardziej niż jego rodzina, rozumiał go bez słów i ufał bezgranicznie.

I nie mógł kompletnie nic zrobić, gdy RPG rozerwało go na kawałki.

Falcon westchnął rozmasowując skronie. Potrzebował snu, ale bał się koszmarów. Bał się czyhającego na niego widma wojny, z którym stawał do walki każdej nocy. Gdyby przejrzeć książki w jego domu, prawie każda dotyczyła zespołu stresu pourazowego. Przez półki ciągnęły się różnokolorowe grzbiety z tytułami nawiązującymi do nerwicy okopowej, „ soldier's heart", zespołu stresu bojowego i shell shocku. Pomagał ludziom z PTSD, ale gdzieś w środku miał tą świadomość, że sam się nigdy własnej traumy nie pozbył.

Pewnego rodzaju lekarstwem stał się dla niego Steve. Cap nie tylko zmotywował go do życia, ale i dał zajęcie, cel. Sprawił, że Sam czuł się komuś potrzebny. Dlatego nie zamierzał odpuścić, wiedząc, że nie robi tego tylko dla Steve'a, ale i dla siebie. I dla Rileya, bo był pewny, że jego przyjaciel rzuciłby się im do pomocy.

Przejrzał po raz tysięczny stronę z najnowszymi wiadomościami. Prawie ominął mały kwadracik, czekający na niego gdzieś w lewym dolnym rogu ekranu.

Zerwał się z krzesła i potrząsnął Rogersem.

- Steve wstawaj! Mam go. Słyszysz? Znalazłem!

Kapitan zerwał się na równe nogi, od razu ustawiając się w pozycji gotowej do obrony. Spojrzał na niego ze zdziwieniem i wtedy doszło do niego co tak właściwie usłyszał. Chwycił za tarczę, która czekała na niego oparta o nogę stołu.

- Wstawaj Natasza. Jedziemy po niego. 

środa, 1 czerwca 2016

Przy­jaźń - osłaniać innych na­wet kosztem siebie.

Gdy Steve nie był jeszcze Kapitanem Ameryką, tylko małym, chuderlawym dzieciakiem z Brooklynu, rozumiał Bucky'ego bez słów i nie musiał go nigdy o nic pytać. Wystarczyło, żeby spojrzał i już wiedział, jak jego przyjaciel się czuje; gdy zajrzał mu w oczy, czytał z nich jak z otwartej księgi, odgadując o czym Bucky myśli. Czasem wydawało mu się, że rozmawiają ze sobą, bo lubią się poprzekomarzać, przezywać  nawzajem, wytknąć sobie głupotę, no i po prostu usłyszeć swój głos.

Gdy udało mu się odbić Bucky'ego zza frontu, chciał zadać z dziesiątki pytań. A wszystkie wyparowały, gdy jego przyjaciel spojrzał na niego tymi zielonymi oczami, które idealnie odbijały jego myśli. Kilka sekund i Steve już wszystko wiedział.

Gdy Steve po raz pierwszy ujrzał Bucky'ego, jako Zimowego Żołnierza, chciał zapytać go o setki rzeczy, ale nie mógł, sytuacja na to nie pozwoliła. I mimo, że w jego głowie kłębiło się od pytań „jak?", „dlaczego?", „kto?", to mógł tylko blokować ataki, próbując wyczytać odpowiedzi z zupełnie pustych, zimnych oczu. Bez skutku. Choć nie zdał sobie z tego od razu sprawy, zbiło go to z tropu, kompletnie zacierając zdrowy osąd i trzeźwe myślenie. Skupił się na chaotycznej próbie znalezienia jakiegokolwiek strzępu nici porozumienia, która zawsze ich łączyła. Bez skutku.

Gdy Bucky wrócił do poczytalności, Steve chciał go zapytać o tysiąc rzeczy, ale panicznie bał się odpowiedzi. Szykował się do tego, wiele razy próbując zacząć temat, na końcu zawsze tchórząc. Nie umiał się zdecydować czy bardziej przeraża go to co usłyszy, czy to, jak zareaguje Bucky. Chciał zadąć serię pytań i gdy układał w głowie listę, każde wydawało mu się bardzo bolesne dla jego przyjaciela, starał się więc wymyślić coś lżejszego. Nie banalnego, nie mógł go przecież zapytać o żadną z przyziemnych rzeczy, bo jaką z takowych mógłby się zajmować Winter Soldier? Tylko Steve dostał tę cudowną możliwość, żeby po przebudzeniu się, zacząć nadrabiać wszystko co zostało stworzone na świecie przez te siedemdziesiąt lat. To on mógł zrobić sobie listę z rzeczami, które chciał odwiedzić, obejrzeć, spróbować. Bucky mógł co najwyżej zapisywać kolejne osoby, które poniosły śmierć z jego ręki. Steve chciał zapytać o Hydrę, o szkolenie, o to czy pamiętał cokolwiek zarówno sprzed, jak i z samego bycia Winter Soldierem. Potrzebował też wiedzieć co mu się śni po nocach, kiedy to zrywał się z wrzaskiem, szukając po omacku broni, a potem kuląc się na łóżku, powolnymi ruchami drapiąc czerwoną gwiazdę na jego ramieniu, rozcinając sobie przy tym palce. Steve chciał wiedzieć, bo miał lichą nadzieję, że może wtedy jakoś mu pomoże. Jednak żadne z powyższych pytań nie przechodziło mu przez gardło i dlatego też zaczął od czegoś, co było jego własną traumą.

Gdy nadarzyła się okazja, Steve zapytał go czy pamiętał swój upadek. Bucky zmarszczył czoło, próbując odkopać wspomnienie spod setek elektrowstrząsów, które porozrzucały migawki pozostałości jego dawnego życia w każdy zakamarek jego umysłu, przysypując gruzem zapomnienia. Trwało to o wiele krócej niż Steve się spodziewał, a sam Bucky odpowiedział całkiem spokojnie, patrząc mu w oczy, w których powoli pojawiała się iskierka życia.

Gdy Bucky dał mu odpowiedź na jego pierwsze pytanie, Steve obiecał sobie, że już nigdy więcej nie będzie go pytał o Winter Soldiera, wiedząc też, że zwyczajnie nie starczy mu odwagi. Ponieważ kiedy Bucky mu odpowiedział, Steve zapłakał, zdecydowanie bardziej niż wtedy, gdy go stracił, nie mówiąc już o tym, kiedy pierwszy raz go pobili. Nigdy już nie próbował pytać, nie po tym, jak po słowach „Boże, dziękuję, że to ja, a nie on.", został rozbity na małe kawałeczki.

piątek, 20 maja 2016

Chłód.

Było zimno, gdy Stark mówił sam ze sobą.

Tony Stark siedział właśnie w swojej pracowni, harując nad kolejnym projektem, kiedy otrzymał najdziwniejszego smsa w swoim życiu. Co prawda nie zdumiała go treść, bo Stark dostawał wiadomości typu „Spotkajmy się tu, o tej godzinie" kilka razy dziennie i większość z nich najzwyczajniej w świecie ignorował. Nie, zaskoczeniem nie był sms, a jego nadawca. Tony odwołał wszystkie swoje spotkania i przebrał się w dość nieformalny strój, oczywiście, jak na swoje standardy. Poszukał też jakichś plastrów, żeby móc owinąć swoje dłonie. Od ataku Ultrona, regularnie ćwiczył na worku treningowym, często rozwalając sobie kostki do krwi. I choć często przeklinał się za to w myślach, codzienne ćwiczenia uspokajały go, pomagając się skupić nad projektami. Gdy skrył swoje ręce pod opatrunkiem i rękawami marynarki, ruszył w kierunku Brooklynu, zostawiając Avengers Tower całkowicie puste; wszyscy domownicy wybyli na misje. No, może poza nadawcą wiadomości. Z tego co się orientował, to najwcześniej miał wrócić Clint z Nataszą, a i tak najwcześniej pojutrze. 

Miejscem spotkania była mała, całkiem przytulna knajpka z tajskim jedzeniem. Gdy Stark przekroczył próg, od razu zauważył nadawcę smsa, siedzącego przy stoliku, obracając w chudych palcach puszkę z jakimś napojem. Ubrany był w ciemnozieloną kurtkę o lekko wojskowym kroju, a jego niebieska bejsbolówka była naciągnięta prawie na sam nos. Stark, wciąż nie do końca wiedząc co powinien myśleć względem tego spotkania, podszedł do niego w ten swój markowy, nonszalancki sposób siadając przed nim z typowym, Starkowym uśmiechem.

- Zamawiałeś już coś? – zapytał, a ich spojrzenia skrzyżowały się.

- Nie, czekałem na ciebie – wzruszył ramionami - Choć tak szczerze, to nie mam zielonego pojęcia co mogą tu podawać – Bucky Barnes zdjął czapkę, odkładając na blat stołu. Włosy miał spięte z tyłu, kilka kosmyków wyślizgnęło się, spadając na jego zmęczoną twarz, która miała trupio blady odcień, oczy były lekko zapadnięte, pod nimi ciemnofioletowe sińce, policzki pokrywał kilkudniowy zarost. W dłoniach poznaczonych licznymi bliznami trzymał puszkę z napojem kokosowym, nieustannie obracając ją w rękach.

- Nie napijesz się? – zapytał Stark, bo nawet nie wiedział, jak zagaić tę rozmowę.

Steve odnalazł Bucky'ego ponad pół roku temu, od tego czasu Zimowy Żołnierz został poddany leczeniu, specjaliści szczególnie skupili się na jego stanie psychicznym. Aktualnie był pod stałą kontrolą lekarzy i od paru miesięcy mieszkał w Avengers Tower. Kilka tygodni temu uznano nawet, iż jego stan jest na tyle stabilny, że Barnes zaczął opuszczać ich bazę. Wpierw Tony monitorował każde z jego wyjść, choć zawsze był z nim Steve, a często też Sam czy Natasza i Clint. Bucky opuszczał Avengers Tower samotnie tylko po to, żeby od czasu do czasu zrobić małe zakupy (Stark zauważył, że Zimowy Żołnierz uwielbia śliwki), ale nie dalej niż dwie przecznice od bazy. Tak jakby sam sobie nie ufał. Dlatego też tak bardzo zdziwił go widok mężczyzny na Brooklynie.

Bucky ponownie obrócił puszkę i podsunął ją Starkowi pod nos.

- Siedemdziesiąt lat temu walczyliśmy z Niemcami, Włochami, Japończykami, nie potrafiliśmy się porządnie dogadać z ZSRR, a teraz mogę przeczytać opis w ich języku na każdym produkcie. Mimo wszystko czas leczy rany.

- Ja bym powiedział, że to prosty przykład konsumpcjonizmu i kapitalizacji – odparł Stark, oddając mu puszkę. Bucky wpatrywał się w nią z nieodgadnionym dla Tony'ego wyrazem twarzy. Stark ponownie stwierdził, że nie potrafi czytać z mimiki Zimowego Żołnierza. Zwykle jego twarz była zastygłą maską, bez cienia wyrazu, a wszelkie ruchy ust, brwi, powiek wyglądały na nieskoordynowane i niezupełnie kontrolowane przez samego Barnesa.

- Muszę z tobą porozmawiać Stark.

- Myślę, że nie ciągnąłbyś mnie tu, gdybyś chciał mówić tylko o starych czasach.

- W sumie to właśnie o nie chodzi – Buck podparł podbródek na metalowej ręce, a drugą przeczesał włosy – Od razu zaznaczę, że po tym co powiem, masz pełne prawo, żeby mnie zabić. Nie obiecuję, że nie będę się bronił, wybacz, tak mnie zaprogramowali, ale postaram się nie zrobić ci krzywdy – powiedział na jednym tchu.

Stark spiął się, jego spojrzenie skrzyżowało się z tym należącym do Zimowego Żołnierza.

- Potrafisz zainteresować słuchacza.

Barnes wykrzywił usta w lekkim grymasie.

- Powoli przypominają mi się fragmenty z bycia Zimowym Żołnierzem. Pamiętam tylko twarze, zero nazwisk, dat, akt, niczego. Same twarze – urwał zastanawiając się co powiedzieć dalej – Ostatnio, gdy oglądałem z Samem jakiś program o zamachu na Kennedy'ego. Pamiętam tą twarz Stark – ponowna pauza, tym razem na otworzenie puszki. Tony nie zamierzał go ponaglać, ale czuł gorąco uderzające do jego twarzy – Przypomniałem też sobie coś o wiele gorszego. Pamiętam twarze Twoich rodziców.

Tony czuł, że wszystko w nim zaczyna wrzeć, obraz Barnesa zatarł się, przykryty tonami złości i nienawiści. Choć głównie furii. Stark chciał już zakładać zbroje, już miał palec na przycisku, ale coś mu nie gra. Coś wyszło poza jego Starkowy schemat, coś co spowodowało lekkie spięcie w jego głowie.

- Dlaczego mi to mówisz? – wycharczał. Bucky, który chwilę wcześniej wbił wzrok we własne dłonie, patrzył teraz na niego z kamienną twarzą.

- Bo cokolwiek nie powiem, nic nie zmieni faktu, że jestem wielokrotnym mordercą Stark. Nienawidzę siebie i tego, że to ja żyję, a wielu innych ludzi nie.

Error 404. Teraz Tony już kompletnie nic nie rozumiał. Nie potrafił znaleźć racjonalnej odpowiedzi, dlaczego Barnes się nie broni.

- I słusznie – powiedział wypranym z emocji głosem. Bucky wciąż dzielnie patrzy mu prosto w oczy. I nie jest to bynajmniej buta, a prawdziwa, nieściemniona skrucha. Mózg Tony'ego przeżywał poważne zwarcie.

Dlaczego Barnes nie zasłania się tym, że nie był sobą? Że był pod stałą kontrolą? Dlaczego nie mówi, że jest tylko ofiarą HYDRY?

Gdy Tony uświadomił sobie, że sam w swojej głowie zaczął usprawiedliwiać Bucky'ego, rzucił mu się do gardła. W kilka chwil pokonał długość stołu i złapał Zimowego Żołnierza za kołnierz kurtki ciągnąc go ku sobie, a Bucky Buhanan Barnes nawet nie próbował się bronić.

- Jeśli chcesz mnie zabić, to najlepiej na zewnątrz, nie chcę mieć więcej ludzi na sumieniu – mówił ciszej i trochę niewyraźnie, w końcu Stark go dusił. Mimo tego każde słowo dotarło do uszu Tony'ego podwyższając mu tylko ciśnienie. Udając, że nie słyszy zaczął wyładowywać całą swoją furię na twarzy Zimowego Żołnierza. Nie przebierał w środkach, był to zwykły prawy sierpowy. A potem następny. I kolejny. Stark czuł, że do oczu napływały mu łzy, ale postanowił to zignorować. Wciąż trzymał Barnesa za kurtkę, coś w niej strzeliło podczas tej szarpaniny, wpatrywał się w jego puchnącą twarz, nos Bucky'ego był lekko przekrzywiony, po drugim strzale zaczęła lecieć z niego krew.

- Stark. Za nami są drzwi.

I rzeczywiście były. Tony bez problemu pociągnął za sobą Barnesa w wskazanym kierunku. Za drzwiami znajdował się wąski zaułek z ceglastymi łatami na ścianach. Rzucił na Zimowego Żolnierza na jedną z nich, nie czując już żadnej potrzeby, żeby się hamować.

- Pamiętasz ich chociaż? – nawet dla siebie zabrzmiał, jak rozwścieczone zwierzę.

- Pamiętam ich wszystkich – powiedział Bucky. Jego twarz zaczęła tracić naturalny kształt, była opuchnięta i sina. Mimo to patrzył na niego tym spojrzeniem, które sprawiło, że Stark poczuł się winny, ale i coraz mocniej wkurwiony – Nie zakładaj zbroi Stark, chyba nie potrzebujesz jej, żeby mnie wykończyć, co?

Chyba chciał coś jeszcze powiedzieć, ale przerwał mu Starkowy szał. Na Barnesa spadł grad ciosów. Dla Tony'ego trwało to całą wieczność. Tłukł mężczyznę, mocno, zapamiętale, a gdzieś z tyłu głowy pojawiła się myśl, że to Bucky pokazał mu większość tych ciosów, gdy odkrył, że Stark ćwiczy na worku.

W końcu opadł z sił i oparł się o ścianę tuż obok Zimowego Żołnierza. Patrzył na niego, na jego opuchniętą twarz i czuł się pusty. Po chwili przerzucił wzrok na swoje dłonie; bandaż zrobił się czerwony. Spróbował wytrzeć ręce o spodnie, zostawiając na nich rdzawe ślady krwi. Czuł się wycieńczony, więc zjechał po ścianie i usiadł na ziemi, dotykając kolanem Barnesa. Zimowy Żołnierz nie oddychał, a Stark jeszcze nie potrafił stwierdzić, czy to źle.

Był po prostu pusty i nieznajomy dla samego siebie.

- Barnes?

Odpowiedziała mu cisza, ale mówił dalej.

– Ej. Bucky.

W jego oczach Barnes zaczyna kaszleć. Trwa to chwilę, całkiem długą, ale w końcu podnosi się do siadu i pyta:

- Tak?

- Jak to jest? – pyta, choć nie oczekuje, że Bucky załapie, o co mu chodzi. Mimo to Zimowy Żołnierz znowu go zaskakuje i odpowiada:

- Jest taka rzecz, o której się nie wspomina mówiąc o kontroli umysłu – Barnes spluwa krwią, Tony'emu wydaje się, że słyszy toczący się po ziemi ząb – Kiedy ktoś cię przejmie, to ty wciąż tam jesteś. Małe fragmenty ciebie. Strzępy, których nie potrafisz do siebie dopasować. To jak bycie pasażerem w własnym umyśle. Kiedy chcesz się wyrwać, ale przegrywasz. Ciągle, ponownie i jeszcze raz. I to sprawia, że to, do czego cię zmuszają, jest jeszcze gorsze – jego słowa są okropnie zniekształcone, ale Tony niezbyt się tym przejmuje, póki rozumie sens wypowiedzi.

Stark milczy i próbuje zrozumieć algorytm własnych emocji, bo nagle robi mu się cholernie żal Bucky'iego. Na szczęście uczucie wyparowuje tak szybko, jak się pojawiło.

- Steve wie?

Zimowy Żołnierz porusza się niespokojnie.

- Oczywiście, że nie – urywa na chwilę – Choć możliwe, że się domyśla.

- Możliwe?

- Mam koszmary. Czasem wtedy krzyczę, a Steve mnie uspokaja.

Stark wyłapuje nutę zażenowania w głosie Bucky'ego, co wydaje mu się w jakiś sposób komiczne. Słyszy ciężki oddech Barnesa, nagle uświadamia sobie, że rozmawia z mordercą własnych rodziców. Tylko że Stark nie ma już siły, żeby chociażby unieść dłoń. I tak naprawdę nie czuje już złości, wyłącznie zimną pustkę.

- Tak naprawdę, to nigdy nie musiałem mu mówić, on zawsze wiedział. Trochę mnie to przeraża, ale i uspokaja – kolejna przerwa. - Steve jest po prostu dobrym człowiekiem. Zawsze był.

- Brzmi, jakbyś się zakochał – parska Stark. Bucky wydaje z siebie dźwięk, który najprawdopodobniej miał być śmiechem, ale niezbyt mu wyszło.

- Steve zawsze będzie mnie traktował jak przyjaciela.

Tym razem ton, z jakim Barnes wypowiada te słowa, jest tak jasny i zrozumiały, że kompletnie zbija Tony'ego z tropu.

- Czekaj. Czy ty mi właśnie starasz się powiedzieć, że Steve Rogers wsadził cię do friendzone'u?

Bucky milczy, przypuszczalnie starając się rozszyfrować termin, którym rzucił Stark.

- Za moich czasów mówiło się dostać kosza, ale twoje określenie też jest trafne – zażenowanie nie jest już nutą, cała wypowiedź Zimowego Żołnierza nim przesiąkła, sprawiając, że aż musi rozmasować nasadę nosa, bo nie może uwierzyć w to, co właśnie usłyszał.

- Czyli powiedziałeś mu, że... No wiesz?

Wydaje mu się, że słyszy, jak Bucky opiera czoło na swojej mechanicznej ręce, a chwilę później wypuszcza powietrze przez zaciśnięte zęby.

- Nie jestem idiotą. Jeśli ktoś cały czas ci powtarza, że jesteś dla niego najważniejszy, ale po chwili dorzuca tam terminy w stylu „rodzina", „brat", „najlepszy przyjaciel", to wiesz, że nie masz szans, co nie? Parafrazując twoje określenie, to ja trafiłem do familyzone, Stark.

Tony patrzył w ciemne niebo i śmiał się cicho. Szukał gwiazd, ale nie mógł ich zobaczyć, kiedy był w Nowym Yorku.

Tak to powinno wyglądać. Tak powinien był zrobić. Tak to powinno się skończyć. Powinien siedzieć teraz z Bucky'm w tym pieprzonym tajskim barze i pokazać mu jak się używa pałeczek, żeby mógł zjeść te piekielnie ostre makarony.

Stark parsknął śmiechem i nagle zamarł. W końcu zmusił się do spojrzenia na Bucky'ego. Zimowy Żołnierz leżał na ziemi, w tej samej pozycji, w której został po ostatnim ciosie Starka. Nie ruszał się i definitywnie nie oddychał. Tony schował twarz w dłoniach.

Nie mógł w to uwierzyć. Nie chciał nawet do siebie dopuścić, że właśnie stał się taki, jak on. I nie, nie chodziło mu o Bucky'ego. Był jak Zimowy Żołnierz, bo teraz również miał krew na rękach. Uniósł głowę znad dłoni i patrzył na zakrwawione ciało Barnesa, jedna powieka nie opadła, dostrzegał spod niej zamgloną zieloną tęczówkę. Dotknął jego twarzy, zamykając mu oczy.

- Jesteś zimny Barnes. Jak prawdziwy Zimowy Żolnierz – Stark zachichotał, choć jednocześnie miał ochotę wyć. Skończyło się tylko na płaczu.

Bucky nie kłamał, nie bronił się.

Dlaczego do jasnej cholery się nie bronił?

Stark nie potrafi zrozumieć, brakuje mu jakiegoś elementu, żeby ułożyć ciąg przyczynowo skutkowy, żeby stworzyć sensowny algorytm, żeby w końcu pojąć, co się właśnie stało.

I nagle Tony zrozumiał, że Bucky, to wszystko zaplanował. Że specjalnie wybrał ten dzień, kiedy wszyscy Avengersi byli na misjach, specjalnie wybrał to miejsce, zupełnie nieuczęszczany pub i jeszcze zaułek, który pewnie od dawna nie widział żywej duszy, specjalnie nie pozwolił mu założyć zbroi.

Zrobił to wszystko, żeby nikt nie pomyślał, że to Tony go zabił. I pozwolił mu się zemścić, na mordercy swoich rodziców.

Tony czując się, jak ostatni skurwiel i hipokryta tulił do siebie jego ciało. Zimne, tak cholernie zimne.